Australia 2010:

 

 

 

 

 

Trasa podóży

Karlino-Berlin

 

 

Berlin-Bristol s

 

 

Bristol-Bridgend

 

 

Bristol-Paryż

 

 

Paryż-Singapur

 

 

Singapur-Sydney

 

 

Sydney-Newport

 

 

Sydney-Cairns

 

 

Podróż Karlino-Newport ...przez Berlin>Bridgend>Bristol>Paryż>Singapur>Sydney / Newport po sezonie / Newport arms Hotel Terrace on Pittwater / Newport Papugi / Wędkowanie z krewetką / Sydney Fish Market / Sydney ZOO Aquarium / Z promu Manly-Sydney / Sydney z daleka i z bliska / Sydney Plaże Północne / UFO nad Sydney / Pittwater>West Head>Ku-Ring-Gai / Manly / Featherdale Wildlife Park Doonside / Cairns / Mulgrave River / Green Island>Great Barrier Reef / Powrót do Polski.

Podróż Karlino-Newport.

Ostatnie dni maja i początek czerwca w aglomeracji Sydney, do której należy także samorząd Newport, są nieco podobne do końcowych dni polskiego, nadmorskiego września. Piszę „nieco”, ponieważ podobieństwo dotyczy głównie układu temperatur (kilkustopniowy chłód w nocy i około 20°C albo nieco powyżej w środku dnia). Plaże w dni powszednie niemal bezludne. Reszta, to już tylko „różnie opisywane różnice”.

W wielu opisach zamieszczanych w Internecie autorzy twierdzą, że w Sydney pory roku są dwie – lato i zima. Chociaż trudno jest formułować własną opinię po kilkunastu dniach pobytu, twierdzę, że zimy rozumianej po polsku, białej i mroźnej tu nie ma, ale nie znaczy to wcale, że pory są tylko dwie. Wśród zielonych i kwitnących przez okrągły rok drzew są tu również takie, które przebarwiają i zrzucają liście jesienią (?!) a odnawiają wiosną. Widziałem, fotografowałem, potwierdzam. Różnica zdań wynika podobno z faktu, że w/wspomniane zjawiska trwają krótko.

Newport to urokliwa miejscowość odległa od Sydney o ok. 40 km w kierunku północnym, pięknie rozlokowana u nasady dużego półwyspu (pisząc/mówiąc o kierunku północnym pamiętać należy, że na półkuli południowej oznacza on "ku równikowi" :)). Na zawsze utkwiło w mojej pamięci usytuowanie mieszkania, w którym gościł nas Michał. Z balkonu widok na spokojną zatokę z mnóstwem pięknych jachtów, na zachody słońca, na pomost z zacumowaną na jego końcu skromną łódką, na kilka kwitnących przez okrągły rok drzew chętnie odwiedzanych w dzień przez bardzo kolorowe, krzykliwe i stale głodne papugi, w nocy przez zwierzaki wielkości kota, podobno objadające kwiatowe kiście (?). Do zmiany tej scenerii wystarcza zaledwie kilkuminutowy spacer spokojnymi ulicami miasta i przejście na drugą stronę trasy szybkiego ruchu, obiegającej niemal cały półwysep. Tam uroki rozległej plaży, rozkołysane Morze Tasmana i grupki wszędobylskich fanów surfingu,

Newport.

Połowy na mrożoną krewetkę. 

Wstęp.

Poprzedzając opis własny, odniesiony głównie do miejsc o charakterze publicznym, gorąco polecam materiały publikowane przez Polaka mieszkającego w Sydney ponad trzydzieści lat. Chris Osostowicz publikuje na FB pod nazwiskiem własnym, na YT jako boobalisa.

Chris z dronem, kamerą, aparatem fotograficznym, międzynarodową rodziną i przyjaciółmi dociera niemal wszędzie, nie tylko w Australii. Jego materiały foto-wideo zawsze oglądam z ogromną przyjemnością.

Dzięki nim poznaję miejsca i zdarzenia, które na pewno chciałbym poznać/przeżyć osobiście - gdybym miał stosowną możliwość i wiedział, że w ogóle istnieją :)...

dobrego materiału na moje by-passy aortalno-wieńcowe. Z zalecanego przez kardiologa wstrzykiwania heparyny w fałdy brzuszne zrezygnowałem, gdy moja własna siostra naopowiadała, że po kilkakrotnym jej wstrzyknięciu brzuch miała długo b. siny, później wielokolorowy. Więc lek nie do przyjęcia w sytuacji, gdy w planach pobytu w Australii mieliśmy kilkudniowy wypad w tropiki z pływaniem m.in. nad Wielką Rafą Koralową. Rafa z natury jest bardzo kolorowa - pływanie nad nią z kolorami własnymi byłoby raczej nie na miejscu :(. Poza tym wyczytałem na opakowaniu heparyny, że u niektórych osób może wywołać uczulenie – a tego bardzo się boję po niebezpiecznej reakcji na surowicę przeciwtężcową - zastosowanej po tym, jak w latach sześćdziesiątych w Świebodzinie zeskoczyłem z wędkarskiego pomostu na gwoździe sterczące z deski, porzuconej na dnie przez jakiegoś durnia. Trzy gwoździe przebiły stopę na wylot. W zakładowej przychodni ELTERMY opatrzono ranę, wstrzyknięto dużą dawkę surowicy - po siedmiu dniach szybko zacząłem puchnąć i tracić oddech, wylądowałem na korytarzu przepełnionego szpitala.

Personel w ciągu trzech dni przywrócił moje normalne wymiary i wygląd, ale do dnia dzisiejszego zapamiętałem tylko jedną, bardzo młodziutką pielęgniarkę. W upalny dzień przyszła do mnie z ogromną strzykawą ubrana tylko w zwiewny fartuszek i delikatne majteczki. Nakazała oprzeć przedramię na poręczy łóżka, zacisnąć pięść i …nie ruszać się. Zaaferowana wprowadzaniem grubej igły do żyły, nieświadomie ale mocno oparła się o moją pięść. Po wprowadzeniu igły nakazała pięść otworzyć! Wówczas cały jej puszysty "wianuszek" znalazł się w mojej dłoni. Gdy standardowo zapytała czy coś czuję, z uśmiechniętą gębą i delikatnym, ale jednoznacznym poruszeniem dłonią odpowiedziałem, że wszystko! Zrozumiała, poczerwieniała, wyrwała strzykawkę i uciekła. Nigdy więcej jej nie spotkałem :(.

Po lądowaniu w Singapurze i prawie dwugodzinnym pobycie/czekaniu na lotnisku CHANGI, 27 maja 2010 o 19:50 odlecieliśmy do Sydney nieco mniejszym Boeingiem linii Qantas Airways. Wylądowaliśmy na lotnisku Kingsford Smith 28 maja o 5:10 czasu miejscowego. Czas lotu 7:20. Po 21 godzinach i 30 minutach w powietrzu zmieniliśmy wreszcie środek lokomocji. Do Newport dojechaliśmy samochodem Michała. Więcej w narracji dokumentu wideo przygotowywanego dorywczo, opublikowanego dwukrotnie (?) pt. Australia cz 1 Podróż w2 oraz Australia cz 1 Podróż-skrót. Różnią się niewiele, ale ...pozostały.

Wieloetapowa podróż z Karlina do Sydney i dalej, do Newport, zajęła nam cały tydzień. Oczywiście można dotrzeć tam szybciej, trasą krótszą, ale to z Anglii musieliśmy odebrać najważniejszą uczestniczkę wycieczki - Majkę, naszą 9-letnią wnuczkę. Głównym sponsorem oraz opiekunem do dnia naszego powrotu pozostawał Michał, nasz syn, tata Majki.

Michał przed objęciem pracy w Australii kilkakrotnie opłynął Ziemię jako załogant ogromnych statków wycieczkowych, dolatywał samolotami do bardzo odległych miejsc zaokrętowania, swobodnie włada kilkoma językami - byliśmy bezpieczni. Ryzykowny był tylko powrót z Majką do Anglii i nasz samodzielny powrót do Polski. Emocji mieliśmy sporo, ale wszędzie dotarliśmy :).

Karlina wyjechaliśmy 21.05.2010 o godzinie 15:00 busem Biura Podróży Interglobus Tour w Szczecinie. Ich logo „Follow me!” jest widoczne z daleka. Firma niezawodna – korzystaliśmy z jej przewozów kilkakrotnie, o różnych porach dnia i nocy. Do lotniska Schönefeld w Berlinie dojechaliśmy o 19:30, po nieco uciążliwej przesiadce z przenoszeniem bagaży w Szczecinie, podobno koniecznej ze względu na ograniczenia czasu pracy kierowców.

Trasę z Berlina do Bristolu w Anglii pokonaliśmy samolotem firmy EasyJet. Rzeczywisty czas lotu 1:55 (wg odczytów z tablic informacyjnych obu różnych stref czasowych - tylko 55 minut). Z lotniska w Bristolu, ok. godziny 23 odebrał nas Bartek, krajan z Karlina, kolega naszych synów. Samochodem podrzucił nas do Bridgend, do tego samego hotelu, do którego podwoził nas we wrześniu 2008. 

W dniu 23.05.2010 uczestniczyliśmy w uroczystościach Pierwszej Komunii. Przystępowała do niej Majka. Przez dwa dni następne - w oczekiwaniu na Majkę - zwiedziliśmy Bridgend i Porthcawl. Z Bridgend w pełnym składzie tj. Irena, Tadeusz, Michał i Majka wyruszyliśmy 26.05.2010 - pociągiem do stacji podmiejskiej w Bristolu, stamtąd busem na lotnisko.

Na lotnisku pierwsza pouczająca sytuacja: Michał poszedł zasięgnąć języka, ja, po zostawieniu ciężkiego plecaka przy dziewczynach, pomaszerowałem pod trójkąt. Chwilę później w męskim kibelku dopadła mnie umundurowana funkcjonariuszka i mocno zdenerwowana zaczęła nawijać coś, czego oczywiście nie mogłem zrozumieć. Na szczęście nadszedł Michał - okazało się, że nasze dziewczyny oddaliły się od plecaka, aby pooglądać zawartości gablot. Po niedawnych zamachach terrorystycznych samotny plecak wyglądał na tyle podejrzanie, że groziło nam zatrzymanie i 5000 funtów grzywny. Uff!!

Z Bristolu do Paryża odlecieliśmy 26.05.2010 g.17:15 mizernym samolotem turbośmigłowym Air France. Czas przelotu 1:35. Bagaże w Paryżu rozpoznaliśmy z trudem i ...zdumieniem. Doleciały ogromnie wybrudzone.

W Paryżu druga pouczająca niespodzianka, skłaniająca do dokładnego sprawdzania biletów. W Bristolu zarezerwowane bilety odebraliśmy i cześć, lecimy. W Paryżu, podczas zwiedzania hali, na krótko przed czasem odlotu, ze zdumieniem zauważyłem na świetlnej tablicy informacyjnej nasze nazwiska. Zapraszano nas do zgłoszenia się w punkcie informacyjnym. Okazało się, że przylecieliśmy z biletami tylko na trasę Bristol-Paryż. Na pozostałą część trasy musieliśmy odebrać inne.

Z Paryża odlecieliśmy 26.05.2010 o 23:30 potężnym Boeingiem Air France o sylwetce delfina. Taką sylwetkę nadaje maszynie pięterko biznesowe. Czas lotu 12:35 zniosłem nieźle dzięki częstym spacerom dookoła samolotu (wewnątrz :)!), marszobiegom w miejscu i masażom podudzi, od kostek do kolan pociętych przez szczecińskich chirurgów w poszukiwaniu

sprawnie wyłapujących największe fale, nadpływające z bezmiaru Pacyfiku.

Czyli - świetny zestaw. Z jednej strony uspokajający, wyciszający widok zatoki, z drugiej aksamitne powietrze i pobudzająca wyobraźnię potęga oceanu!

Bardzo krótki czas, jaki mogliśmy przeznaczyć na pobyt w Australii, znacząco ograniczył możliwości rozpoznania lokalnych

Podczas pobytu u Michała, niezależnie od tego w jakim miejscu na świecie miałoby to miejsce, inaczej być nie mogło - musieliśmy sobie powędkować. Zaskoczył mnie tylko rodzaj przynęty. Przez pewien czas po powrocie do Polski przymierzałem się nawet do wypróbowania jej na Bałtyku, ale do wędkarstwa bardzo skutecznie zniechęciła mnie moda NO KILL. Nielimitowane okaleczanie i nękanie ryby często do utraty przytomności, bez konkretnej (kulinarnej, limitowanej) potrzeby, wyłącznie dla samolubnej przyjemności (?), od zawsze uważam za bezmyślne barbarzyństwo, nieco łagodniejsze od niedawnego zabijania bizonów dla samej "przyjemności" zabijania. Michał jest pasjonatem wędkarstwa, posiada uzyskaną w Nowej Zelandii międzynarodową licencję instruktora wędkarstwa muchowego, w mistrzostwach świata uzyskuje niezłe wyniki. Nieźle, w wieku 4 lat :), radziła sobie z wędką (nad j. Krzemno k. Czaplinka) także jego córcia Maja, ta sama, która w Australii, jako 9-latka skutecznie łowiła ryby w j. Narraben (na mrożoną krewetkę) a później, w Cairns, dzielnie radziła sobie na rzece Mulgrave ze spinningiem i wędkarską łodzią. Klip wideo z j. Narraben.

kulinariów. Nasi gospodarze preferujący styl włoski, czyli kawka ze słodkim pieczywkiem rano, lunch ok. 13-tej i solidny posiłek dopiero ok. 20-tej, na czas naszego pobytu swój styl nieco zmodyfikowali. Najmilej wspominam ogromne steki wspaniale przygotowywane przez gospodarza (po każdym gotów byłem poznawać Australię wzdłuż i wszerz nawet pieszo), świetnie przyrządzone ryby złowione przez Majkę w jeziorze Narraben i przeogromna golonka z chrupiącą skórką w niemieckiej piwiarni, w Sydney. Mieszane uczucia pozostały po sushi w chińskiej restauracji w Newport (bardziej smakuje mi zwykły tatar z łososia przyrządzany w sklepie firmowym firmy SuperFish w Kukini k. Ustronia Morskiego) oraz po najświeższych ostrygach na Targu Rybnym w Sydney. Pobyt w Australii sprawił mi tak wielką przyjemność, że o samym Newport opublikowałem cztery odrębne video-dokumenty: Newport po sezonieNewport wersja foto / Newport Arms Hotel / Newport papugi.

Fish Market w Sydney. Video.

Do odwiedzenia Targu emocjonalnie namawiał nas Paweł. W Karlinie, jeszcze przed naszym wyjazdem. Z pełnym zachwytu wyrazem twarzy opowiadał w szczególności o ostrygach prosto z kutra, z porannej dostawy, zręcznie pod bieżącą wodą otwieranych przez targowego speca i po spłukaniu układanych na dużych, odpowiednio wyprofilowanych tacach. Można kupować je (i zjadać!) na bieżąco. Z sokiem ze świeżej cytryny smakują podobno wspaniale. Piszę "podobno", bo z mojego degustacyjnego zestawu owoców morza, jedyną próbną ostrygę błyskawicznie i bardzo zgrabnie zwinęła mewa. Na trawniku, obok stolików ustawionych na nabrzeżu, czatuje ich kilkanaście. Wystarczy moment nieuwagi aby nastąpił błyskawiczny atak. Mewa miga przed nosem konsumenta, słychać lekkie puknięcie dziobem i ...zawartość muszli znika.

Po takiej - tyleż zgrabnej co bezczelnej kradzieży - Michał koniecznie chciał mi zakupić następny zestaw, ale stanowczo odmówiłem. Kulinarne eksperymenty z owocami morza są mi tak obce, że nie ufam nawet własnym synom. Niechętnie wspominam superzupę z owocami morza, na którą z dumą zaprosił nas Michał w Wenecji. Pływało w niej tyle morskiego "wdzięku", że zupy nawet nie tknąłem.

Do widoku Michała zgrabnie opróżniającego zawartość małych muszli podanych w ogromnej misie niby przywykłem, ale teraz (w roku 2019) nowy bodziec odruchu 

ZOO-Aquarium w Sydney. Video.

W ZOO i Akwarium spędziliśmy część dnia pozostałą po zwiedzeniu Fish Marketu.

Zanim tam dotarliśmy, właściciel niedużej łodzi proponował nam za 50 dolarów od osoby 2,5-godzinny rejs na spotkanie z wielorybami w tym godzina płynięcia na spotkanie, półgodzinna sesja foto i 1-godzinny powrót.

Motorówka była mizerna, pogada też – zrezygnowaliśmy.

W ZOO bywam niechętnie. Nie lubię widoku zwierząt pod zamknięciem, ale też niektórych wolałbym nie spotkać na wolności, z bliska. Np. kazuary, krokodyle, rekiny, węże. Przy przejściu do stanowiska krokodyli uwagę zwraca ciekawostka - otwór w ścianie, z którego każdą przechodzącą osobę atakuje ogromny krokodyl uwalniany przez fotokomórkę (patrz kadr 2:13 i 2:22 video). Widziałem wiele nerwowych reakcji...

Wieczorem, umęczeni zasiedliśmy w nadbrzeżnej knajpce z rozległym tarasem i świetnym widokiem na zatokę i miasto. Niestety – po posiłku wynieśliśmy się stamtąd czym prędzej, ze względu na bardzo głośną muzykę. Głośną na tyle, że nie mogliśmy usłyszeć rozmówcy z drugiej strony naszego stołu.

Z promu Manly-Sydney Cove. Video.

Skrót kolejnej wyprawy do centralnej dzielnicy biznesowej Sydney. Tym razem z dojazdem wiązanym - samochodem tylko do dzielnicy /przedmieścia Manly,  dalej promem, do nabrzeża  Sydney Cove. Cel główny - Sydney Tower.

Jak przystało na początek tamtejszej zimy, dzień był dość chłodny – na tyle, by dobrze nam było w długich spodniach i lekkich kurtkach.

Widoki podczas krótkiego rejsu są  powtarzalne, charakterystyczne dla tamtejszej linii brzegowej - ogromne zatoki wrzynające się głęboko w skalisty ląd, w nich liczne, wysoko wypiętrzone półwyspy dzielące zatokę na mnóstwo zatoczek mniejszych, bardzo do siebie podobnych. Aby opisać je bez pomyłek, warto mieć sprzęt z modułem GPS.

Sydney CBD z daleka i z bliska. Video.

Metropolia Sydney zajmuje ogromny obszar 12368 km kwadratowych, na którym przypadkowy turysta z Polski "ma prawo" pogubić się w nazewnictwie i administracyjnej przynależności terenu, na którym aktualnie przebywa.

Metropolia / aglomeracja Sydney obejmuje łącznie 38 samorządów, w tym także Pittwater z miejscowością Newport.

W Centralnej Dzielnicy Biznesowej (CBD - Central Business District)  fotografowanej początkowo z dalekich przedmieść, zaskoczył nas widok pań paradujących w lekko szokujących zestawieniach – mocno odsłonięta góra i kozaki do kolan. Wyglądało to na podwójny dyskomfort – przechłodzone "popiersie” i (albo) przegrzane stopy.

Do takiego widoku, w naszych kurtkach, przywykliśmy szybko, a całe zaskoczenie rozładował widok ogromnego Aborygena w spożywczym markecie.

Aborygenów zawsze kojarzyłem jako ludzi wzrostu średniego – ten, potężnej budowy, był ponad dwumetrowym, z lekka siwiejącym olbrzymem. Ubrany luźno (i kolorowo),  poruszał się po markecie …boso. Prawdopodobnie dlatego, że australijski handel sprzedaży obuwia w jego ogromnym rozmiarze po prostu nie prowadzi...

Spacerkiem przemierzyliśmy trasę Opera-Park z ogromnymi fikusami-CBD-Wieża (wówczas podobno najwyższa na świecie)-Terminal Promowy.

Od momentu wejścia do wieży energicznie zajęły się nami dwie młode "umundurowane" osóbki. Fotografowały nas w wielu ustawieniach z wręcz krępującym zaangażowaniem, co wyglądało jakby tworzyły jakąś obowiązkową dokumentację. Efekty owych zabiegów mogliśmy obejrzeć i kupić przy wyjściu z wieży za 75 $ w formie pliku fotek w okolicznościowej, wieżowej oprawie :).

Na wielu zdjęciach wykonanych z wieży przez nas, widoczne są odbicia świateł w wielowarstwowych szybach kawiarni. Są bardzo podobne do "UFO" z niektórych irytujących filmów zamieszczonych w internecie. Sprowokowało mnie to do przekornej publikacji - http://youtu.be/QMV2TUJV284.

Na koniec ciekawostka (?). Na Sydney Tower, podczas zwiedzania platformy widokowej, usłyszałem fragment polskojęzycznej wypowiedzi "Uwaga. Tu są Polacy. Uważajcie, co mówicie"...

Sydney plaże północne. Video.

Każda z odwiedzonych przez nas plaż posiada własny, niezaprzeczalny urok. Wzrok sięga daleko, plenery przepiękne, wspaniałe poczucie swobody i zachęta do tego, by przysiąść na skraju każdej z nich np. z solidną lornetą lub kamerą, aby wraz z oddechem oceanu bez skrępowania chłonąć i piękno i swobodę. W aglomeracji Sydney takich plaż jest ponad siedemdziesiąt (!).

Jak zwykle, jest w tym ALE. Wspomniane wrażenia dotyczą tylko australijskiej zimy i dnia powszedniego, gdy plaże są niemal puste. W weekendy plaże i przybrzeżne wody zaludniają się - w zakresie akceptowalnym. W gorące dni lata wolałbym tereny "odludne", pięknie prezentowane w serwisie YT przez "boobalisę" - Chrisa Osostowicza.

Skaliste półwyspy rozdzielające plażowe zatoki - te, których nie objęto strefą ochronną - są sukcesywnie zabudowywane mimo znacznych utrudnień np. z dojazdem. Odległy widok żurawia budowlanego rozstawionego wysoko na skałach bywa dość częsty. Takie posesje, a w szczególności domy z rozległym widokiem na ocean osiągają niebotyczne ceny. Niecodzienne bywają także pomysły ich właścicieli. Do jednego z takich domów bywał zapraszany Michał - całą ścianę łazienki stanowi w nim ogromne okno. Oczywiście z widokiem na ocean...

Sądzę, że to podczas wędrówki ścieżkami wytyczonymi w nabrzeżnych zaroślach, do Ireny przypętał się kleszcz. Nieuczęszczane o tej porze roku ścieżki były po prostu zaniedbane, nieco zarośnięte i oplecione pajęczynami.

Kleszcza usunąłem z jej ucha dopiero dwa dni później, w Cairns, dokąd polecieliśmy nieco dogrzać się, powędkować i poznać z bliska udostępniony do publicznego zwiedzania fragment Wielkiej Rafy Koralowej.

UFO nad Sydney. Video.

Pittwater West Head Ku-Ring-Gai. Video.

Manly Beach. Video.

Przez kilkadziesiąt minionych lat prezentowano w prasie, a obecnie także w Internecie wiele podobnych "fotografii UFO", komentowanych mnóstwem różnych, niekiedy absurdalnych domysłów i opinii. W przypadku sfotografowanej przeze mnie ESKADRY domysły są zbędne - wiem bezspornie, skąd i dlaczego pojawiła się akurat nad Sydney :-)). To odbicia lamp platformy widokowej w wielowarstwowych oknach Sydney Tower. Zawiedzionych pozdrawiam i …przepraszam.

Objechaliśmy brzeg zatoki przeciwległy do "stałego miejsca" naszego tymczasowego, krótkiego pobytu. Trasa imponująca, szczególnie dla fanów kolarstwa :).

Punkt widokowy usytuowany (i zorganizowany) w miejscu, które bez przesady uznać można za doskonałe. Mam nadzieję, że zamieszczone obok fotografie potwierdzają mój pogląd jednoznacznie.

Z tego, co zdołałem ustalić wynika, że nazwa Pittwater dotyczy jednego z kilku długich i mocno 

 

     
 
 
 
     

Manly Beach - atrakcyjna plaża 16-tysięcznej miejscowości wchodzącej w skład aglomeracji Sydney. Ładnie zurbanizowana nad piękną zatoką, odległa od centrum Sydney zaledwie o 17 km, chętnie jest odwiedzana także podczas łagodnej tutejszej zimy. Stali bywalcy to liczni uczestnicy szkół surfingowych, szkół nurkowania, turyści, fani sportu na świeżym powietrzu.

W wodzie liczni wszędobylscy fani surfingu, długi kamienny deptak wzdłuż skalnego półwyspu, na plaży sport oraz sesje zdjęciowe - także młodych par...

Featherdale Wildlife Park Doonside. Video.

Cairns. Video.

Mulgrave River. Video.

Green Island i Great Barrier Reef. Video.

Powrót. Video.

Na 60-kilometrowej trasie pomiędzy Newport i Parkiem, mijaliśmy rośliny o wyglądzie charakterystycznym dla różnych pór roku - drzewa po zrzuceniu liści, drzewa wykolorowane barwami jesieni oraz - drzewa kwitnące na tle głębokiej zieleni.

W Parku odczucia mieszane. Na zwierzęta w niewoli zawsze patrzę bez entuzjazmu. Od najmłodszych lat chętniej oglądam je na przepięknych filmach przyrodniczych. Po krótkim ale ulewnym deszczu, na rozmiękłych miejscami wybiegach, bywało nieprzyjemnie. Niewygody łagodziła możliwość bezpośredniego podkarmiania i nawet głaskania 

Cairns – miasto i port w północnej części stanu Queensland w Australii liczące ponad 220 tys. mieszkańców.

Trafiliśmy tu w czerwcowej porze suchej, gdy warunki są dla Polaka bardzo korzystne. Prawie bezchmurne niebo, temperatury 20 nocą 27 st. C w dzień, słabe wiatry. Tyle zaobserwowaliśmy i odczuliśmy osobiście podczas 3-dniowego pobytu. Mieszkańcy (ci, z którymi rozmawialiśmy) twierdzą, że z nastaniem letniej pory deszczowej ich region zmienia się w piekło - temperatura powyżej 40 st.C i wszędzie, na ziemi i w powietrzu woda, którą oddychać muszą jak ryby. Sądzę, że mocno przesadzają. Na ulicach znacznie wyższy - odwrotny niż w Sydney procent mieszkańców o urodzie orientalnej.

Noce spędzaliśmy na 14 piętrze hotelu SEBEL. W jednym pokoju my z Majką, w drugim Michał z Ireną (Włoszką). Dnie - na spacerach i posiłkach w mieście, na hotelowym basenie, na rzece Mulgrave, na Zielonej Wyspie i Wielkiej Rafie Koralowej. W pierwszym dniu, zanim zdążyliśmy opuścić hotel, Irena (Polka) poprosiła, abym sprawdził, dlaczego boli ją obrzeże ucha. Znalazłem, szczęśliwie usunąłem (i uśmierciłem!) sporego, sprawnie uciekającego po umywalce kleszcza. W samolocie raczej się nie przypętał więc musiał pochodzić z któregoś ze spacerów po buszu w okolicach Newport.

Zapobiegawczej kuracji antybiotykowej Irena poddała się dopiero w Polsce. 

 

     

Do Cairns przebyliśmy ponad 2500 kilometrów po to, aby w australijskich tropikach co nieco dogrzać się, powędkować i przynajmniej pobieżnie poznać Wielką Rafę Koralową.

Wybór miejsca wędkowania pozostawiono mnie: Rzeka Mulgrave, Morze Koralowe albo jedno i drugie. Mając w gronie uczestników trzy lekko ubrane, nieobeznane z wędkarstwem morskim dziewczyny, w tym: emerytkę, dziewczynę w zaawansowanej ciąży i 9-latkę, wybrałem tylko rzekę. Uprzedzono nas wówczas, że przy bardzo niskim stanie wody i dużym weekendowym ruchu, szanse na złowienie dużej ryby będą mizerne. Ale na pewno spotkamy krokodyle, które mimo ogromnych rozmiarów własnych, naszych skromnych łodzi nie zaatakują. Pozostałem przy swoim wyborze, bo doskonale pamiętam własne doświadczenia z wędkowania na Bałtyku. A bywało nie zawsze przyjemnie. Zdarzało się, że bałtycki kuter, dużo większy od łodzi na Mulgrave bujał tak, że uwiązany linkami do nadbudówki i relingów, przy jednym przechyle nabierałem wody do butów, przy 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ostatnie wyjście na pomost w Newport wcale nie poprawiło nam nastroju. Nie cieszył nas ani słoneczny dzień, ani widok pięknych jachtów. Odsłonięty podczas odpływu, spory kawał kamienistego lądu z mnóstwem małży i mizernymi drzewinkami, w zwykłych okolicznościach mocno pobudzający ciekawość, na kilka minut przed odjazdem wydawał się bardziej smutny i ponury niż my.

Podróż

Newport

Połowy na mrożoną krewetkę

Fish Market w Sydney

ZOO-Aquarium w Sydney

Z promu Manly-Sydney

Sydney z daleka i bliska

Sydney-Plaże Północne

UFO nad Sydney

Pittwater, West Head, Ku-Ring-Gai

Manly Beach

Featherdale Wildlife Park Doonside

Cairns

Mulgrave River

Green Island - Great Barrier Reef

Powrót

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Panasonic 2019

wymiotnego serwuje TV - często powtarza reklamę kosmetyku, w którym ważnym i cenionym składnikiem jest śluz ślimaka. Tfuj!!

W porze naszych odwiedzin marketu, hale na których odbywają się aukcje tuńczyków o trzycyfrowej wadze, były już puste. Aukcje odbywają się bardzo wcześnie, trwają krótko, a nieliczne trzycyfrowe okazy błyskawicznie wykupują zaopatrzeniowcy

luksusowych restauracji. W sprzedaży detalicznej pozostają sztuki dwucyfrowe, zgrabnie cięte na porcje o różnej wielkości, w tym np. 3-centymetrowej grubości płaty na steki, podobno przepyszne :).

oswojonych zwierzaków. Majkę nieźle przestraszyło kilka wyższych od niej australijskich strusi, niespodziewanie przebiegających obok niej. Minę miała nietęgą :). 

rozgałęzionych akwenów rozchodzących się z rozległej zatoki Morza Tasmana daleko pomiędzy skalne wypiętrzenia lądu, obszaru po obu stronach zatoki i jednostki administracyjnej z siedzibą Rady w miejscowości Mona Vale (z grubsza odpowiednik polskiego powiatu), sprawującej zarząd na obszarze Pittwater.

West Head Road to piękna trasa, zwieńczona wspaniałą, rozległą panoramą. Trasa dla kolarskich twardzieli. Po treningach na niej, można zdobywać górskie premie w prestiżowych wyścigach :-). Jej fragment: Newport - platforma widokowa - Newport Michał pokonał w ciągu sześciu godzin. W moim wieku, wcale mu tego nie zazdroszczę.

Ku-Ring-Gai Chase National Park oglądany z okien samochodu, zachęcająco nie wyglądał. Pokręcone, rachityczne zarośla mają się nijak do pięknej, bujnej zieleni lasów polskich. Ze zwiedzania zrezygnowaliśmy przede wszystkim ze względu bardzo krótki pobyt w Australii.

   
 

Po takim przejeździe doskonale rozumiem Australijczyków, którzy zadają sobie wiele trudu, budując swoje domy wysoko na skałach. Im wyżej, tym rozleglejszy widok, większy powód do dumy i oczywiście wyższa cena :-(. Budują w miejscach zdumiewających - niektóre domy robią wrażenie jaskółczych gniazd, przyklejonych do skalnej, pionowej ściany, a widok żurawi budowlanych na najwyższych piętrach skalnych formacji jest dość częsty. Dojazd do takiej posesji łatwy nie jest. Bywa, że z najniższego punktu drogi publicznej opadającej pod kątem 30 stopni, do posesji dojeżdżać trzeba pod kątem 40 stopni drogą prywatną. Takie "bujnięcie" przyjemne nie jest, ale podobno można się przyzwyczaić. Obok jednego z takich domów, z ażurowej, stalowej platformy parkingowej wyprowadzonej z pionowej skały (!), za zdalną zgodą właściciela potwierdzoną uśmiechem i przyjaznym gestem, zrobiłem kilka fotek zatoki. Widok jachtów zakotwiczonych pod własnymi nogami kilkadziesiąt metrów niżej, zapewniał wrażenia niesamowite.

drugim woda z butów odpływała po mnie obok moich uszu. Ale wolałem to niż zejście pod pokład, gdzie było sucho ale jeszcze gorzej - tam mój własny żołądek na różne sposoby próbował mnie opuścić. Po takiej wyprawie przez dwie godziny nawet nie próbowałem uruchamiać samochodu. Bujał się razem ze mną i parkingiem jak kuter na morzu.

Podczas innej wyprawy miałem okazję zaobserwować, jak przykre na wyprawie morskiej bywają skutki niestosownego ubioru. Przekonali się o tym nowicjusze ze środkowej Polski, którzy przy bezchmurnym niebie i 24°C na lądzie, po wesołej nocy w nadmorskim hotelu, przybyli na kuter w klapkach, koszulkach z krótkim rękawkiem, wielu w krótkich spodenkach. Widok mojego grubego swetra przepasanego na biodrach wiatrówką z kapturem bardzo ich rozbawił. Długo dowcipkowali, że najwyraźniej wybrałem się na Grenlandię – z nimi dopłynę do łowiska, dalej pójdę pieszo :)). Wiedząc, co ich czeka, spokojnie poprosiłem, aby z komentarzami poczekali kilkanaście minut.

Po minutach dziesięciu weseli panowie przycichli, zaczęli sinieć. Gdy straciliśmy z oczu linię brzegową a kuter nieco się rozkołysał – pozielenieli, zaczęli karmić ryby. Tak obfitych, kolorowych, roznoszonych przez wiatr po całym pokładzie obrzydliwych fontann nie widziałem nigdy wcześniej. O powrót do portu poprosili przed upływem połowy wykupionego czasu.

Na Mulgrave ruch rzeczywiście panował spory. Stan wody niski, ślady spadku wyraźnie widoczne na nabrzeżnej roślinności. Michał na muchę złowił (i wypuścił) kilkanaście ryb. My szukaliśmy okazów i …krokodyli. Okazy zaatakowały dwa - nieskutecznie. Z kilku ogromnych krokodyli zdążyłem uwiecznić tylko jednego i to niezbyt wyraźnie. Pływaliśmy szybko, one znikały jeszcze szybciej.

Wyprawa przebiegła spokojnie, bez emocjonujących zdarzeń. Duszę na ramieniu miałem tylko wtedy, gdy za sterem mknącej po rzece łodzi stawała Majka. Gdyby 9-letniej sterniczce przyszło do głowy sprawdzenie jak zachowa się łódź po gwałtownej zmianie kierunku, przed pójściem na dno koziołkowalibyśmy na sporą odległość.

Wędkowanie wolę na rzekach polskich. Szczególnie przymorskich, w których spotkać można łososia i troć. Tam mogę wędrować bez obawy, że coś odgryzie mi nogę albo wciągnie do wody i …skonsumuje! A hol prawie 8-kilogramowej szlachetnej ryby (mój skromny rekord życiowy = 7,95 kg) daje sporą porcję adrenaliny.

Z dużym zainteresowaniem i przyjemnością oglądaliśmy okolice wzdłuż trasy dojazdowej i powrotnej. Bardzo rozległe plantacje trzciny cukrowej, zbieranej na tamtym terenie dwa razy w roku, z daleka podobne były do polskiej kukurydzy. Podstawową różnicę stwierdziliśmy, gdy obok mijanej plantacji przejeżdżał ciągnik. Trzcina była od niego ponad dwa razy wyższa.

 

Po powrocie do hotelu i zasłużonym odpoczynku przy basenie, wieczorem powędrowaliśmy w miasto. Kolację w lekko zadaszonej restauracji popsuł nam uporczywy wiatr a mnie, poza wiatrem, także widok ogromnej michy jakichś czarno-brązowych muszelek, z wielką wprawą i zadowoleniem opróżnianych przez Michała. Do spróbowania owych „pyszności” nie dałem się namówić.

Po kolacji pozostała sesja foto Majki z wężami (pfuj!) i wczesny powrót. W planie na dzień następny - wczesna pobudka oraz wyprawa na Zieloną Wyspę i Wielką Rafę Koralową.

 

Telefoniczna rezerwacja biletów na Zieloną Wyspę i dalej, na Wielką Rafę, przysporzyła nam sporo emocji. Osoba potwierdzająca rezerwację nie uprzedziła nas o szczegółach, więc po wczesnej pobudce i spokojnym śniadaniu do przystani dotarliśmy spacerkiem na kilka zaledwie minut przed planową godziną wypłynięcia. Okazało się, że bilety i samoprzylepne znaczki określające zasięg wycieczki odebrać należy w jednej z trzech czynnych kas terminala – przed każdą wiły się bardzo długie kolejki. Spóźnienie na rejs poranny przekreślało szansę dotarcia w tym samym dniu do Wielkiej Rafy. Jakich wybiegów użył Michał, nie wiem. Ważne, że w ostatniej chwili zdążyliśmy!

Zielona Wyspa budzi niecodzienne skojarzenia. Jest prawie płaska, niewiele wystająca ponad lustro wody, otoczona wąskimi plażami i płyciznami rozległej rafy. W środku mnóstwo zieleni, basen, barek, kilka pawilonów rekreacyjnych i sklepików ( w jednym dokupiłem nawet chińskie zapasowe kąpielowe porcięta :)). Jak te obiekty radzą sobie podczas huraganów? Rafa i płycizny zwykle tłumią ogromne fale, ale podczas jakiegokolwiek tsunami wolałbym pozostawać na solidnym lądzie i to najlepiej w górach.

Po 2-godzinnym pobycie, kąpieli i plażowaniu na Zielonej Wyspie popłynęliśmy dalej, na wielką platformę zakotwiczoną na Wielkiej Rafie. Po uzyskaniu

podstawowych wskazówek od personelu spośród mnogości sprzętu do nurkowania (z opuszczanymi na dno kapsułami powietrznymi włącznie) wybraliśmy sprzęt do pływania i nurkowania z fajkami. Przed i po naszym wejściu do wody natychmiast pojawiała się dziewczyna z aparatem sygnalizując fotki. Spośród wyłożonych na kontuarze wodolotu można je było sobie wybrać i odebrać za stosowną „turystyczną” opłatą podczas rejsu powrotnego.

Nasze tj. seniorów wrażenia ze zwiedzania rafy daleko odbiegały od związanych z telewizyjnymi prezentacjami podwodnych nagrań profesjonalnych, ale to norma. Szeregowy, nieobeznany z nurkowaniem turysta, szans na samodzielne odnalezienie pod wodą wspaniałości prezentowanych w tv po prostu nie ma. Za to z wielką przyjemnością obserwowaliśmy wodne poczynania Michała i Majki. Tata i jego 9-letnia córcia pływali nad rafą z ogromną swobodą i wyraźną przyjemnością. Pływali długo przed i po wycieczkowym obiedzie, serwowanym na platformie.

Do Cairns powróciliśmy przed zmierzchem, zrelaksowani i …zmęczeni. Pozostaliśmy w hotelu, Michał z Majką ponowili –ale krótko – sesję z wężami.

Na lotnisku w Sydney bilety odebrał Michał. Znów okazało się, że musimy podchodzić po nie dwa razy. Bilety w Sydney wydano tylko na lot do Singapuru. Poinformowano nas (Michała), że dopiero tam otrzymamy je na pozostałą część trasy. Abyśmy bez znajomości języka w Singapurze nie utknęli, do biletów dołączono karteczkę polecającą nas obsłudze tamtejszego lotniska.

Po kilku maminych łezkach, pożegnaniu z Michałem i odprawie, podczas której osobistej kontroli poddano tym razem mnie, ale bezboleśnie, trafiliśmy do hali odlotów. Wśród oczekujących najgłośniej (dlaczego?) rozmawiali Polacy. Męską 6-osobową grupą z rozpiętością wieku ok. 40-70 lat powracali z jakiegoś sympozjum.

W Singapurze, po obu stronach wyjścia z rękawa na halę przylotów, stali dwaj uzbrojeni funkcjonariusze (??). Obok, z groźną miną, umundurowana kobieta. Karteczkę pokazałem właśnie jej. Pani bardzo uprzejmie doprowadziła nas do odległego stanowiska, dopilnowała odbioru biletów i dokładnie wytłumaczyła Majce gdzie mamy udać się dalej. Podziękowaliśmy równie uprzejmie.

Podczas lotu do Paryża znów usłyszeliśmy głośną polską mowę, ale tym razem zupełnie pozbawioną uprzejmości. Powodem głośnego niezadowolenia był podział grupy - nie wszyscy otrzymali bilety w klasie biznes.

W Paryżu stwierdziliśmy, że wyjścia do samolotów linii bliskiego zasięgu (nasz tylko do Bristolu w Anglii) znajdują się na poziomie zero, w bardzo skromnie wyposażonej poczekalni. Mogliśmy czekać równie dobrze na eleganckim piętrze, z którego rękawami wchodzi się wprost do samolotów zasięgu dalekiego, ale dół bardzo nam odpowiadał. Mało oczekujących ale za to wielkie okna, nie osiatkowane jak na górze i rozległy widok na startujące i lądujące potężne samoloty. A to już kąsek dla mnie.

Do odległego turbośmigłowego (!) samolotu dowiózł nas lotniskowy bus, ale długo nas nie wypuszczał, bo pomiędzy załogą i obsługą naziemną doszło do ostrych nieporozumień. Nieprzyjazne gesty obserwowaliśmy z daleka ale i nas doprowadzał do zdenerwowania np. widok wielkiej walizy, która spadła z wózka dowożącego bagaże do samolotu i w znacznej odległości leżała tak długo, jakby nikt nie zamierzał po nią wrócić.

W Bristolu przekazaliśmy Majkę Piotrkowi. Rozmawialiśmy krótko. Piotr musiał wracać do pracy w Bridgend, nam pozostało ponad 4-godzinne oczekiwanie na samolot do Berlina.

W Berlinie poczuliśmy się prawie jak w domu. Odległość z domu do Berlina mamy 2x krótszą niż do Warszawy! Na busa firmy Interglobus, kursującego z logo „Fellow me” musieliśmy poczekać ok. dwóch godzin. Dojeżdża się nimi pewnie i prawie wygodnie. Prawie, bo drobną uciążliwość stanowi konieczność przesiadki na terenie Szczecina do innego busa.

Po 4-godzinnej jeździe dotarliśmy do Karlina. Zamiast ulgi - wrażenie przytłaczające. W Australii piękna zatoka, przepiękne jachty i plaże, rozległe wspaniałe widoki – tu widok zaplecza sklepu meblowego, komórek-rupieciarni sąsiedztwa i bardzo błotnistej drogi dojazdowej, do której – mimo corocznych petycji - Urząd przymierza się jak do jeża.