Australia 2010:

 

 

 

 

 

Trasa podóży

Karlino-Berlin

 

 

Berlin-Bristol s

 

 

Bristol-Bridgend

 

 

Bristol-Paryż

 

 

Paryż-Singapur

 

 

Singapur-Sydney

 

 

Sydney-Newport

 

 

Sydney-Cairns

 

 

Podróż Karlino-Newport ...przez Berlin>Bridgend>Bristol>Paryż>Singapur>Sydney / Newport po sezonie / Newport arms Hotel Terrace on Pittwater / Newport Papugi / Wędkowanie z krewetką / Sydney Fish Market / Sydney ZOO Aquarium / Z promu Manly-Sydney / Sydney z daleka i z bliska / Sydney Plaże Północne / UFO nad Sydney / Pittwater>West Head>Ku-Ring-Gai / Manly / Featherdale Wildlife Park Doonside / Cairns / Mulgrave River / Green Island>Great Barrier Reef / Powrót do Polski.

Podróż Karlino-Newport.

Ostatnie dni maja i początek czerwca w aglomeracji Sydney, do której należy także samorząd Newport, są nieco podobne do końcowych dni polskiego, nadmorskiego września. Piszę „nieco”, ponieważ podobieństwo dotyczy głównie układu temperatur (kilkustopniowy chłód w nocy i około 20°C albo nieco powyżej w środku dnia). Plaże w dni powszednie niemal bezludne. Reszta, to już tylko „różnie opisywane różnice”.

W wielu opisach zamieszczanych w Internecie autorzy twierdzą, że w Sydney pory roku są dwie – lato i zima. Chociaż trudno jest formułować własną opinię po kilkunastu dniach pobytu, twierdzę, że zimy rozumianej po polsku, białej i mroźnej tu nie ma, ale nie znaczy to wcale, że pory są tylko dwie. Wśród zielonych i kwitnących przez okrągły rok drzew są tu również takie, które przebarwiają i zrzucają liście jesienią (?!) a odnawiają wiosną. Widziałem, fotografowałem, potwierdzam. Różnica zdań wynika podobno z faktu, że w/wspomniane zjawiska trwają krótko.

Newport to urokliwa miejscowość odległa od Sydney o ok. 40 km w kierunku północnym, pięknie rozlokowana u nasady dużego półwyspu (pisząc/mówiąc o kierunku północnym pamiętać należy, że na półkuli południowej oznacza on "ku równikowi" :)). Na zawsze utkwiło w mojej pamięci usytuowanie mieszkania, w którym gościł nas Michał. Z balkonu widok na spokojną zatokę z mnóstwem pięknych jachtów, na zachody słońca, na pomost z zacumowaną na jego końcu skromną łódką, na kilka kwitnących przez okrągły rok drzew chętnie odwiedzanych w dzień przez bardzo kolorowe, krzykliwe i stale głodne papugi, w nocy przez zwierzaki wielkości kota, podobno objadające kwiatowe kiście (?). Do zmiany tej scenerii wystarcza zaledwie kilkuminutowy spacer spokojnymi ulicami miasta i przejście na drugą stronę trasy szybkiego ruchu, obiegającej niemal cały półwysep. Tam uroki rozległej plaży, rozkołysane Morze Tasmana i grupki wszędobylskich fanów surfingu,

Newport.

Połowy na mrożoną krewetkę. 

Wstęp.

Poprzedzając opis własny, odniesiony głównie do miejsc o charakterze publicznym, gorąco polecam materiały publikowane przez Polaka mieszkającego w Sydney ponad trzydzieści lat. Chris Osostowicz publikuje na FB pod nazwiskiem własnym, na YT jako boobalisa.

Chris z dronem, kamerą, aparatem fotograficznym, międzynarodową rodziną i przyjaciółmi dociera niemal wszędzie, nie tylko w Australii. Jego materiały foto-wideo zawsze oglądam z ogromną przyjemnością.

Dzięki nim poznaję miejsca i zdarzenia, które na pewno chciałbym poznać/przeżyć osobiście - gdybym miał stosowną możliwość i wiedział, że w ogóle istnieją :)...

dobrego materiału na moje by-passy aortalno-wieńcowe. Z zalecanego przez kardiologa wstrzykiwania heparyny w fałdy brzuszne zrezygnowałem, gdy moja własna siostra naopowiadała, że po kilkakrotnym jej wstrzyknięciu brzuch miała długo b. siny, później wielokolorowy. Więc lek nie do przyjęcia w sytuacji, gdy w planach pobytu w Australii mieliśmy kilkudniowy wypad w tropiki z pływaniem m.in. nad Wielką Rafą Koralową. Rafa z natury jest bardzo kolorowa - pływanie nad nią z kolorami własnymi byłoby raczej nie na miejscu :(. Poza tym wyczytałem na opakowaniu heparyny, że u niektórych osób może wywołać uczulenie – a tego bardzo się boję po niebezpiecznej reakcji na surowicę przeciwtężcową - zastosowanej po tym, jak w latach sześćdziesiątych w Świebodzinie zeskoczyłem z wędkarskiego pomostu na gwoździe sterczące z deski, porzuconej na dnie przez jakiegoś durnia. Trzy gwoździe przebiły stopę na wylot, wstrzyknięto mi dużą dawkę surowicy, po siedmiu dniach szybko zacząłem puchnąć i tracić oddech, wylądowałem na korytarzu przepełnionego szpitala.

Personel w ciągu trzech dni przywrócił moje normalne wymiary i wygląd, ale do dnia dzisiejszego zapamiętałem tylko jedną, bardzo młodziutką pielęgniarkę. W upalny dzień przyszła do mnie z ogromną strzykawą ubrana tylko w zwiewny fartuszek i delikatne majteczki. Nakazała oprzeć przedramię na poręczy łóżka, zacisnąć pięść i …nie ruszać się. Zaaferowana wprowadzaniem grubej igły do żyły, nieświadomie ale mocno oparła się o moją pięść. Po wprowadzeniu igły nakazała pięść otworzyć! Wówczas cały jej puszysty "wianuszek" znalazł się w mojej dłoni. Gdy standardowo zapytała czy coś czuję, z uśmiechniętą gębą i delikatnym, ale jednoznacznym poruszeniem dłonią odpowiedziałem, że wszystko! Zrozumiała, poczerwieniała, wyrwała strzykawkę i uciekła. Nigdy więcej jej nie spotkałem :(.

Po lądowaniu w Singapurze i prawie dwugodzinnym pobycie/czekaniu na lotnisku CHANGI, 27 maja 2010 o 19:50 odlecieliśmy do Sydney nieco mniejszym Boeingiem linii Qantas Airways. Wylądowaliśmy na lotnisku Kingsford Smith 28 maja o 5:10 czasu miejscowego. Czas lotu 7:20. Po 21 godzinach i 30 minutach w powietrzu zmieniliśmy wreszcie środek lokomocji. Do Newport dojechaliśmy samochodem Michała. Więcej w narracji dokumentu wideo przygotowywanego dorywczo, opublikowanego dwukrotnie (?) pt. Australia cz 1 Podróż w2 oraz Australia cz 1 Podróż-skrót. Różnią się niewiele, ale ...pozostały.

Wieloetapowa podróż z Karlina do Sydney i dalej, do Newport, zajęła nam cały tydzień. Oczywiście można dotrzeć tam szybciej, trasą krótszą, ale to z Anglii musieliśmy odebrać najważniejszą uczestniczkę wycieczki - Majkę, naszą 9-letnią wnuczkę. Głównym sponsorem oraz opiekunem do dnia naszego powrotu pozostawał Michał, nasz syn, tata Majki.

Michał przed objęciem pracy w Australii kilkakrotnie opłynął Ziemię jako załogant ogromnych statków wycieczkowych, dolatywał samolotami do bardzo odległych miejsc zaokrętowania, swobodnie włada kilkoma językami - byliśmy bezpieczni. Ryzykowny był tylko powrót z Majką do Anglii i nasz samodzielny powrót do Polski. Emocji mieliśmy sporo, ale wszędzie dotarliśmy :).

Karlina wyjechaliśmy 21.05.2010 o godzinie 15:00 busem Biura Podróży Interglobus Tour w Szczecinie. Ich logo „Follow me!” jest widoczne z daleka. Firma niezawodna – korzystaliśmy z jej przewozów kilkakrotnie, o różnych porach dnia i nocy. Do lotniska Schönefeld w Berlinie dojechaliśmy o 19:30, po nieco uciążliwej przesiadce z przenoszeniem bagaży w Szczecinie, podobno koniecznej ze względu na ograniczenia czasu pracy kierowców.

Trasę z Berlina do Bristolu w Anglii pokonaliśmy samolotem firmy EasyJet. Rzeczywisty czas lotu 1:55 (wg odczytów z tablic informacyjnych obu różnych stref czasowych - tylko 55 minut). Z lotniska w Bristolu, ok. godziny 23 odebrał nas Bartek, krajan z Karlina, kolega naszych synów. Samochodem podrzucił nas do Bridgend, do tego samego hotelu, do którego podwoził nas we wrześniu 2008. 

W dniu 23.05.2010 uczestniczyliśmy w uroczystościach Pierwszej Komunii. Przystępowała do niej Majka. Przez dwa dni następne - w oczekiwaniu na Majkę - zwiedziliśmy Bridgend i Porthcawl. Z Bridgend w pełnym składzie tj. Irena, Tadeusz, Michał i Majka wyruszyliśmy 26.05.2010 - pociągiem do stacji podmiejskiej w Bristolu, stamtąd busem na lotnisko.

Na lotnisku pierwsza pouczająca sytuacja: Michał poszedł zasięgnąć języka, ja, po zostawieniu ciężkiego plecaka przy dziewczynach, pomaszerowałem pod trójkąt. Chwilę później w męskim kibelku dopadła mnie umundurowana funkcjonariuszka i mocno zdenerwowana zaczęła nawijać coś, czego oczywiście nie mogłem zrozumieć. Na szczęście nadszedł Michał - okazało się, że nasze dziewczyny oddaliły się od plecaka, aby pooglądać zawartości gablot. Po niedawnych zamachach terrorystycznych samotny plecak wyglądał na tyle podejrzanie, że groziło nam zatrzymanie i 5000 funtów grzywny. Uff!!

Z Bristolu do Paryża odlecieliśmy 26.05.2010 g.17:15 mizernym samolotem turbośmigłowym Air France. Czas przelotu 1:35. Bagaże w Paryżu rozpoznaliśmy z trudem i ...zdumieniem. Doleciały ogromnie wybrudzone.

W Paryżu druga pouczająca niespodzianka, skłaniająca do dokładnego sprawdzania biletów. W Bristolu zarezerwowane bilety odebraliśmy i cześć, lecimy. W Paryżu, podczas zwiedzania hali, na krótko przed czasem odlotu, ze zdumieniem zauważyłem na świetlnej tablicy informacyjnej nasze nazwiska. Zapraszano nas do zgłoszenia się w punkcie informacyjnym. Okazało się, że przylecieliśmy z biletami tylko na trasę Bristol-Paryż. Na pozostałą część trasy musieliśmy odebrać inne.

Z Paryża odlecieliśmy 26.05.2010 o 23:30 potężnym Boeingiem Air France o sylwetce delfina. Taką sylwetkę nadaje maszynie pięterko biznesowe. Czas lotu 12:35 zniosłem nieźle dzięki częstym spacerom dookoła samolotu (wewnątrz :)!), marszobiegom w miejscu i masażom podudzi, od kostek do kolan pociętych przez szczecińskich chirurgów w poszukiwaniu

sprawnie wyłapujących największe fale, nadpływające z bezmiaru Pacyfiku.

Czyli - świetny zestaw. Z jednej strony uspokajający, wyciszający widok zatoki, z drugiej aksamitne powietrze i pobudzająca wyobraźnię potęga oceanu!

Bardzo krótki czas, jaki mogliśmy przeznaczyć na pobyt w Australii, znacząco ograniczył możliwości rozpoznania lokalnych

Podczas pobytu u Michała, niezależnie od tego w jakim miejscu na świecie miałoby to miejsce, inaczej być nie mogło - musieliśmy sobie powędkować. Zaskoczył mnie tylko rodzaj przynęty. Przez pewien czas po powrocie do Polski przymierzałem się nawet do wypróbowania jej na Bałtyku, ale do wędkarstwa bardzo skutecznie zniechęciła mnie moda NO KILL. Nielimitowane okaleczanie i nękanie ryby często do utraty przytomności, bez konkretnej (kulinarnej, limitowanej) potrzeby, wyłącznie dla samolubnej przyjemności (?), od zawsze uważam za bezmyślne barbarzyństwo, nieco łagodniejsze od niedawnego zabijania bizonów dla samej "przyjemności" zabijania. Michał jest pasjonatem wędkarstwa, posiada uzyskaną w Nowej Zelandii międzynarodową licencję instruktora wędkarstwa muchowego, w mistrzostwach świata uzyskuje niezłe wyniki. Nieźle, w wieku 4 lat :), radziła sobie z wędką (nad j. Krzemno k. Czaplinka) także jego córcia Maja, ta sama, która w Australii, jako 9-latka skutecznie łowiła ryby w j. Narraben (na mrożoną krewetkę) a później, w Cairns, dzielnie radziła sobie na rzece Mulgrave ze spinningiem i wędkarską łodzią. Klip wideo z j. Narraben.

kulinariów. Nasi gospodarze preferujący styl włoski, czyli kawka ze słodkim pieczywkiem rano, lunch ok. 13-tej i solidny posiłek dopiero ok. 20-tej, na czas naszego pobytu swój styl nieco zmodyfikowali. Najmilej wspominam ogromne steki wspaniale przygotowywane przez gospodarza (po każdym gotów byłem do poznawania Australii wzdłuż i wszerz nawet pieszo), świetnie przyrządzone ryby złowione przez Majkę w jeziorze Narraben i przeogromna golonka z chrupiącą skórką w niemieckiej piwiarni, w Sydney. Mieszane uczucia pozostały po sushi w chińskiej restauracji w Newport (bardziej smakuje mi zwykły tatar z łososia przyrządzany w sklepie firmowym firmy SuperFish w Kukini k. Ustronia Morskiego) oraz po najświeższych ostrygach na Targu Rybnym w Sydney. Pobyt w Australii sprawił mi tak wielką przyjemność, że o samym Newport opublikowałem cztery odrębne video-dokumenty: Newport po sezonieNewport wersja foto / Newport Arms Hotel / Newport papugi.

Fish Market w Sydney. Video.

Do odwiedzenia Targu emocjonalnie namawiał nas Paweł. W Karlinie, jeszcze przed naszym wyjazdem. Z pełnym zachwytu wyrazem twarzy opowiadał w szczególności o ostrygach prosto z kutra, z porannej dostawy, zręcznie pod bieżącą wodą otwieranych przez targowego speca i po spłukaniu układanych na dużych, odpowiednio wyprofilowanych tacach. Można kupować je (i zjadać!) na bieżąco. Z sokiem ze świeżej cytryny smakują podobno wspaniale. Piszę "podobno", bo z mojego degustacyjnego zestawu owoców morza, jedyną próbną ostrygę błyskawicznie i bardzo zgrabnie zwinęła mewa. Na trawniku, obok stolików ustawionych na nabrzeżu, czatuje ich kilkanaście. Wystarczy moment nieuwagi aby nastąpił błyskawiczny atak. Mewa miga przed nosem konsumenta, słychać lekkie puknięcie dziobem i ...zawartość muszli znika.

Po takiej - tyleż zgrabnej co bezczelnej kradzieży - Michał koniecznie chciał mi zakupić następny zestaw, ale stanowczo odmówiłem. Kulinarne eksperymenty z owocami morza są mi tak obce, że nie ufam nawet własnym synom. Niechętnie wspominam superzupę z owocami morza, na którą z dumą zaprosił nas Michał w Wenecji. Pływało w niej tyle morskiego "wdzięku", że zupy nawet nie tknąłem.

Do widoku Michała zgrabnie opróżniającego zawartość małych muszli podanych w ogromnej misie niby przywykłem, ale teraz (w roku 2019) nowy bodziec odruchu 

ZOO-Aquarium w Sydney. Video.

W ZOO i Akwarium spędziliśmy część dnia pozostałą po zwiedzeniu Fish Marketu.

Zanim tam dotarliśmy, właściciel niedużej łodzi proponował nam za 50 dolarów od osoby 2,5-godzinny rejs na spotkanie z wielorybami w tym godzina płynięcia na spotkanie, półgodzinna sesja foto i 1-godzinny powrót.

Motorówka była mizerna, pogada też – zrezygnowaliśmy.

Wieczorem, umęczeni zasiedliśmy w nadbrzeżnej knajpce z rozległym tarasem i świetnym widokiem na zatokę i miasto. Niestety – po posiłku wynieśliśmy się stamtąd czym prędzej, ze względu na bardzo głośną muzykę. Głośną na tyle, że nie mogliśmy usłyszeć rozmówcy z drugiej strony naszego stołu.

Z promu Manly-Sydney. Video.

Materiały do obróbki i montażu.

Sydney z daleka i bliska. Video.

Materiały do obróbki i montażu.

Sydney plaże północne. Video.

Materiały do obróbki i montażu.

UFO nad Sydney. Video.

Pittwater West Head Ku-Ring-Gai. Video.

Manly Beach. Video.

Materiały do obróbki i montażu.

Materiały do obróbki i montażu.

Materiały do obróbki i montażu.

Featherdale Wildlife Park Doonside. Video.

Cairns. Video.

Mulgrave River. Video.

Green Island i Great Barrier Reef. Video.

Powrót. Video.

Materiały do obróbki i montażu.

Materiały do obróbki i montażu.

Materiały do obróbki i montażu.

Materiały do obróbki i montażu.

Materiały do obróbki i montażu.

Podróż

Newport

Połowy na mrożoną krewetkę

Fish Market w Sydney

ZOO-Aquarium w Sydney

Z promu Manly-Sydney

Sydney z daleka i bliska

Sydney-Plaże Północne

UFO nad Sydney

Pittwater, West Head, Ku-Fing-Gai

Manly Beach

Featherdale Wildlife Park Doonside

Cairns

Mulgrave River

Green Island - Great Barrier Reef

Powrót

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Panasonic 2019

wymiotnego serwuje TV - często powtarza reklamę kosmetyku, w którym ważnym i cenionym składnikiem jest śluz ślimaka. Tfuj!!

W porze naszych odwiedzin marketu, hale na których odbywają się aukcje tuńczyków o trzycyfrowej wadze, były już puste. Aukcje odbywają się bardzo wcześnie, trwają krótko, a nieliczne trzycyfrowe okazy błyskawicznie wykupują zaopatrzeniowcy

luksusowych restauracji. W sprzedaży detalicznej pozostają sztuki dwucyfrowe, zgrabnie cięte na porcje o różnej wielkości, w tym np. 3-centymetrowej grubości płaty na steki, podobno przepyszne :).