Materiały wideo.

Dźwirzyno odwiedzamy od roku 1972. Przy różnych okazjach, nie zawsze w lato. Z przyjemnością rejestrujemy szybko postępujące zmiany. Większość, to zmiany imponujące, nastawione głównie na obsługę turystów. Powstają pensjonaty, osiedla domków wczasowych i - jak wszędzie nad morzem - ekskluzywne, wysokiej klasy "szklane domy".

14-07-2019 niedzielne „wolne chwile” i przyjazną pogodę wykorzystaliśmy na kolejny wyjazd do Dźwirzyna, aby – jak zwykle, przy okazji – zarejestrować obrazy zmian w miasteczku i na trasach: dojazdowej p. Dygowo oraz powrotnej p. Gościno.

Dojazd przez Dygowo pozostaje niezmienne fatalny. Za wyjątkiem krótkiego odcinka na wysokości Mokradeł Pyszka, na którym przyzwoitą nawierzchnię ułożono przy okazji odtwarzania Mokradeł (odtworzonych z finansowym wsparciem unijnym). Cała reszta to w znaczącej większości wyboje i niebezpieczne uskoki na obrzeżach.

Tuż za osadą Pyszka intensywnie rozbudowuje się i zwiększa swoją ofertę Park Pomerania – park rodzinnej rozrywki. Ogromna ilość „zaparkowanych w Parku” aut świadczy o jego wielkim powodzeniu. Sporo zdjęć udostępniono na stronie Pyszka – Mapy Google. Najnowsze dzieło, to zbiorniki i kanały wodne z pływającymi gadżetami.

Kolejne znaczące zmiany zachodzą tuż przed Kołobrzegiem, w rejonie bezkolizyjnego skrzyżowania z budową trasy S6. Powstały nowe ronda. Pierwsze rozprowadza ruch na drogę 163 i oba kierunki S6, następne umożliwia objazd miasta obwodnicą. Właśnie z tej obwodnicy korzystamy przy dojazdach do Grzybowa, Dźwirzyna, Rogowa a bywa, że stamtąd również do Mrzeżyna, Trzebiatowa i dalej …ku Słońcu. Obwodnicą z rondami jeździmy płynnie, bez wyczekiwania w korkach na zmianę świateł, ale omijamy Rondo Kardynała Ignacego Jeża z miłą dla oka „łabędzią kompozycją” (patrz http://youtu.be/qeZyg_p5N3c).

Parkingi: w Grzybowie, przy plaży naturystów przed Dźwirzynem i w samym Dźwirzynie tradycyjnie zatłoczone, nawet za znakami zakazu zatrzymywania się i postoju.

Na plażę schodzimy zwykle obok Hotelu Senator. Tu zmiany poważne. W miejscu dawnego placu zabaw stoją dwa potężne dźwigi, trwa budowa kolejnego segmentu. Podobno ma powstać budynek 5-piętrowy z dwoma piętrami poniżej poziomu gruntu. W planie podziemne garaże. Ale to wiadomość bez formalnego potwierdzenia.

Dawną ścieżkę do plaży, wyłożoną taśmą gumową, zastąpił deptak z kostki brukowej i solidne zejście na plażę. Na plaży rozstawiono biały hotelowy sprzęt, leżaki, parasole. Ustawiono plażowy bar, krąży plażowa obsługa w strojach firmowych.

Po plażowaniu i opuszczeniu zaprzyjaźnionego parkingu ruszyliśmy „w miasto”. W poszukiwaniu miejsca do parkowania objechaliśmy wiele ulic, w tym także nieoznakowaną ślepą, z bardzo kłopotliwym nawrotem. Wolne miejsce znaleźliśmy przy Biedronce, wolne od opłat przez 60 minut (!).

Godzina ze sporym zapasem wystarczyła na dojście do Kanału Resko i zakup kilku porcji tatara z łososia.

Wróciliśmy przez Zieleniewo, przez imponujące skrzyżowanie z trasą S6 w Rościęcinie oraz Gościno. Ta trasa, dłuższa zaledwie o ok. 3 km, jazdę przyjemną zapewnia na znacznie dłuższych odcinkach niż trasa wschodnia.

W niedalekiej przyszłości zamierzam dojechać i „uwiecznić” S6 nad Parsętą w Rościęcinie oraz jej imponujące bezkolizyjne skrzyżowania.

Pozdrawiam :).

Wideo: Statek Król Eryk I / Tramwaj wodny / Darłówko 2019.

Darłówko odwiedzam od roku 1963. Po raz pierwszy - jako specjalista Wojewódzkiego Zjednoczenia Przedsiębiorstw Państwowego Przemysłu Terenowego w Koszalinie, oddelegowany do Sławieńskich Zakładów Przemysłu Terenowego w Darłowie w sprawie przygotowania i wdrożenia w tamtejszych Zakładach NTU (norm technicznie uzasadnionych). Zwykle mieszkałem w dawnym hotelu usytuowanym na prawym brzegu Wieprzy, w pobliżu latarni. W każdą mglistą noc, trudno w nim było wypocząć. Buczek przeciwmgłowy nie pozwalał usnąć. CDN

Podczas jazdy samochodem, z narastającą niechęcią patrzyłem na drzewa leżące na zakrzaczonych poboczach. Im bliżej Białowieży, tym leżących drzew więcej. Gdyby były powalone siłami przyrody – OK, niechby sobie leżały. Wszystkie mają wyraźne ślady cięcia piłą, a skoro tak - powinny być wywiezione. Tak podpowiada mój nawyk z dzieciństwa, kiedy to za formalną zgodą leśników, nieodpłatnie, własnym sumptem usuwaliśmy z lasu i wykorzystywaliśmy na potrzeby własne martwe (młode!) iglaki. Świetnie nadawały się do bieżącego opalania kuchni. Do zimowego palenia w piecu wykorzystywaliśmy szczapy liściaste twarde – dąb, grab, jesion.

Od Zwierzyńca znacząco wzmógł się także pieszy i rowerowy ruch turystyczny. Zanikł niemal całkowicie, gdy za rogatkami Białowieży skręciliśmy w stronę osady Grudki i przejścia granicznego. Na przejściu kompletne zaskoczenie. W latach bodajże siedemdziesiątych zwykła ciekawość doprowadziła nas do miejsca absolutnie odmiennego. Małym Fiacikiem 126P, w lekko przymrożony i ośnieżony dzień dojechaliśmy w pobliże słupa granicznego i grupki żołnierzy siedzących na pniakach przy dużym ognisku. Żołnierze bez większego zainteresowania obrzucili nas wzrokiem, nie zareagowali na naszą ciekawość więc z pożegnalnym gestem zza szyby odjechaliśmy do Hajnówki. W roku 2016 zwątpiłem, czy dojechaliśmy do tego samego miejsca. Teraz to przejście eleganckie, estetyczne, ładnie zabudowane. Być może w latach siedemdziesiątych dojechaliśmy do granicy inną drogą np. kamieniecką, odbijającą w prawo za torem kolejowym, albo jeszcze inną. W tamtych latach jeździliśmy drogami przeróżnymi. Wystarczyło, że ktoś przed nami zostawił ślad wcześniejszego przejazdu. Tarapaty miewaliśmy także przeróżne, ale to temat odrębny.

Nowe przejście mogliśmy tylko pooglądać. Zamiar skorzystania z autokarowej wycieczki na Białoruś musieliśmy porzucić z mojej winy. Przed wyjazdem z Karlina kilkakrotnie nagabywałem żonę, aby koniecznie zabrała paszport. Swojego nie zabrałem :(...

Po przysłowiowym pocałowaniu klamki na przejściu granicznym, pojechaliśmy na obiad w Restauracji Pokusa, tej samej, którą z hajnowskimi Durzyńskimi odwiedziliśmy w drugim dniu naszego pobytu w Zajeździe Bartnik.

 

https://fv-dokument.pl/lib/kb9pqq/Z-Durzynskimi-z-Hajnowki-m-jg9yrt0b.jpg         https://fv-dokument.pl/lib/kb9pqq/Pokusa-m-jg9yswp7.jpg          https://fv-dokument.pl/lib/kb9pqq/Ogrodek-Pokusy-m-jg9yulyp.jpg

 

Uprzednio, w 6-osobowej grupie, z przyjemnością spędziliśmy czas wewnątrz budynku. Po przejściach na Przejściu, tylko we dwoje, równie przyjemnie - pod parasolami.

 

Pisząc o białowieskich przyjemnościach nie mogę pozbyć się z pamięci przypadku irytującego.

W latach dziewięćdziesiątych, w mroźny prawdopodobnie listopadowy dzień, w poszukiwaniu śladów z końcowych lat czterdziestych, objeżdżaliśmy bez pośpiechu ulice Białowieży. Po kilku postojach z opuszczaniem samochodu i zdjęciach, lekko podmarznięci i bardzo głodni weszliśmy do restauracji z wyszukanymi zdobieniami z drewna. Na dużej, pustej sali przywitał nas chłód – w stopniach Celsjusza i spojrzeniach dwu Pań (!) z personelu, zajętych wielce ożywioną rozmową. Po bezskutecznym czekaniu na ich reakcję, jeszcze z przyjemnością i uśmiechem ruszyłem po kartę. Otrzymałem ją, ale w wiele mówiącym spojrzeniu podającej łatwo było wyczytać – masz, spadaj, nie przeszkadzaj!

Karta zawierała opisy wielu wysoko wycenionych smakowitości (bez określenia ich gramatury) oraz informację o możliwości zamówienia zmniejszonych porcji dla dzieci. Zamówienie zrealizowano dość szybko – otrzymaliśmy coś, co nawet po złożeniu na jeden talerz nie dorównałoby porcji normalnej, zwyczajowo serwowanej w wielu normalnych restauracjach. Po dwa ziemniaczki ciut większe od włoskiego orzecha i po jednym podobnej wielkości kawałeczku mięsa. Gdy w głośnym proteście zażądałem podania porcji normalnych zamiast dziecięcych, z drwiącym oburzeniem stwierdzono, że właśnie takie otrzymaliśmy. Pazerność najwyraźniej wyszła restauracji (?) na zdrowie – w roku 2016 to duży, mocno rozbudowany obiekt.

 

Po obfitym i smacznym (!) posiłku pod parasolami Pokusy, bardzo krótko odwiedziliśmy tylko dwa miejsca – wejście do Parku obstawione straganami z lokalnymi gadżetami oraz dostęp do Narewki w miejscu zapamiętanym z roku 1948 i lat sześćdziesiątych. W roku 2016 stoi w tym miejscu wieża widokowa, śladów pomostu nie ma a dostęp do wody jest bardzo zarośnięty. 

Z dawnych lat w mojej krwi do chwili obecnej pozostało wędkarstwo. To taka rodzinna przypadłość. Tata przeżył lat 91 i niemalże do ostatniego sezonu jeździł motorkiem nad jakiś zalew z karpiami. Wzrok miał już słaby, więc zawsze znajdował znajomka, który zarzucał jego zestaw do wody. Dalej radził sobie sam – jak karp połknął przynętę, to go po prostu wyciągał i dumny wracał do domu.

W końcowych latach siedemdziesiątych spore wędkarskie zamieszanie wywołał nawet w Karlinie, gdy przewędrował przez środek miasta z wędką spławikową niosąc siatkę z jedną płotką, okoniem, 1,5-kilowym karpiem i ponad 3-kilowym przepięknym srebrniakiem-trocią. Kilkakrotnie pytany po drodze, jak złowił je na tak delikatną wędkę, wymijająco odpowiadał z uśmiechem – no jakże to? Mieszka Pani/Pan nad taką rzeką i pyta mnie, jak łowi się ryby?

Wędkarska plotka o tym wydarzeniu szybko obiegła Karlino a prawda – jak zwykle – była prozaiczna. Ojciec powędrował za most szczeciński po wczesnym śniadaniu i pewnie siedziałby nad wodą do zmierzchu. Aby o przyzwoitej porze zgarnąć go na obiad, po pracy rowerem (ale ze spinningiem) ruszyłem na poszukiwania. Gdy z daleka nad starorzeczem dostrzegłem jego biały kapelusz, przystanąłem nad Parsętą. Na bardzo krótko – srebrna troć uderzyła już przy drugim rzucie. Ojciec chętnie dołożył ją do swojej siatki…

Starszy brat Roman, gdy w upalny dzień w Hajnówce zmęczony wrócił znad rzeki, położył się na chwilę, poprosił o szklankę wody. Żona Bogusia podała ją szybko, ale – …już nie żył.

Siostra po wyjściu za mąż i wyjeździe do Kraśnika zdołała namówić męża do kupna samochodu i wędkarskich wyjazdów nad Wisłę, w okolice Annopola. Teraz Kraśnik ma własny duży zalew z możliwością wędkowania na miejscu, ale - …szwagier spoczywa na kraśnickim cmentarzu a siostra mieszka w Lublinie.

Młodszy brat Mundek przez lata pobytu w Hajnówce specjalizował się w łowieniu karpi w Zalewie Siemianowskim. Teraz nosi go po Świecie. W czasie wolnym wszędzie wędkował. W roku 2020 powrócił jako amerykański emeryt do Hajnówki, modernizuje rodzinne gniazdo pod swoje wędkarskie zamiłowania.

Nasz starszy syn Paweł dopiero po czterdziestce „połknął bałtyckiego dorsza”. Wypływa na morskie rejsy wędkarskie przy każdej nadarzającej się okazji, ale okazje miewa nieliczne.

Młodszy syn Michał kilkakrotnie obleciał i opłynął Ziemię - gdziekolwiek przebywa dłużej, wszędzie wędkuje. Przed kilku laty w Nowej Zelandii uzyskał certyfikat i uprawnienia międzynarodowego instruktora wędkarstwa muchowego. Mieszka w Australii, z niezłymi wynikami uczestniczy w mucharskich mistrzostwach świata. Dużo trenuje „na sucho”, dla relaksu łowi na muchę (!) wszędobylskie karpie, traktowane tam jako wodny chwast zagrażający gatunkom rodzimym. Za wypuszczenie do wody osobnika stanowiącego w Polsce tradycyjne danie wigilijne, w Australii grozi kara w wysokości ćwierć miliona miejscowych dolarów!!!

(https://l.facebook.com/l.php?u=https%3A%2F%2Fyoutu.be%2FR4GyrsXY4ms%3Ffbclid%3DIwAR0veUf6p0gdXli2U08AnXmC3e8OJ1pam8mLqAumNsx9-KA2Va7okeu4r3w&h=AT2HSkYCyFE6i5wds-JcxUTExnzgXjetSy_mstXQg6pn700NSVKxbqdgVS7R_7S9nweZuU6ONlRmgxGN1BIdCFdMHv3QHoVkZbqsddPUTr3Njmk8mt2903lhB4zvBFu9IHhd).

 

A co ze mną? Po siedemdziesięciu latach wspaniałych przygód i przeżyć wędkarskich, w tym czterdziestu sześciu latach wydeptywania brzegów Parsęty i jej dopływów oraz opłynięciu wielu zachodniopomorskich jezior, kanałów i zalewów, sprzęt wędkarski odstawiłem do kąta a część rozdałem. Przede wszystkim za sprawą mody NO KILL i agresywnych metod jej lansowania. Po długich latach aktywnej działalności w PZW, SSR i SOP, czynnym uczestnictwie w ochronie wód i tarlisk, uczestnictwie w sztucznych tarłach, przerzutach tarlaków oraz zarybianiu, dla wyznawców mody NO KILL stałem się opluwanym w internetowych komentarzach „mięsiarzem”.

Rozumiem wędkarzy-sportowców-zawodników - trening czyni mistrza. Szanuję wysiłki i starania karpiarzy ale nazywanie mody NO KILL „etyką wędkarską z wyższej półki” traktuję jak wymysł ludzi pozbawionych wyobraźni. Wielokrotnie sugerowałem, aby zechcieli wyobrazić sobie samych siebie w sytuacji ryby, której podczas posiłku, w język, szczękę lub nawet gardło wbija się hak (bezzadziorowy!) a niewidzialna siła wywleka ich od stolika, wlecze po wertepach kilkadziesiąt metrów do głębokiej wody po to, by ocenić ich wyporność, zmierzyć wzrost, zrobić podwodne fotki i półprzytomnych, z zalanymi wodą płucami i bolesnymi ranami odstawić na brzeg. Zwykle w odpowiedzi dociera do mnie lawina wyzwisk, ale tak jest zawsze – gdy brakuje konkretnych kontrargumentów, zaczynają się wyzwiska.

 Pojechaliśmy ze świadomością, że niemal każde balowanie na obcym terenie źle kończyło się dla intruzów. Nasze wspominam z przyjemnością. Przy sporym mrozie musielibyśmy czekać na stacji na poranny pociąg. Warunków obaj nie znaliśmy i - na szczęście - nie musieliśmy ich poznawać. Kelnerki, nasze rówieśnice, zaproponowały abyśmy przeczekali w ich służbowym pokoiku. Po koleżeńsku, bez wzajemnych zobowiązań. Przy kawie z odrobiną rumu było naprawdę bardzo miło. Niniejszym serdecznie je pozdrawiam - obecnie wszyscy należymy do grupy 80+, ale - kobiety żyją dłużej!

Starych śladów z wielu innych pobytów w Białowieży trudno się obecnie doszukać. Nawet w internecie - tu, jak zwykle, są bardzo pogmatwane. Trudno jest odnaleźć dwóch autorów jednakowo opisujących konkretne zdarzenie. Tak m.in. przedstawiona jest historia pożarów w/wspomnianego Dworku, restauracji Iwa, ekspozycji przyrodniczej z przeogromnym basiorem. Zapadły w pamięć, dopóki istniały.

W roku 2016 miałem ogromną chęć dojechać do Białowieży drogami leśnymi, przez Topiło. Niestety - na wszystkich drogach prowadzących z Topiła w głąb Puszczy ustawiono znaki zakazu wjazdu. Musieliśmy wrócić do Hajnówki, aby z ulicy Piłsudskiego skręcić w ulicę Białowieską. Wydaje się to oczywiste, ale nie jest. Białowieska prowadzi w głąb lasu, do Sacharewa. Kilkanaście lat wcześniej zatrzymała nas na niej straż leśna, wyraźnie zdegustowana naszym pomysłem sprawdzenia, co po latach zmieniło się w samym Sacharewie. Niechętnie pozwolono nam jechać dalej. W puszczańskiej osadzie wyraźnych zmian nie zauważyliśmy.

Aby najkrócej dojechać do drogi 689 i dalej do Białowieży, skorzystać należy z leśnego łącznika, opisanego w rozdziale Czworaki i Bartnik.

Droga nr 689 – Szosa Białowieska, to 22-kilometrowe pasmo mocnych dziecięcych, młodzieńczych oraz dorosłych przeżyć i wspomnień szybko tracących szczegóły. Z miejsca, w którym łączą się obie drogi, w niewielkiej odległości widoczny jest „pierwszy mostek”. To pierwszy punkt charakterystyczny, często używany w opisach i lokalizacji zdarzeń zaistniałych pomiędzy nim i Białowieżą. Precyzując lokalizację zwykle mawiano: przed, przy lub za np. czwartym mostkiem, przy zjeździe na Zwierzyniecką Trybę, na ósmym kilometrze (od strony Hajnówki). Tu ciekawostka, dotycząca nazewnictwa, charakterystyczna nie tylko dla Hajnówki - autor wielu ciekawych publikacji o Puszczy Białowieskiej na swojej stronie http://www.stormbringer76.dzs.pl/tryby-i-drogi/tryby/ do określenia leśnej drogi używa rodzaju męskiego Tryb Zwierzyniecki, Tryb Wilczy itd. W swoich opisach stosuję powszechnie, gwarowo używaną formę żeńską „ta droga, ta tryba” więc Tryba Zwierzyniecka, Wilcza Tryba itd.

Jeszcze bardziej pokręcona jest nazwa ważnej puszczańskiej drogi: wg Google Olemburska Droga, wg Strombringera Olenburska, w gwarze rodzinnej Orenburska. Do niedawna byłem przekonany, że właściwą jest Orenburska, od nazwy rosyjskiego, odległego miasta Orenburg. Skoro w Białowieży jest m.in. Carska Komnata…(?) Aby nie utrudniać poszukiwań na mapach, w opisie używam nazwy wg Google – Olemburska.

O rozbieżnościach wspominam nie po to, by je krytykować. Nie mam do tego prawa skoro moje nazwisko we wszystkich dokumentach pisane jest przez „ż”, reszta rodziny ma „rz”, nazwisko panieńskie mojej mamy w trzech różnych dokumentach pisane jest w każdym inaczej a moja żona ma wpisane w dowodzie osobistym miejsce urodzenia nie istniejące na mapach świata (chodzi o niemieckie Tettnang zapisane jako Tetnang) L.

 

 

Wracam na szosę. 

Za pierwszym mostkiem i bagienkiem, po prawej stronie drogi, ciągnął się pas krzewinek jagodowych i luźno rosnących, młodych, rozłożystych świerków. Wśród wspomnień z tym miejscem zapamiętanych, dwa tkwią najgłębiej.

W okresie nauki w SP, w zimowy piękny, przedświąteczny dzień, w śniegu do połowy łydki, w bezwietrznej ciszy, gdy wielkie płatki dostojnie, bezszelestnie spływały z góry, właśnie tam wyszukałem przepiękną choinkę. Po nieśpiesznym podziwianiu i przepraszających zapewnieniach, że to właśnie ona sprawi ogromną radość moim domownikom, wyciąłem ją. Z żalem L.

Wczesną jesienią innego roku coś poniosło mnie przez jagodnik na skraj bagienka, całkowicie wysychającego w niektóre tylko lata. 

Gdy przechodziłem obok młodego świerka, kątem oka zauważyłem pod jego leżącymi na ziemi gałęziami niewyraźny kształt grzyba. Po podniesieniu gałęzi moje oczy prawdopodobnie mocno wyokrąglały. Pod tym i kilku innymi świerkami, rosnącymi w kilku/kilkunastometrowych odległościach, stały całe rodziny dorodnych, zdrowych prawdziwków. Niemal identyczną sytuację, w podobnej scenerii, przeżyłem kilkadziesiąt lat później w sąsiedztwie pasa startowego na drodze nr 163 pomiędzy Czaplinkiem i Wałczem. Tam, w sosnowym jagodowym lesie rzadko przerośniętym młodymi świerkami, ukryte pod gałęziami rosły przepiękne podgrzybki – po kilkanaście pod każdym świerkiem.

Podczas ostrej zimy z początkowych lat siedemdziesiątych próbowaliśmy drogą 689 dotrzeć do jednostki wojskowej, aby Mundkowi, naszemu komandosowi, przebywającemu w Hajnówce na urlopie, załatwić przedłużenie pobytu. Marsz po zamrożonych bryłach rozjeżdżonego śniegu sprawiał wiele trudności więc tuż za pierwszym mostkiem weszliśmy do słabo zaśnieżonego lasu po lewej stronie drogi. Lód na wielu leśnych kałużach, pod starymi świerkami był czysty jak bardzo dokładnie umyta szyba. W kilku miejscach dostrzegliśmy pod nim ruch drobnych żyjątek. Widoki i wrażenia niesamowite.

Przez las dotarliśmy do toru kolejki leśnej przebiegającego pod szosą i pobliskim torem białowieskim. prowadzącego m.in. do osady Topiło. Blisko, niemalże tuż za nim, istnieje coś, co w dużym przybliżeniu nazwać można skrzyżowaniem. W lewo droga asfaltowa prowadzi do jednostki wojskowej - naszego ówczesnego celu, w prawo - droga leśna z prowizorycznym przejazdem przez tor białowieski i dojazdem do dawnej, dużej żwirowni.

Z dojazdu asfaltowego ostatni raz korzystałem w latach dziewięćdziesiątych. Gdy przed bramą spacerowałem w oczekiwaniu na pracownika Wojskowej Administracji Koszar, w niewielkiej odległości od mojego samochodu z lasu na drogę wyszedł potężny jeleń. Byk z ogromnym wieńcem spokojnie przeszedł na drugą stronę asfaltu i klapiąc po nim, powoli oddalał się. Licząc na piękny skok, spróbowałem go spłoszyć. Krótko, ale bardzo głośno gwizdnąłem na palcach. Król puszczy na moment zatrzymał się w półobrocie, obrzucił mnie wiele mówiącym spojrzeniem, nadal spokojnie przeklapał po asfalcie kilka metrów i dostojnie zniknął w ścianie lasu. Domyślnych treści jego spojrzenia wolę tu nie przytaczać.

Co było powodem naszych starań o przedłużenie urlopu Mundka - nie pamiętam. Kilkudniowe załatwiliśmy.

W roku 2016 starej żwirowni nie sprawdzałem, a szkoda. Do roku 1958 chętnie odwiedzaliśmy ją od lat szkolnych. Nie sądzę aby nadal, jak przed laty, zachęcała młodzież do ryzykownych skoków z leśnych nawisów na żwirową ścianę i zjazdów na fali żwiru aż do podstawy wyrobiska. Do poznania smaku ryzyka wystarczył błąd w pozycji lądowania na ścianie - przy niewłaściwej nogi grzęzły w żwirze, „reszta” ciała leciała do przodu i skaczący zjeżdżał z nosem w piasku, głową do przodu.

W odległości kilku następnych kilometrów drogę 689 przecina tor kolejowy bocznicy umożliwiającej jazdę taboru kolejowego z toru białowieskiego na tereny wojskowe. W niewielkiej odległości od przejazdu, w lewo biegnie utwardzona, główna droga do jednostki, wojskowego osiedla i czegoś, o czym niewtajemniczeni wiedzieć nie powinni. Na niski teren pomiędzy torowiskiem i drogą dojazdową do JW przyjeżdżałem rowerem po "zielsko" w okresie, gdy rodzice tuczyli w chlewiku wieprza. Wycinałem ogromne liście chrobustu (czarcie żebro), przycinałem dwumetrową pokrzywę, zielsko upychałem do worka. Gdy wór był pełen, opierałem go na ramie, przywiązywałem do kierownicy i mocno rozkraczony jechałem do domu. Łatwo nie było...

 

Nieco dalej, po prawej stronie drogi 689, pomiędzy nią i torem białowieskim, z rówieśnikiem z sąsiedztwa pracowałem niemal przez całe wakacje przy oczyszczaniu drzewostanu z leśnych chwastów - brzóz samosiejek. Z pierwszych, wyciętych przy samym podłożu drzew, wg wskazówek gajowego przygotowywaliśmy "obudowy" metra przestrzennego. Następne, po oczyszczeniu z gałęzi, cięliśmy na wymaganą długość i układaliśmy w obudowie do określonej wysokości. Robiliśmy to z młodzieżowym entuzjazmem przemieszczając się w stronę Białowieży. Tam, gdzie było to możliwe, oczyszczaliśmy przecinki ułatwiające odnajdywanie słupków określających strony świata i numery sąsiadujących oddziałów. 

Któregoś poniedziałku, podczas przenoszenia sprzętu na kolejny odcinek, zobaczyliśmy coś, w co nawet nam, puszczańskim wychowankom, trudno było uwierzyć. Duży plac pełen wspaniale rozwiniętych kurek o grubych, twardych 5-6-centymetrowych kapeluszach, na grubych, masywnych nogach. Wyjątkowo piękne okazy, w ogromnej ilości.

Z pracy wracaliśmy z pełnymi plecakami, bez spodni. Robocze spodnie wprawdzie mieliśmy, ale z zawiązanymi u dołu nogawkami, przewieszonymi do przodu przez kark i ramiona, wypełnione kurkami. Tego, co komary zrobiły z naszymi nogami, wolę nie wspominać. (W obie strony, do i po pracy wędrowaliśmy pieszo!).

 

Podczas kolejnych wakacji pracowaliśmy na ósmym kilometrze liczonym od strony Hajnówki, na prawej stronie szosy. Na wyznaczonym, mało przyjaznym terenie, wykonywaliśmy klupunek. Piesze dojście do podmokłego siedliska milionowych chmar komarów trwało codziennie około dwóch godzin. Wyszukiwaliśmy suchy pagórek, oczyszczaliśmy do gołego gruntu koło pod nieduże ognisko, po jego rozpaleniu – chronieni głównie przez dym – we względnym spokoju spożywaliśmy śniadanie. Przed wygaszeniem ognia owijaliśmy głowy matczynymi chustami, na lewym przedramieniu zawieszaliśmy podziurkowane puszki z tlącą się, dymiącą hubą, zakładaliśmy skórzane rękawice. Plecaki zostawialiśmy przy wygaszonym ognisku - rozpoczynała się nasza praca i zmasowany atak komarów.

W dwuosobowym zespole, przy wykonywaniu koniecznych czynności zmienialiśmy się co dwie godziny. Każde drzewo obchodziliśmy dookoła aby sprawdzić, czy nie zostało wcześniej oznakowane. Jeżeli nie, jeden z nas mierzył średnicę na wysokości bodajże 130 cm, podawał gatunek drzewa i wynik pomiaru zapisującemu, następnie ryszpakiem pozostawiał na jego korze wyraźną, ukośną rysę. Zapisujący wprowadzał ów wynik do arkusza zaciśniętego na aluminiowym blacie i …przechodziliśmy do kolejnego drzewa. Uciążliwość związaną z koniecznością ciągłego sprawdzania gruntu w kałużach i nieustającymi atakami komarów łagodził widok wspaniałych, potężnych drzew w lesie mieszanym, w którym obok ogromnych świerków trafialiśmy na równie potężne drzewa liściaste, w tym nawet na drobnolistne lipy, których średnice oceniać musieliśmy na oko, bo przekraczały 120-centymetrowy zakres pomiarowy klupy.

 

Pobyt wśród starych, potężnych drzew, zawsze sprawiał mi dużą przyjemność. Szczególnie wtedy, gdy dzieliła je odległość umożliwiająca swobodny ogląd oraz przestrzeń zapewniająca swobodę poruszania się pomiędzy nimi. Miałem wówczas dziwne wrażenie, że to właśnie one udzielały mi swojej mocy i zdolności do pokonywania przeszkód stwarzanych przez los. Od zawsze źle znoszę chaszcze, w których nawet leśna zwierzyna niechętnie wydeptuje ścieżki, a jeszcze gorzej – argumentację zwolenników naturalnego odrodzenia Puszczy po klęsce kornika, przeciwników ingerencji człowieka w zasoby leśne.

 

W czasie przejazdów i wędrówek po Puszczy 2016, drzew zbliżonych wiekiem i potęgą do zapamiętanych z lat pięćdziesiątych wypatrzeć nie zdołałem. Nie ma po nich śladów. Pokryły je chaszcze i powalone drzewa pozostawione naturalnemu rozkładowi. Reszta, to leśna młodzież, która dorośnie, gdy mnie już nie będzie. Cmentarzysk świerkowych wolałem nie oglądać – dla mnie widok zbyt przykry, porażający. To stan absolutnie nieporównywalny do widoku potężnych drzew powalonych w rezerwatach ścisłych. Jak mogły wyglądać niegdyś, domyślać się można oglądając zdjęcia prezentowane w Zaułku Historycznym:

 

         

 

Takie drzewa, chciałbym w Puszczy oglądać. Po tym, co zdążyłem zobaczyć w roku 2016 z okien samochodu, z przejazdu kolejką oraz krótkich spacerów z aparatem, odczuwam przygnębiający niedosyt. Mam (nie tylko) nadzieję, że w głębi Puszczy, w rezerwatach ścisłych one jeszcze są...

 

Od roku 2018 wiem, że po głośnych medialnych zabiegach ekologów, widok leśnych cmentarzysk prawdopodobnie pozostanie na długie lata. Decyzją unijnych władz akcja usuwania martwych drzew i przygotowania terenu pod szybkie zalesienia gatunkami pożądanymi w aktualnym stanie podłoża, została wstrzymana. Mantrę PUSZCZA ODRODZI SIĘ SAMA przeciwstawiono wieloletniemu doświadczeniu, wiedzy i poświęceniu leśników.

Mnie to dziwi. Mantra wywodzi się od tzw. oczywistej oczywistości – przyroda nie znosi próżni, świerkowe cmentarzyska szybko wypełni gatunkami agresywnymi. Czy samorzutnie wyrośnie wśród nich coś, z czego człowiek w przyszłości będzie mógł być dumny, dowiedzą się nasze wnuki. Dumne będą co najwyżej praprawnuki. Mam przy tym nadzieję, że nie powtórzy się historia Biebrzańskiego Parku Narodowego, w którym najpierw zrezygnowano z wszelkiej ludzkiej ingerencji a po latach, dużym nakładem finansów unijnych, dokonano uciążliwego odkrzaczania i powrócono do systematycznego wykaszania terenu.

Niesmak sporu o Puszczę pogłębia inna oczywistość – człowiek od zawsze, niejako odruchowo chroni wszystko, co dla niego jest cenne. Własne życie, zdrowie, rodzinę, własny dom i wszelkie dobra, także las, z którego od zawsze czerpie liczne pożytki. Nowe zagrożenia, epidemie, klęski żywiołowe powstają od czasów najdawniejszych ale nigdy nie spotkałem, ani nie słyszałem o zainfekowanym ekologu, który żądałby aby jemu i jego bliskim pozwolono spokojnie umrzeć bo jest świadom, że ludzkość odrodzi się sama, uodporniona(?).

 

Na kilometrze jedenastym, także po stronie prawej, na rozległych od nowa obsadzonych wyrębach, podczas kolejnych wakacji prowadziliśmy opryski sadzonek. Codziennie rano w siedzibie Nadleśnictwa czekała na nas furmanka załadowana beczkami z zieloną cieczą (miedzian?), dwoma plecakowymi opryskiwaczami, czerpakiem i wodą dla konia. Zaprzęgaliśmy konika i …odjazd.

Ów konik szybko okazał się niereformowalną szkapą, która na szosie białowieskiej zawsze człapała w jednakowym tempie. Niezależnie od pogody klap-klap, klap-klap, cztery klapnięcia na sekundę. Można ją było kłuć, przypalać – bezskutecznie. W odwecie zwykle unosiła lekko ogon i wypuszczała w naszą stronę chmurkę, od której odechciewało się nam oddychać. Szybko nauczyła nas, że chce człapać wyłącznie z ustaloną przez siebie szybkością.

Na miejscu oprysków wyprzęgaliśmy ją, robiliśmy swoje, ona miała się paść. Robiła to spokojnie do czasu, gdy strzeliło mi do głowy przyjechać się na niej na oklep. Stara szkapa natychmiast zmieniała się w wyścigowego podlotka – ganiała po leśnych drogach przez długą chwilę, wcale nie reagując na jakiekolwiek polecenia. Musiałem tylko uważać, aby nie spaść na drogę albo nie zostać na gałęzi, pod którą akurat przebiegała.

Od tego dnia, po każdym wyprzęgnięciu łaziła za mną, trącała nosem i nie sięgała po trawę tak długo, dopóki nie powtórzyliśmy kilkusetmetrowej przebieżki. Dopiero wtedy, ona i my, spokojnie mogliśmy robić swoje, aby po upływie dniówki powrócić do niezmiennego klap-klap, klap-klap. 

W latach czterdziestych, od skrzyżowania ulicy 3 Maja z ulicą Reja, do narożnego budynku Osiedla Czworaki prowadziły ścieżki wydeptane w sosnowym lasku przez hajnowian z Kolonii, Majdanu, Międzytorów i Judzianki, ciągnących w każdą pogodną niedzielę na leśne boisko sportowe. Nieco później można było tamtędy dojechać nawet samochodem. Teraz to niemożliwe. Po zakwalifikowaniu Osiedla do wyprzedaży nastąpiły zmiany przedziwne. Mieszkańcom pozostawiono wybór – przeprowadzka do nowych bloków mieszkalnych lub wykup posesji z prawem jej zabudowy wg własnego „widzi mi się”. Równo, „pod sznurek” wybudowane w latach trzydziestych osiedle jednakowych czterorodzinnych domów drewnianych zmieniło swój wygląd i charakter, przestało istnieć. Posesje wykupione rozbudowano, każdy inaczej, niektórzy pięknie, opuszczone budynki rozebrano, w ich miejscu wybudowano betonowe bunkry mieszkalne oraz różne - oczywiście murowane - obiekty użyteczności publicznej. Nasze gniazdo rodzinne, ze skromnym wsparciem ojca wykupiła rodzina „naszego najmłodszego” – Edmunda. Mundek, po skromnej rozbudowie pozostawił zarząd nieruchomością rodzinie swojego syna – Mirka.

Teraz, wzdłuż ulicy Żeromskiego ciągnie się stalowe ogrodzenie. Odcięto dostęp do wyżej wspomnianych ścieżek, do lasku w którym uprawialiśmy małpie gonitwy po drzewach, do leśnej polanki, na której godzinami ganialiśmy z piłką. Wylot na ulicę Reja zamknięto blokiem mieszkalnym, w miejscu narożnego czworaka wybudowano Cerkiew. Znaczną część lasku, piłkarską polankę i rodzinne kartoflisko pochłonęła wielka rozbudowa cmentarza prawosławnego, przylegającego do szosy białowieskiej. Stało się – trudno, ale zablokowanie wygodnego wyjazdu z ulicy i ustawianie na jej poboczu ogrodzenia odcinającego dostęp do lasu, to gruba przesada.

Aby było ciekawiej (?) ulicę Żeromskiego przedłużono poza ulicę Kołłątaja, aż do ulicy Białowieskiej. Przy okazji jej zabudowy zmieniono numerację posesji. Od urodzenia mieszkałem pod numerem 10 zmienionym na 17, obecnie 19. Bez zmian pozostał jeden z ważnych jej elementów – ulica od czasów najdawniejszych pozostaje nie utwardzona, a wertepy stanowiące jej w/wspomniane przedłużenie trudno ulicą nazywać. Wszystkie pozostałe ulice Czworaków są przyzwoicie wyasfaltowane. "Jemirs" (Mirosław Podsiadły) grubo przesadził stwierdzając w opublikowanym opisie dawnej Hajnówki, że niegdyś „Wytyczano uliczki na szerokość rozstawu ramion ludzkich” http://jemirs.blogspot.com/2010/10/hajnowka.html.  Takie stwierdzenie zasłyszał prawdopodobnie w Wenecji...

Publikację polecam – zawiera cenne fotografie budowy czworaków.

W opisanej sytuacji, po odwiedzeniu ulicy Celnej i Kolejek Leśnych, po nawrotce sprzed ustawionego za cerkwią znaku zakazu wjazdu na leśny skrót prowadzący wprost do rodzinnego garażu, wybrałem długi objazd zewnętrzny, drogą 689 i leśnym łącznikiem do ulicy Białowieskiej.

Ciągnący się po stronie prawej cmentarz prawosławny minęliśmy bez wrażeń. Nigdy na nim nie byłem. Za jego ogrodzeniem, po lewej minęliśmy drogę do Harcerskiej Górki, do której dojść, dojechać rowerem, można także od strony leśnego boiska. Kilkakrotnie ją odwiedzałem, zwykle bez entuzjazmu. Rosły na niej piękne sasanki, rosła także duża pochyła brzoza, na której podobno powiesiło się kilka osób. Oczywiście nie jednocześnie. Pamiętam także nerwowe opowiadanie kolegi mojego brata, śp. Romana. Ów kolega wybrał się tam z dziewczyną. Po drodze były pieszczoty, przytulanki, więc pełen nadziei na coś więcej, rozłożył obok krzaka swój płaszcz. Przysiedli, ale w zachowaniu dziewczyny nastąpiła gwałtowna zmiana. Rozstali się wyraźnie zniechęceni. Chłopak zrozumiał powód dopiero we własnym mieszkaniu – miał na plecach, poniżej ramienia, przyklejoną kupę, pozostawioną przez jakiegoś świntucha.

Pamiętam także swój własny dorosły strach. Podczas jednego z zimowych pobytów w Hajnówce, gdy gospodarze udali się do pracy, w gnieździe rodzinnym pozostałem sam. Słoneczny dzień, -5°C i przepięknie ośnieżony las nie pozwalały usiedzieć w domu. Sprawdziłem narty Mundka stojące z butami wpiętymi w okucia. Po założeniu skarpet - grubych, kosmatych, robionych na drutach - buty pasowały idealnie. Ruszyłem w las wzdłuż ścieżki prowadzącej obok strzelnicy do szosy białowieskiej. Za szosą przystanąłem na chwilę przy brzozie, przy której zginął mój sąsiad i kolega Zbyszek Adamczyk.

(Zbyszek - jako sądowy komornik – jeździł po swoim rewirze początkowo rowerem. Część zarobków odkładał na motorower. Uzbierał, kupił i w pierwszym dniu jego użytkowania śmiertelnie zderzył się z pochyloną nad drogę brzozą).

Wspomnienie wypadku nieco zmroziło słoneczny nastrój. Pojechałem dalej, na niedaleką już Harcerską Górkę.

 

Z placu, w którego centralnym punkcie zwykle palono ogniska, w głąb lasu łagodną pochyłością odbiegała ścieżka przesłonięta pięknie ośnieżonymi gałęziami. Wyobrażając sobie wielką śnieżną chmurę jaką wywołam, ruszyłem w dół. Gdy chmura z poruszonych gałęzi opadła, przed sobą, w odległości kilkudziesięciu metrów zobaczyłem stojącego na ścieżce żubra. Ups!

Żubr, zaskoczony nie mniej niż ja, spokojnie patrzył jak hamuję, jak ostrożnie cofam uważnie go śledząc. Nawrotkę wykonałem dopiero za zasłoną gałęzi. Na maksymalnej szybkości uciekałem aż do Zbyszkowej brzozy ze świadomością, że w przypadku ataku nie będę miał żadnych szans. Sił dodawała mi pamięć opowiadania, jak przed atakiem żubra obronił się niegdyś nasz ojciec. Wturlał się pod wywalony wichurą świerk – żubr nie mógł go dosięgnąć ani rogami ani racicami, nie mógł też zwału przeskoczyć. Gdy obszedł wykrot aby zaatakować z drugiej strony, ojciec przeturlał się na pierwszą. Ja przed sobą zwałów nie miałem...

Wracając do tematu podstawowego – poniżej drogi na Harcerską Górkę, za łagodnym lewym zakrętem, szosę przecina „pierwszy mostek”. Niegdyś istniało wokół niego rozległe bagno, ciągnące się przez las poza białowieski tor kolejowy. Przy podwyższonym stanie wody, w zimę tworzyło się lodowisko po którym uganialiśmy się za kamieniem lub klockiem imitującym hokejowy krążek. Odpowiednio wygięte kije wycinaliśmy w lesie otaczającym lodowisko. Każdy chłopiec marzył wówczas o butach z solidnymi podeszwami i blaszkami w obcasach (do mocowania łyżew. Po oczyszczeniu owalnego otworu w blaszce, wystarczyło wstawić weń stopkę łyżwy, łyżwę obrócić o 90 stopni i zacisnąć boczne łapki na podeszwie).

Przy stanie niskim, gdy woda przemarzała do dna a spękane tafle wypiętrzały się w różnorodne formy, korzystaliśmy z „saneczek na łyżwach”, małych, lekko od przodu zaokrąglonych drewnianych platforemkach, z przymocowanymi od spodu łyżwami, zwykle uszkodzonymi na tyle, że ich mocowanie do normalnych butów z blaszkami było już niemożliwe. Konstrukcja bardzo prosta – kilka desek, dwie poprzeczki, łyżwy bez łapek, do tego dwa kijki z wbitymi lub wkręconymi ostrzami. Jeździliśmy w pozycji klęczącej niskiej, siedząc na własnych podudziach, odpychając się kijkami. Jazda była szybka i przyjemna pod warunkiem, że wymiary elementów były dobrze dopasowane do wzrostu użytkownika – głównie do długości jego podudzi i stóp.

Przed mostkiem, na początku łuku, w prawo biegnie leśna droga stanowiąca łącznik pomiędzy szosą białowieską i ulicą Białowieską, przechodzącą za torem kolejowym (również białowieskim) w drogę gruntową, prowadzącą do małej leśnej osady Sacharewo. Po lewej stronie łącznika, w miejscu gdzie w roku 1943 hitlerowcy rozstrzelali dużą grupę hajnowian, stoi wielki drewniany krzyż. Więcej o tym pod adresem http://www.poranny.pl/wiadomosci/hajnowka/art/5335290,zwirownia-pod-hajnowka-to-tu-mordowali-niemcy,id,t.html.

Obecnie mord upamiętnia długi rząd płyt nagrobnych za kaplicą cmentarza katolickiego, otaczający miejsca spoczynku hajnowskich księży.

 

Dalej, przed wjazdem na ulicę Białowieską, w kilkunastometrowej odległości od drogi, z ziemi wystawały dwa (?) betonowe kominki, jeden z otworami w ścianach bocznych, krytych betonowym daszkiem. Okrzyk posłany w kominek zawsze wracał z dziwnie stłumionym echem. 

Oczywistym było, że pod ziemią istniały/istnieją (?) zbiorniki mocno pobudzające wyobraźnię. Wśród dorosłych krążyła wieść, że były to podziemne zbiorniki paliwa – jedni twierdzili, że niemieckie inni, że ruskie. A skoro niegdyś paliwo, to do dziecięcych prób z wrzucaniem płonącej zapałki blisko. Gdyby pozostawały tam np. opary albo jakiekolwiek inne pozostałości paliwa, wspomnienie o nich opisywałby pewnie ktoś inny. Po takiej „próbie” w ziemi mógłby pozostać potężny lej, np. taki jaki istniał (istnieje ?) po przeciwnej stronie drogi. Ten pośród sosen, w którym stale utrzymywała się woda do głębokości ok. pół metra nawet w upalne lato. Wielokrotnie obserwowałem w niej kolorowe traszki, a głębokość niechcący sprawdziłem „doświadczalnie”. Zawędrowałem tam samotnie w przedwiosenną słoneczną niedzielę, gdy rodziców okazyjnie odwiedzili jacyś kumowie. W lesie zalegał jeszcze śnieg, drogi były już czyste, na nasłonecznionych obrzeżach pojawiały się pierwsze przylaszczki. W leju, na wodzie, po srogiej zimie pozostała gruba tafla lodu oddzielona od gruntu kilkucentymetrowym paskiem czystej wody. Wskoczyłem na taflę, pokręciłem się na niej, na samym środku zachciało mi się... Chwilę później, gdy przechodziłem obok obsikanego miejsca, lód załamał się. Cóż miałem robić? Wracać do domu i wśród gości wysłuchiwać wydziwiań nad moją nieostrożnością? Po wylaniu wody z butów spróbowałem osuszyć się nieco w miejscu najsilniej nasłonecznionym, na młodej nadbrzeżnej sośnie. Niestety, bezchmurne niebo i słońce nie pomogły – spodnie stwardniały bardzo szybko, pozostał marszobieg do domu. Skończyło się nieźle, w sypialni przy ciepłym kaflowym piecu, w suchej zamiennej odzieży – biesiadujący w kuchni znajomi niewiele zdążyli zauważyć.

Fotografie „kominków” dostępne są na FB profil „Starsza Hajnówka” (podgląd polecam).

Po skręcie w lewo, w ulicę Białowieską, zaskoczony zmianami popełniłem błąd uwierający mnie do chwili obecnej. Nie wjechałem (!) na przejazd kolejowy, aby odnowić w pamięci i utrwalić na fotografii odległy wiadukt na skrzyżowaniu toru białowieskiego z warszawskim, oraz niknące w oddali torowisko na kierunku białowieskim. Zachowane w mojej pamięci obrazy wcześniejsze, pochodzą sprzed lat co najmniej pięćdziesięciu.

Zamiast spodziewanej drogi piaszczystej z wyjeżdżoną na jej poboczu ścieżką rowerową, zastałem drogę znacznie poszerzoną, z nawierzchnią gruntową twardą. Ścieżka zniknęła pod nową nawierzchnią, pozostały tylko jej skrajne sosny. Na jedną z nich, po korzeniach sosny sąsiedniej i piasku zsunęło się moje przednie koło 55 lat wcześniej, akurat wtedy, gdy ostro przyspieszyłem, aby na przejeździe wyprzedzić zbyt ostro jadącego Mundka. Zamierzaliśmy obok Sacharewa dojechać do kolejki, stamtąd wzdłuż toru dojechać z wędkami do basenów drzewnych przy osadzie Topiło. Po zderzeniu z sosną przeleciałem nad kierownicą na środek drogi pokryty grubą warstwą pylącego piasku i …wycieczka skończyła się.

Mundek coś usłyszał, zatrzymał się przed przejazdem i spokojnie obserwował jak wstaję wśród chmury pyłu. Gdy zobaczył, jak kulejąc podnoszę rower ze złożonym na pół przednim kołem, dostał konwulsji - tańczył, skakał, bujał się na boki, rżał, jęczał - ze śmiechu! Gdy obolały, rozwścieczony rzuciłem rower i próbowałem go dopaść, uciekł na przejazd i tańczył dalej. Później wlókł się za mną w rozhuśtanym nastroju – markotniał na myśl o przerwanej wycieczce, po chwili wybuchał śmiechem. Ktoś obserwujący go z boku uznałby, że nieźle mu odbiło.

Szkoda – i tamtej pechowo przerwanej wyprawy i pominięcia „kontrolnego” wjazdu przynajmniej na kolejowy przejazd.

 

Szkoda tym bardziej, że nie dotarłem nawet do mostu kolejowego nad bagienkiem ciągnącym się spoza szosy białowieskiej. Odległość niewielka, strzelam na oko – około 150/max 200 metrów od przejazdu. To na tym moście, na kolejowych szynach układaliśmy sterty kamieni i czekaliśmy pod nim ciekawi, czy wykolei się luxtorpeda, wagon motorowy kursujący pomiędzy Hajnówką i Białowieżą. (Bezpośredni pociąg Białowieża Pałac – Warszawa Wschodnia pokonywał trasę tylko nocą). Po bardzo wielu latach dowiedziałem się, że w podobnych „eksperymentach” uczestniczyła także moja obecna (od 47 lat!) żona Irena. Sterty kamieni układali na torach pod Gubinem. Dobraliśmy się…

 

Po nawrotce, z ulicy Białowieskiej wjechaliśmy w przedłużenie ulicy Żeromskiego. To nie jest ulica, tylko sama jej nazwa. Wg stanu w roku 2016, to zaledwie wyboiste obrzeże lasu z geodezyjnie określoną graniczną linią działek zabudowanych na niegdysiejszych nieużytkach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Moi starsi o Hajnówce mogliby opowiadać przez długie godziny, dni i pewnie nawet miesiące. Niestety – rodzice i Roman spoczywają na hajnowskim cmentarzu, Kazia mieszka w Lublinie. Luźne, nie zawsze dla mnie jasne fragmenty rodzinnych rozmów o czasach minionych pochodzą z wczesnego dzieciństwa. Gdy odwiedzał nas stryj Stanisław a rodzina zasiadała przy kuchennym stole, pod stół, pod kuchenne okno wciągałem wielką skórę dzika, układałem się na niej wygodnie i słuchałem, słuchałem, słuchałem…

Ojciec i stryj, bracia z wielodzietnej podsochaczewskiej wsi, do Hajnówki i na dalsze tereny wschodnie przyjeżdżali na zarobek. Kiedy ze swoimi wyostrzonymi jak brzytwy, wielkimi toporami o 30-centymetrowych ostrzach wysiadali na stacjach, bywali oblegani przez właścicieli prywatnych lasów, inwestorów, właścicieli firm związanych z pozyskiwaniem i obróbką drewna. Bracia mieli dużą swobodę w wyborze pracodawcy i zdarzało się, że ich zarobek z jednego sezonu wystarczyłby na wykup połowy rodzinnej wsi. Ale - byli młodzi i …wolni. Pracowali ciężko. Bywało, że całą zimę spędzali w leśnych szałasach, w których co najwyżej nawiedzały ich wilki.

Do chwili obecnej żałuję, że nie zdołałem dopytać – kiedy i jak zdobyli wysoką wiedzę o rodzajach, zaletach i wadach drewna, jak pozyskali tak wysoką umiejętność w operowaniu toporem. Ojciec, dzierżąc w jednej ręce topór który ja unosiłem z wysiłkiem, potrafił wyprofilować w drewnie wiele różnych kształtów, niemalże jak rzeźbiarz dłutem. Gdy po ożenku postanowili ustatkować się, wybrali Hajnówkę. Zimą pracowali przy wyrębach, transporcie drewna do składnic przytorowych i załadunku na kolejkowe zestawy kłonicowe, latem na składnicach i budowach, m.in. Czworaków.

Po wojnie bezdzietny wówczas stryj wyemigrował do Gdańska, ojciec z mamą i trójką dzieci pozostał w Hajnówce. W roku 1951 stan naszej rodziny trochę niespodziewanie powiększył się – urodził się nasz najmłodszy, Edmund.

 

Z siostrzanych opowiadań wiem, że życie na Czworakach przed, w czasie i bezpośrednio po wojnie wymagało wielu wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Rodziny oczyszczały, przygotowywały swoje ogrody pod najprostsze uprawy, karczowano i oczyszczano pod ziemniaki wszelkie pobliskie wolne przestrzenie. Obrazy tej pracy utrwaliły się także w mojej dziecięcej pamięci, wśród obrazów najstarszych. Aby opisać je łatwiej, przedstawiam kilka uproszczonych rysunków „z pamięci”.

 Szkic 1 przedstawia narożny fragment Czworaków z zapamiętanymi nazwiskami niektórych sąsiadów mieszkających tam w latach czterdziestych – od strony lewej, przy ulicy Żeromskiego: Anuszkiewicz później Adamczyk oraz Durzyński(Dużyński); w budynku następnym Kulgawczyk i Łukasik; w następnym Pyrzanowski i Śleboda. Pozostałych nie pamiętam.

W tych samych budynkach, ale przy ulicy Sienkiewicza: Kraśko oraz Bednarz później Zgudko; w budynku następnym Adamczyk Jakub i Młynarczyk; w następnym Pławski oraz Zagubiniak+Hermanowicz. Po drugiej stronie ulicy, w drugim rzędzie czworaków: ??? oraz Stachnowicz; w budynku następnym Gołębiowski i ???; w następnym ??? i Orynowicz, na końcu, od strony ulicy Reja - Burdziakowie.

Od strony ulicy Prusa: Paszkiewicz oraz Mokicki; w budynku następnym Mariański i ???. Pamiętam także inne nazwiska, ale przyporządkowania ich na szkicu wolę nie ryzykować. Są/byli to m.in. Jaszczuk, Woszczak, Marczyk, Fijałkowski, Martysiewicz, Szpakowicz, Banasik, Gryglicki. Straganek.

 Szkic 2 przedstawia przybliżony, odtworzony z pamięci rzut przyziemia jednego z czterech mieszkań „czworaka”. Trzy pozostałe stanowią jego lustrzane odbicia.

Początek wojny w 1939 roku wywołał ogromy zamęt także w naszej rodzinie. Ojciec – plutonowy Durzyński - stawił się w swojej jednostce i kontakt z nim urwał się na kilka miesięcy. Mama z 7-letnim Romkiem, 4-letnią Kazią oraz rodziną Anuszkiewiczów z sąsiedztwa, za radą sąsiada ukryła się w lesie, w pobliżu Sacharewa. Siostra zapamiętała skaczące w szałasach żabki i latające nocą świetliki. Leśna przygoda nie mogła trwać długo – na Czworaki powrócili gdy nastały jesienne chłody.

 

Czworaki początek wojny przetrwały bez poważnych strat. Udało się także ojcu. Po rozwiązaniu (?) jednostki pod Baranowiczami, powrócił do domu przed końcem roku, w cywilnym ubraniu i kożuchu do kostek, podarowanym w leśniczówce znanej mu sprzed wojny. Długo wędrował znanymi sobie lasami, do Hajnówki dotarł tak zarośnięty, że własne dzieci rozpoznały go z trudem a wojenne „władze” jego pojawienie się potraktowały krótko – sprawdzić. Jeżeli szpion - rozstrzelać.

Tożsamość ojca potwierdzili sąsiedzi. Pozostał przy rodzinie. Z wojennej tułaczki zachował bezcenną dla niego relikwię – guzik od polskiego munduru, z orłem w koronie.

W październiku roku następnego, w tak trudnym dla rodziny okresie, mama urodziła mnie. No i zaczęło się…

Później, przez wiele lat, zawsze gdy przy skromnym kieliszku wspominano w rodzinie wielokilometrowe wędrówki ośmioletniego Romana i pięcioletniej Kazi na wieś po mleko dla mnie, pod moją szczęką pojawiał się ogromny ucisk. Zwykle wstawałem od stołu aby na zewnątrz odetchnąć głęboko i ukradkiem otrzeć niedyskretne łzy. Dwójkę tych chudzin powracających ukradkiem często o szarym zmierzchu, zalęknionych, okazujących zawartość koszyka na każde żądanie niemieckich żołnierzy, wyobrażam sobie bez trudu. Widzę nawet teraz, tyle tylko, że z dorosłymi twarzami, zapamiętanymi podczas ostatniego spotkania.

 

Mleko, jaja, rzadziej słoninę i mięso, małoletnie rodzeństwo zdobywało w zamian za ojcowe "rękodzieło" - akcesoria kuchenne z twardego drewna i druty do robótek z wełny, wykonane ze szprych rowerowych. Bywało różnie, jak wszędzie. Trafiali na ludzi przyzwoitych i takich, którzy szczuli psami, gdy odważyli się podnieść jabłko opadłe na wiejską drogę… 

Z okresu wojny zapamiętałem niewiele. Błysk zapałki, w jej świetle widok śpiących żołnierzy, ciasno leżących na podłodze naszego pokoju. Siostra opowiada, że taki przypadek zdarzył się tylko raz, podczas potężnej ulewy.

Obraz kolejny – w półmroku lampy naftowej nieostre twarze mojej rodziny, tuż nad naszymi głowami strop z grubych belek drewnianych. Siostra dopowiada, że to wnętrze schronu-ziemianki wykorzystywanego przez rodzinę w czasach kilkakrotnego przemieszczania się frontu. Zamaskowane belki wytrzymywały przejazd czołgów ale maskowanie było mało skuteczne – znajdowali nas tam i jedni i drudzy. Rodzice tłumaczyli Niemcom, że ukrywamy się przed Rosjanami, Rosjanom odwrotnie. Schron istniał naprzeciwko naszego mieszkania, na terenie dzisiejszej posesji Żeromskiego 2 – wcześniej szkółki leśnej, prowizorycznie ogrodzonej podwójnymi żerdkami.

Obrazy kolejne – siedzę pod dużym świerkiem, na skraju rodzinnego kartofliska przylegającego do szkółki leśnej, wcinającego się wierzchołkiem paraboli w sosnowy las zajęty obecnie przez cmentarz prawosławny. W pobliżu rodzice kopią-podbierają (?) ziemniaki. Widzę, jak chybocą skrajne krzaki ziemniaków i wyłania się z nich twarz ruskiego żołnierza. Żołnierz na mój widok uśmiecha się, jednoznacznym gestem przykłada palec do ust i znika. Rodzice niczego nie zauważyli.

Ostatnie z obrazów wojennych dotyczą walki dużej grupy samolotów, rozgrywającej się nad nami, w tym widok dachówek pryskających na naszej części budynku gospodarczego, ciętych serią z samolotu atakującego przeciwnika z góry. Z rodziny pracującej w ogrodzie nikt bezpośrednio nie ucierpiał. Tylko ojciec musiał później kombinować, czym i jak zastąpić rozbite dachówki…

Reszta, to mnóstwo wspomnień związanych ze spartańskimi warunkami życia na Czworakach.

W początkowych latach czterdziestych nitka wodna kończyła się przy ulicy Sienkiewicza, w narożniku posesji Bednarza/Zgudko i Jakuba Adamczyka. Noszenie wody z tak sporej odległości, w dwóch wiadrach, do przyjemności nie należało ani latem, ani tym bardziej zimą, a potrzeby przy trójce dzieci wciąż były duże. Część wody trafiała do pojemnego kociołka kuchennego – podgrzewały ją na potrzeby bieżące spaliny opływające kociołek.

Kąpiel maluchów odbywała się zwykle w balii, służącej także do prania z użyciem tary. Wodę do takiej kąpieli grzano w dużych garach na kuchni fajerkowej. Szybkie mycie poranne odbywało się nad dużą miednicą ustawianą na taborecie, później, po doprowadzeniu wody na teren ogrodu – często na zewnątrz, pod kranem. Starsi, co najmniej raz w tygodniu korzystali z wielostanowiskowej łaźni miejskiej na ulicy Piłsudskiego.

Na załączonych obok fotografii szkicach, linia czerwona przedstawia "trasę po wodę" przed i po jej rozprowadzeniu.

 

Każda rodzina miała prawo do użytkowania ¼ budynku gospodarczego. W zarysie głównym każdej „ćwiartki” istniały dwa odrębne pomieszczenia – jedno dla zwierząt zwane chlewkiem/obórką/ kurnikiem, drugie na opał, zwane szopką. Strop chlewka stanowił podłogę małego poddasza, w szopce składano suche drewno opałowe i sprzęt o dużych gabarytach np. rowery, balię, drabinę na poddasze. Za obrysem istniało betonowe, wspólne dla dwóch rodzin szambo, nad nim dobudowana do budynku głównego dwustronna ubikacja/ustęp/wychodek podzielony ścianą z grubych iglastych desek. Obie kabiny zabudowano drewnianym podestem do siadania nad otworem, zakrywanym „po sprawie” stożkową, dopasowaną pokrywą. Do załatwiania nocnych zimowych (-30°C) potrzeb fizjologicznych wykorzystywaliśmy ustawione w sieni wiadro częściowo wypełnione wodą, kryte prowizoryczną pokrywą.

Sposób wykorzystania pomieszczenia zwanego obórką/chlewkiem/kurnikiem w zależności od rodzaju zwierząt w nim chowanych, zmieniano dostosowując do aktualnych potrzeb rodzinnych. Krowy trzymano najkrócej. Umawiano pastucha, ten bardzo wcześnie zbierał je ze skrajnej ulicy (Żeromskiego) i prowadził przez las na pastwiska za leśną osadą Sacharewo. Przyprowadzał je późnym popołudniem. Nigdy nie polubiłem ani naszej agresywnej Mućki, ani ciepłego mleka prosto z udoju.

Gdy rodzice hodowali prosię, jeździłem rowerem po pokrzywę i chrobust. Bujnie rosnące, przewyższające mnie zielsko, wycinałem przy szosie białowieskiej, w okolicy drugiego dojazdu na tereny wojskowe. Do domu wracałem z wielkim worem opartym na ramie i kierownicy - łatwo nie było. Pocięte zielsko rodzice dodawali do paszy i zdarzało się, że "świniak" uzyskiwał monstrualną wagę 300 kilogramów (mawiano "trzy metry")! Wyprowadzenie takiego kolosa do uboju stanowiło zwykle spory problem, ale człowiek, zwłaszcza głodny, potrafi pokonać trudności niewyobrażalne.W uboju specjalizował się jeden z sąsiadów. Trzymanego na uwięzi wieprza walił wielkim młotem gdzieś w okolicę uszu, ogłuszonemu wbijał w serce długi szpikulec i było po sprawie. Ale nie zawsze w serce trafiał. Widziałem z bezpiecznego miejsca przypadek, gdy wieprz po odzyskaniu przytomności zerwał się na nogi i ganiał po ogrodzie aż do utraty krwi.

 

Jak przystało na „Wrota Puszczy” wszystko – każdy 4-rodzinny dom, każdy 4-rodzinny budynek gospodarczy i ogrodzenie całego osiedla, wykonane były z drewna. Betonowe były tylko podmurówki i czerwone dachówki. Takie rozwiązanie zapewniało architektoniczny ład, do którego łatwo przywyknąć. Chyba dlatego po wielu latach podobał mi się w małych angielskich miastach angielski system – długie odcinki ulic z identycznymi budynkami, różniące się tylko numerami i przydomową zielenią. Źle znoszę architektoniczną pstrokaciznę, szczególnie widzianą przejazdem, z daleka, w której każda posesja wygląda nawet pięknie, ale tylko z bliska.

W pamięci mocno utkwiła mi rodzinna akcja poprzedzająca tynkowanie ścian wewnętrznych - drankowanie. Polegało na przybijaniu do ściennych bali tzw. dranek - cienkich, 3-centymetrowej szerokości listew. Przybijane ukośnie "na krzyż" miały podtrzymywać później kładziony tynk. Pamiętam, bo kilka takich listew pozwolono przybić i mnie!

 

Ogrodzenia poszczególnych posesji w wersji pierwotnej były jednolite – aby odwiedzić sąsiada zza ściany, należało wyjść na ulicę. Jeżeli sąsiad mieszkał przy ulicy tej samej, było w miarę blisko, bo budynek ten sam, tylko inne, równoległe z ulicy dojście. Gorzej było, gdy sąsiad zza ściany miał wejście od strony ulicy innej. Aby uniknąć dalekich wędrówek sąsiedzkich i skrócić dostęp np. do dawnego punktu wodnego, większość mieszkańców (ale nie wszyscy) samodzielnie wykonała bramki, przez które 4-rodzinny budynek dało się obejść dookoła bez wychodzenia na ulicę i …wszędzie było bliżej. Mieszkańcy budynków sąsiednich, z takich skrótów starali się nie korzystać mimo, że po kilku dziesięcioleciach mieszkania na Czworakach stawali się kumami a najczęściej słyszanym powitaniem było „szczęść Boże lub dzień dobry kumo/kumie”. Ale zdarzało się - najczęściej dzieciom, które nie tylko chętnie korzystały z przydomowych bramek, ale pokonywały na skróty także ogrodzenia oddzielające sąsiednie budynki. Jeden z takich „skrótów” mógł skończyć się dla mnie tragicznie.

W sąsiednim czworaku mieszkała liczna rodzina leśniczego Kulgawczyka. Sąsiad miał pięknego, długowłosego owczarka niemieckiego, sukę Azę, którą często – ale nie codziennie – zabierał do lasu. Aza na prawym boku miała dwa spore place gołej skóry – mówiono, że to ślad po leśnym pożarze, z którego i ona i jej pan. uratowali się mocno ponadpalani.

Aza mieszkała w budzie przystawionej do płotu dzielącego nasze posesje. Często, gdy pozostawała w obejściu, a nikt z domowników nie zwracał uwagi na to co akurat robię, bezmyślnie drażniłem ją przeciągając listewką po sztachetach. Aza nie lubiła tego tak bardzo, że na jej rozzłoszczonym pysku niekiedy pojawiała się piana. Ale była uwiązana za płotem, na solidnym łańcuchu.

Pewnego dnia siostra poprosiła (zażądała!) abym od jej rówieśnicy, Wandy Kulgawczyk, przyniósł jej jakiś dziewczęcy drobiazg. Najprawdopodobniej była przekonana, że pobiegnę ulicą, ale jakiemu dziecku chciałoby się nadkładać tyle drogi. Nie mając powodu ani bezpiecznej możliwości odmowy, pobiegłem do płotu w miejscu, gdzie po drugiej stronie stała buda. Listewką przeciągnąłem po płocie – nic się nie wydarzyło, cisza. Z przekonaniem, że Aza jest w lesie wskoczyłem na płot, z niego na budę. Wtedy stało się. Rozwścieczona suka skoczyła ale tak dla mnie szczęśliwie, że spadłem poza jej zasięgiem. Na krótko straciłem przytomność – do dziś nie wiem z jakiego powodu – czy na widok odległego o kilka centymetrów spienionego pyska, czy od zderzenia z ziemią. Kulgawczykowie szybko wybiegli z domu, mnie odciągnęli, Azę uspokoili z trudem. Do własnego domu wróciłem drogą okrężną, ulicą…

Wspomniałem wcześniej, że chadzanie na skróty poprzez przydomowe bramki sąsiednich budynków, częściej zdarzało się dzieciom i to co najwyżej wtedy, gdy dotyczyło załatwienia konkretnej sprawy lub odwiedzin rówieśnika.

Do rodziny Mokickich przy ulicy Prusa, chadzano głównie po szczygły i gołębie. Głowę rodziny, seniora Mokickiego, od zawsze uważaliśmy za najlepszego łowcę i hodowcę tych ptaków. Od niego kupowaliśmy i młodego wabika, i starego śpiewaka a wiek szczygłów rozpoznawaliśmy po ilości czerwieni na łebku oraz ilości białych plam/oczek na piórach ogona.

Gołębie stanowiły jego ogromną pasję. Loty nad Czworakami sporego stada, najwyraźniej sprawiały mu wielką przyjemność. Ale nie ma róży bez kolców. Często podczas lotów, z pobliskiego lasu atakował jastrząb i ...zaczynało się. Mokicki chwytał długaśną żerdź z dowiązaną na końcu szmatą, machał nią energicznie i głośno wykrzykiwał swoje tradycyjne „pyyy!!, pyyy!!, pyyy!!”. Sąsiedzi przebywający na zewnątrz natychmiast dołączali – pyyykano i rzucano w stronę jastrzębia wszystkim, co było pod ręką. Bywało, że drapieżnik gołębia porzucił, częściej w pobliskim lesie pozostawały tylko pióra.

Zdarzyło się, że na polecenie mamy, przez podwórza Bednarzów, Stachnowiczów i Mokickich pobiegłem na ulicę Prusa po Romka. Brat majstrował coś z kolegą na jej rogu, po stronie ulicy Kołłątaja. Nie miał ochoty przestać a że uparcie nalegałem, pogonił mnie, chcąc poczęstować kopniakiem. Upadłem – nie trafił, padł na mnie. W tym samym momencie powietrzem targnął potężny wybuch. Chwilę trwała cisza przepełniona brzękiem opadającego szkła okiennego, z mieszkań wybiegać zaczęli sąsiedzi. Na chwilę dołączyliśmy do nich. Za rogiem zastaliśmy potężny lej wypełniony krwawą, bezkształtną masą. Mnie przegoniono stamtąd natychmiast. Odszedłem kilkanaście metrów na pusty o tej porze dnia plac targowy, ostrożnie, aby nie nadepnąć na rozrzucone kawałki ciała. Przez ponad siedemdziesiąt lat pamiętam, jak przykuł moją uwagę jeden z nich – kurczył się i rozkurczał pulsując bardzo pociemniałą krwią (?).

O podobnych zdarzeniach słyszeliśmy jeszcze przez wiele lat. Podczas wojny ginęli głównie dorośli, po wojnie głównie ciekawska dzieciarnia.

W dwóch, zakończonych na szczęście bez ofiar, uczestniczyłem bezpośrednio. Po jednym, przez wiele lat, na palcach środkowym i serdecznym utrzymywała się ukośna podłużna blizna na skórze, prawdopodobnie po kuli. Gdy do dużego ogniska wrzuciliśmy kilka długich taśm z nabojami i czekaliśmy ukryci za drzewami, pierwsze wybuchy prawdopodobnie rozrzuciły taśmy. Kolejne następowały w zaskakujących miejscach - nawet za naszymi plecami. U góry, na dole, z przodu, z tyłu, wszędzie dookoła, przez długą chwilę słyszałem i widziałem krótkie, niezbyt głośne pyknięcie i mały obłoczek. Po którymś zapiekło pomiędzy palcami, ale nie zwróciłem na to uwagi, działo się zbyt wiele. Zaschniętą rankę zauważyłem dopiero w domu, przy myciu rąk.

Drugi, i za sprawą naszych rodziców ostatni przypadek naszych poczynań z powojennymi „akcesoriami”, miał miejsce podczas Świąt Wielkanocnych. Gdy „starzy” biesiadowali, szukaliśmy emocji dla siebie. No i znaleźliśmy – granaty, pociski moździerzowe, ciężką minę i coś, czego nazwać nie potrafię, ale starsi koledzy wiedzieli, że „walnąć” potrafi mocno. Tradycyjnie rozpaliliśmy duże ognisko (trochę za blisko domów), wrzuciliśmy weń znaleziska i rozłożyliśmy się płasko w bezpiecznej (?) odległości. Leżeliśmy długo, nic się nie działo, narastało w nas przekonanie, że zbyt wielkim ładunkiem zagnietliśmy ogień i nic się już nie wydarzy. Zaczęliśmy ostrożnie wstawać. Z kolegą, który krył się obok mnie, zdążyliśmy uczynić ku ognisku dwa kroki – wtedy walnęło tak, że w kilku domach poleciały szyby. Kątem oka zauważyłem, że w sośnie odległej o kilkanaście centymetrów od mojej głowy nagle powstało głębokie nacięci w kształcie < i sosna zaczyna skłaniać się ku nam - zdążyliśmy uskoczyć. Na ulicę wybiegli biesiadnicy. Na nasze szczęście uspokoili się szybko, gdy usłyszeli, że wszyscy jesteśmy cali. Odesłali nas do domów, miarka dopełniła się. Zbliżało się tęgie lanie. Zaliczyłem takie kilkakrotnie, ale nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, aby mieć o to do ojca pretensje. Każde było w pełni zasłużone – kiedykolwiek coś zbroiłem, ojciec najpierw tłumaczył, że robić tego nie wolno i ostrzegał, że następnym razem zastosuje karę, w miarę konieczności „cielesną” - (pas!).

 

Zboczyłem nieco z tematu głównego – miało być o Hajnówce i jej okolicach. O czasach, gdy nie było telewizji, komputerów, telefonów komórkowych, o ówczesnych obyczajach i sposobach spędzania czasu, można zapisać dziesiątki stron.

Teraz, po przebudowie rodzinnego gniazda, woda jest w mieszkaniu, piece kaflowe zniknęły, starą kuchnię zmieniono na drugi pokój, spiżarnię na łazienkę z wanną, natryskiem i WC, po stronie ganku dobudowano kuchnię nową a powstały w ten sposób taras przylegający do starego dużego pokoju, wyłożono glazurą. W narożniku ogrodu zmienionego w trawnik bracia wybudowali garaż na trzy samochody, obok altanę. Ogrodzenie zmieniono trzykrotnie. Wieloletni, rozsypujący się płot drewniany (20-centymetrowe słupy + sztachety), zastąpiono najpierw siatką w ramkach, później segmentami spawanymi, na ozdobnej podmurówce. To jeszcze ¼ czworaka, ale jakże już inna od części pozostałych…

Po pokonaniu wertepów obrzeża dojechaliśmy do narożnika u zbiegu ulic Żeromskiego i Kołłątaja. Tu do chwili obecnej stoi dawny czworak postawiony/wybudowany w końcowych latach trzydziestych, a jedno z czterech mieszkań – przedostatnie po stronie ulicy Żeromskiego - określam jako gniazdo rodzinne. W budowie domu i karczowaniu terenu pod ogród uczestniczyła rodzinna starszyzna – "dołączyłem do nich" dopiero 15 października 1940 roku :).

Ukośnie przecinający ulicę tor kolejki, obok funkcji przemysłowej przez wiele lat wykorzystywany był także w celach rekreacyjnych. Zwykle co najmniej raz w roku, w dniu wolnym od pracy organizowano „majówkę” – wyjazd kolejką wąskotorową nad Narew, „na Rybaki”. Przed wjazdem do Parkieciarni podstawiano zestaw z kopcącym, rozsiewającym sadzę parowozem-żuczkiem, kryty wagonik i platformy z ławkami, obudowane barierkami „umajonymi” młodymi gałązkami brzozowymi.

Z imprez nazywanych majówkami niezależnie od tego w jakim odbywały się miesiącu, konkretnie zapamiętałem dwie – gdy najadłem się strachu po wpłynięciu na wir, gdy po szczelnie zapełnionej platformie rozpełzły się potężne raki królewskie.

W przypadku pierwszym płynęliśmy dużą grupą, a że pływam mizernie, pozostałem w tyle i – jak zwykle - raczej blisko brzegu. Obserwując kolegów przegapiłem wir. Oni odpłynęli, mnie wir po łuku pociągnął do tyłu (na szczęście nie do dna). Udało mi się uwolnić samodzielnie, ale było ciężko…

W drugim sprawcą dużego zamieszania stał się łowca raków. Jego nazwiska nie pamiętam - mieszkał na Sienkiewicza, naprzeciwko Burdziaków. Na każdą majówkę zabierał duży plecak, kilka „talerzy” z drobnej metalowej siatki i …żaby. Nad rzeką uśmiercone żaby przywiązywał do talerzy, rozstawiał je w wodzie i w regularnych odstępach czasu zbierał z nich raki. W dniu który wspominam, łowca w drodze powrotnej przysnął. Raki niespodziewanie rozpełzły się po podłodze, wywołały panikę. Było bardzo głośno - na szczęście nikt z jadącego pociągu nie wyskoczył…

 

Za torowiskiem i ogrodzeniem Parkieciarni, od głównej drogi odbiegała czarna droga gruntowa. Za nią, na rozległym wolnym placu, kotwiczono dużą karuzelę. W ruchu prezentowała się imponująco, szczególnie wtedy, gdy podwieszone na długich łańcuchach krzesełka obsiadali szpanerzy, łączyli je, a później, w locie na pełnej szybkości odrzucali siebie w różnych kierunkach. Oczywiście spróbowałem i ja, ale pewnie w nadmiernej dawce. Gdy po wykorzystaniu opłaty próbowałem twardo stanąć na ziemi, moje nogi i błędnik odmówiły posłuszeństwa. W pionie nie mogłem utrzymać się nawet w pozycji siedzącej.

 

Chwilę później, gdy dojrzewałem w bezpiecznym miejscu, ktoś nie wytrzymał – w pełnym biegu wypróżnił żołądek na tłum ciasno stłoczony wokół barierek ochronnych. Widok okropny - od tamtego zdarzenia duże karuzele oglądam bez entuzjazmu, zawsze z daleka… 

Czarnej drogi gruntowej prowadzącej niegdyś do ówczesnej Terpentyniarni, ani samej fabryki, bliżej nie poznałem nigdy. Teraz jej dawne tereny zajmują m.in.: ulica i osiedle Parkowa, zajazd Bartnik i park z amfiteatrem. 

W latach mojej najwcześniejszej młodości, powszechnie szanowanym proboszczem jedynej w Hajnówce parafii katolickiej był ksiądz kanonik Ignacy Wierobiej. Ze wsparciem sióstr zakonnych nauczał religii w Szkole Podstawowej. Pod jego nadzorem, wokół widocznych na fotografii murów starego kościoła wybudowano nowy, istniejący do chwili obecnej. Do księdza Ignacego najchętniej przystępowaliśmy ze spowiedzią – nie zamęczał pytaniami, słuchał uważnie (mawiano, że słuch miał mocno przytępiony), do pokuty potrafił dodać słowa otuchy. 

Za sprawą wielkiej bogobojności rodziców i ciekawości własnej, księdzu Ignacemu przez pewien czas służyłem do mszy jako ministrant. Po wykuciu na pamięć łacińskiej ministrantury i zapamiętaniu którą kwestię w jakim momencie wypowiadać należy, wczesnoporannym marszobiegiem pokonywałem sporą odległość pomiędzy Czworakami i Kościołem, służyłem, w taki sam sposób wracałem, po szybkim śniadaniu ponownie pokonywałem połowę tej samej trasy aby zdążyć na lekcje w Szkole Podstawowej w narożniku ulic Piłsudskiego i 3 Maja.

Na fotografii z roku 2016 miejsce spoczynku księdza kanonika Ignacego Wierobieja. Cześć Jego pamięci.

Z gratisowej partii próbnej skorzystano w niej chętnie, do nawiązania współpracy nie doszło – podjął ją ówczesny Zarząd Gospodarki Mieszkaniowej i Jednostka Wojskowa.

Pierwszą wspomnieniową przyjemność sprawił na tym terenie widok wiaduktu poprzedzającego wjazd na ulicę 3 Maja (jak nazywała się dawniej, nie pamiętam). Od niej mnogość wspomnień gwałtownie wzrosła.

Po lewej kuźnia Mierzwińskich, w której przez szeroko otwarte wierzeje często można było usłyszeć i dostrzec czynności pobudzające chłopięcą wyobraźnię. Obecnie mieści się tam Muzeum Kowalstwa i Ślusarstwa.

Dalej, po lewej, od kiedy pamiętam, teren dochodzący niemalże do ronda zajmuje Zespół Szkół Zawodowych, obecnie ciaśniej, bardziej zabudowany. Rondo widzę i rejestruję po raz pierwszy - rozprowadza ruch kołowy na ulice Warszawską, Białowieską, 3 Maja oraz Księdza Ignacego Wierobieja (dawniej Buczka).

Tuż za rondem, po prawej stronie ulicy 3 Maja - Kościół. Przed nim, na komunijnej fotografii z roku 1948/49 (?), wieloklasowa grupa chłopców z proboszczem i siostrami zakonnymi.

pięterku narożnej kamienicy głównego placu miasta, w bezpośrednim sąsiedztwie służbowych mieszkań głównej kadry Fabryki - głównego technologa, głównego mechanika i dyrektora naczelnego. Głównym technologiem - wówczas i długo po mojej, samodzielnej tym razem przeprowadzce do Tczewa - był mój brat Roman. W Gniewie pod jego skrzydełka trafiłem po raz drugi, ale w sumie zaledwie na 2,5 miesiąca. Pierwszy był Kraśnik.

Podczas krótkiego pobytu w Gniewie wydarzenia niezależne od mojej woli zmieniały się błyskawicznie. Najspokojniej (i najweselej) bywało w pracy. W dużej sali zastawionej biurkami i dwoma stołami kreślarskimi codziennie spotykało się siedem osób, w tym jedna dziewczyna i ...Stefanek. Atrakcyjna i bardzo nieprzystępna Urszula często przy swoim stole kreślarskim popadała w głęboką zadumę. Z szuflady wyjmowała osadzony na ozdobnym wisiorku pukiel włosów mocno skręconych na kształt powiększonej piłeczki ping-pongowej i długo, niemal bezwiednie, łaskotała się nim pod nosem (?). W przerwach w pracy i zadumie obchodziła kolegów z pytaniem, czy pytany zechce począstować ją papierosem. Robiła to tak długo, aż ktoś jej prośbę spełnił. W miarę upływu czasu takie nagabywania stawały się irytujące. Grzeczne uwagi nie pomagały więc Stefanek zastosował terapię szokową. Usunął tytoń z 3/4 paierosa, część zmieszał z siarką z zapałek, wypełnił mieszanką część papierosa, resztę wypełnił tytoniem czystym. Gdy Ulka zadała tradycyjne pytanie, droczył się z nią przez chwilę, że to ostatni, ale wiedział doskonale, że Ulka nie odpuści i nie dochowa obyczaju zakazującego odbierania palaczowi papierosa ostatniego. Wzięła, więc jeszcze podał jej ogień. Chwilę czekaliśmy. Gdy nastąpił "wybuch", szyby w oknach dzwoniły od naszego śmiechu jeszcze długo po ucieczce "palaczki", niegroźnie usmolonej pod nosem.

Kolejny "kawał" wymyślony przez Stefanka w kilkanaście dni później był tyleż grubiański, co i dopingujący do pracy. Podczas nieobecności Ulki Stefanek namówił męską część personelu do wycięcia z okolic penisa małych kępek owłosienia. Różnokolorowymi pasemkami dokładnie otoczył ozdobną maskotkę pozostawioną w jej otwartej szufladzie i ...czekaliśmy. Ulka, po wypaleniu papierosa (skąd uzyskanego - nie wiem) tradycyjnie popadła w zadumę. Machinalnie sięgnęła po maskotkę. Przez chwilę trwała cisza pełna napięcia. Ktoś nie wytrzymał. Ryknął dławionym śmiechem, reszta natychmiast dołączyła. Ulka zesztywniała. Wyczuła, że chodzi o nią. Widząc spojrzenia skierowane na maskotkę, spojrzała na nią również. Natychmiast rozpoznała zmiany. Wybiegła.

Gdy dowiedziałem się, że maskotka, to pukiel z kędzierzawej czupryny jej atrakcyjnego chłopaka odbywającego służbę wojskową w Wałczu, trochę jej współczułem.

A Stefanek? Prawdopodobnie na zawsze pozostał ze swoim ekscentrycznym poczuciem humoru. Miał konkretny powód - był bardzo niski, chyba poniżej 160 cm. Zdołał wynaleźć w Gniewie dziewczynę prawdopodobnie najwyższą. Gdy znajomi próbowali z takiej pary pokpiwać, szybko i konkretnie przywoływał ich do logicznego myślenia. Twierdził, że uczynił tak świadomie - sam jest niski, gdyby związał się z dziewczyną jeszcze niższą, z dzieci nie byłby dumny, a dumny być chce i wierzy, że takie urodzi mu dziewczyna ponadwymiarowa...

 

Praca w firmie przebiegała bez zakłóceń. Po rozpoznaniu terenu i wyposażenia otrzymałem pierwsze zadanie związane z uruchomieniem produkcji nabrzeżnych pachołków, wykorzystywanych do cumowania jednostek pływających. Czyli - projekt odlewu z doborem optymalnych naddatków na obróbkę + proces technologiczny obróbki + warunki transportu międzyoperacyjnego i zewnętrznego. Później przydzielano mi przeróżne technologiczne drobiazgi pod bieżące potrzeby Fabryki.

Gorzej bywało po pracy. Po raz pierwszy odczułem irytujące zainteresowanie mieszkańców małego miasteczka, w którym wszyscy wiedzą o sobie wszystko. Nagle rodzinę Romana zaczęły odwiedzać różne "koleżanki". Badały teren, zbierały informacje. Na szczęście Gniew jet pięknie usytuowany na wzgórzu nad Wisłą, poniżej ujścia Wierzycy. Nad Wierzycę samotnie chadzałem na ryby, z wysokiego brzegu za miastem z ogromną przyjemnością obserwowałem spływy kajakowe. Widzę je bardzo dokładnie nawet teraz, gdy po upływie 62 lat precyzuję niniejszy komentarz. Wiem, że żadne opisy i opowiadania wiernie odtworzyć ich nie zdołają więc wciąż żałuję i zawsze żałować będę, że nie mogłem ich wówczas utrwalić ani na kliszy ani na taśmie. Wisły podpływającej bardzo szerokim łukiem pod rozlokowany na wysokiej skarpie Gniew, bardzo rozległych widoków ze skarpy i dużych, kolorowych armad, słyszanych z oddali zanim pojawiały się w nadwodnej mgiełce, nie zapomnę nigdy. Cień wysokiej skarpy sięgał niekiedy 1/3 szerokości rzeki - kajakowe armady płynęły zwykle odległą częścią nasłonecznioną, ale dźwięki gitar, śpiewy, śmiechy, rozmowy niosły się po wodzie bardzo daleko i długo. Moje - dziewiętnastolatka - marzenia i myśli, towarzyszyły im zwykle jeszcze długą chwilę po tym, jak cichły za horyzontem.

Po rozpoznaniu obrzeży miasteczka, część wolnego czasu spędzałem z wędką nad Wierzycą. Rzeka wyglądała raczej mizernie, ale ryby zdarzały się w niej w miarę przyzwoite. Złowione tradycyjnie wrzucałem do siatki zanurzonej w wodzie. Pewnego dnia od strony miasta nadciągnęła ogromna chmura. Chcąc uciec przed deszczem, pobiegłem w stronę domu z trzepocącymi się w siatce rybami. Zanim dobiegłem, ryby uspokoiły się. Lekko podmoczony, w mieszkaniu Romana przystąpiłem do czyszczenia. Naśmieciłem bardzo niewiele - z bardzo świeżych ryb łuska odchodziła bardzo łatwo. Na finał skrobania trafił mąż ciężarnej sąsiadki. Widok ryb wyraźnie go ucieszył. Zapytał, czy mogę jakąś odpalić jego żonie, miewającej przed bliskim porodem przeróżne kulinarne zachcianki. Bez wahania oddałem mu dokładnie oskrobanego, prawie 2-kilogramowego leszcza. Uszczęśliwiona pani domu, przekonana że ryba jest martwa, wbiła jej nóż w odbyt. Chciała usunąć wnętrzności. Dźgnięta nożem ryba skoczyła i głośno klasnęła ogonem o kuchenną deskę. Ciężarna sąsiadka zemdlona padła na podłogę.

Dni do porodu stały się koszmarem. Natychmiast zostałem czarną owcą, zwiastunem nieszczęścia. W tamtych czasach głęboko wierzono, że kobieta mocno przestraszona przed porodem, poroni albo urodzi dziecko z rozległym znamieniem.

Szalę przechyliły dwa wydarzenia następne. Oba miały związek z dziewczynami. Miejscowa namówiła mnie na spacer po nierozpoznanym przeze mnie parku. Było nawet przyjemnie do czasu, gdy w parku pokazała się grupa młodzieży - wielkolud i siedmiu podrostków, co najwyżej pierwszoklasistów. Wyglądali trochę jak Guliwer z grupką Liliputów. Wielkolud pozostawał w sporej odległości, nas otoczyły Liliputy. Spokojne prośby, aby pozostawili nas w spokoju wywołały tylko nasilenie ich złośliwości. W zdenerwowaniu prawdopodobnie naderwałem któremuś ucho, wtedy jako obrońca maluchów wkroczył wielkolud. Prawym sierpowym posłał mnie na ziemię, siadł na mnie i przez nieszczelną zasłonę z rąk kuł moją twarz jak dzięcioł a Liliputy, po wulgarnym przepędzeniu dziewczyny, energicznie kopały moje nogi.

Barwy wojenne utrzymały się na moim ciele przez kilka dni. Nie było czym chwalić się – pozostałem w domu. Gdy przypiekło słońce wykombinowałem, że poobijaną twarz mądrzej będzie wystawić na jego działanie. Wykorzystałem właz prowadzący z pięterka na dach, znalazłem pięknie osłoniętą od wiatru niszę. Było OK, ale moje poczynania jakoś wyśledziła żona dyrektora. Jak – nie wiem. Prawdopodobnie przez dziurkę od klucza – judasze nie były wówczas w modzie. Tak, czy owak, informacje o swoich spostrzeżeniach przekazała żonie Romana (mojej rówieśnicy). Oczywiście ze stosownym, babskim komentarzem. Wyszło na to, że zamiast solidnie pracować w Fabryce, opalam się na dachu. Bratowa, po kilkudziesięciu latach, przekazała taką informację mojej obecnej żonie!

Zniecierpliwiony dociekliwością tubylców, dołączyłem do boksera dojeżdżającego na treningi do Tczewa. W Kraśniku Fabrycznym do boksu gorąco namawiał mnie trener tamtejszej Stali. Wysoko oceniał mój refleks, ale akurat ten rodzaj sportu wcale mnie nie pociągał. Ani w Kraśniku, ani w Tczewie. Obserwując treningi poznałem sporą grupę prostych, twardych rówieśników. Od kategorii/wagi półśredniej w dół, do wagi ciężkiej. Byli waleczni, ale nie pozbawieni kłopotów sercowych. Skutecznie doradziłem jednemu, zaczęli zgłaszać się inni, a zaistniała sytuacja mocno osadziła mnie w grupie. Byli gotowi do pomocy w każdej mojej potrzebie. Ich pomoc okazała się bardzo przydatna, gdy zamieszkałem w Tczewie.

Pewnego dnia do naszej grupy przysiadła dziwna dziewczyna. Wyglądała na owe czasy wręcz szokująco. Głęboko w pamięć zapadał widok bardzo krótkiej spódniczki w szkocką, bardzo wyrazistą kratę, czarne rajstopy i buty, kolorowa, kusa kamizelka,  krótkie czarne i proste włosy przycięte nieco poniżej uszu oraz gruba warstwa "tapety" na całej twarzy. Na pewno była zgrabna, ale czy ładna - nie wiem. Musiałbym ją zobaczyć w basenie lub pod natryskiem. Znali ją wszyscy poza mną. Była dziwna, milcząca, wyglądała na bardzo zagubioną. Nikt z grupy nie zwracał na nią uwagi. Zaczynało być trochę niezręcznie. Spróbowałem z nią rozmawiać. Przez pewien czas odpowiadała zdawkowo, później coś w niej pękło. Połykając łzy wyrzuciła z siebie, że po prostu już nie wie co robić. Boi się nawet wracać do własnego domu. Przed domem zwykle czeka jej chorobliwie zazdrosny chłopak, który nie pozwala jej na jakąkolwiek samodzielność, a gdy ona pozwoli sobie na cokolwiek bez jego wiedzy, potrafi uderzyć...

Uzupełniając zapis po 62 latach, nie jestem w stanie odtworzyć dalszych uzgodnień. Z Tczewa wyjechaliśmy we trójkę. Kolega wrócił do domu, dziewczyna trafiła do mnie na prawach wyłącznie koleżeńskiej przysługi (?). Późnym wieczorem zaczęło się. Chłopak kolorowej papugi bezbłędnie trafił do naszej klatki. Nie wiedząc, które drzwi prowadzą do mnie, z dołu, głośnym wołaniem wykrzykiwać począł najwymyślniejsze prośby i obietnice. Nie reagowaliśmy, więc powtarzał je ciągle. Wołania zniecierpliwiły dyrektora - najpierw, pod groźbą wezwania milicji, zażądał ciszy od chłopaka, później ode mnie. Nie miałem wyjścia. Zaproszony na pięterko chłopak musiał przeprosić papugę i (chyba?) przysiąc poprawę. Odeszli razem zapewniając, że poradzą sobie mimo późnej nocy.

Drugiego lipca 1960 roku w ręce wpadł mi przypadkiem (?) egzemplarz gazety lokalnej. Znalazłem w niej ogłoszenie Zakładów Sprzętu Motoryzacyjnego w Tczewie - szukali technologów. Potwierdzili to telefonicznie, zachęcili do podjęcia oferowanej pracy. Zwolnienie z Fabryki w Gniewie, za porozumieniem stron, po w/wspomnianych wydarzeniach wydano z wyraźną ulgą. Trzeciego znalazłem w Tczewie kwaterę, czwartego pracowałem już w ZSM, późniejszej Fabryce Przekładni Samochodowych POLMO. 

Wideo: Jezioro Bukowo / Dąbki 2019.

Nadmorską wieś Dąbki poznaję od lat sześćdziesiątych. Zawsze tylko pobieżnie - nawet podczas turnusu wypoczynkowego w jednym z nielicznych ośrodków podobno całorocznych. Najsilniejsze wspomnienia pochodzą właśnie z turnusu – niemiły wieczorny chłód w słabo nasłonecznionym pokoju, własny pływacki przestrach i wspaniałe wędkarskie chwile spędzone z synem nad górną Grabową, poniżej Elektrowni Nowy Żytnik.

W latach, które wspominam, na wysokości wsi daleko w morze wybiegały wąskie płycizny oddzielone znacznymi pogłębieniami. Podczas swobodnego przepływania na odległą sąsiednią płyciznę, w połowie dystansu dopadł mnie wodny uraz z dzieciństwa. Zmieniłem kierunek w stronę odległego brzegu – ciężko przestraszony i usztywniony bezmyślnie rwałem ku niemu tak długo, aż wyczułem pod sobą plażowy piasek!

Na odległej o 35 km rzece zachęcałem syna do precyzyjnych rzutów w miejsce, w którym zauważyłem powtarzające się wyjścia pstrąga. Gdy nie trafił w nie kilkakrotnie, przejąłem jego spinning. Piękny pstrąg strzelił, gdy błystka zaledwie musnęła wodę. Syn wciąż to pamięta, ale chętniej wypływa na połowy morskie…

Porównanie obu niechętnych sobie grup wędkarzy wypada równie blado. Normalny mięsiarz dzięki swojej wiedzy i umiejętnościom łowi tylko w konkretnie określonym sezonie i miejscu, a ryby w konkretnie określonej ilości i rozmiarze zabiera jako zwieńczenie swojego pobytu na łowisku. „Etyk”- zwolennik mody NO KILL okalecza ryby bez żadnych ograniczeń, aż do własnego zmęczenia i z dumą oddaje je wodzie z naiwnym przekonaniem, że nie wyrządza nikomu/niczemu żadnej krzywdy. Co gorsza, w mediach i praktyce wpaja swój styl oraz własne oburzenie na mięsiarzy - dzieciom, własnym i cudzym!

Pożyjemy, zobaczymy, co z tego wyniknie. Historia ludzkości zawiera przykłady znacznie bardziej drastyczne np. niegdysiejsze zabijanie bizonów dla samego zabijania…

(Teraz myśliwi zabijają dla mięsa albo dla zmniejszenia nadmiernego pogłowia i tylko patrzeć, jak wyznawcy NO KILL ze wsparciem mediów okrzykną, że do zwierząt strzelać można wyłącznie nabojami usypiającymi zwierzę na czas robienia fotek oraz na czas bezpiecznej ucieczki :)).

Fakt, że ludzie ciągle zabijają się wzajemnie i niszczą to, co inni mozolnie budowali przez stulecia, pozostaje tylko faktem. Czyżby mniej ważnym od ochrony ryb, ptaków, zwierząt naziemnych i podziemnych? 

Ludzi na Ziemi żyje około osiem miliardów. W znakomitej większości uważają się za zwierzęta naczelne, podobno najinteligentniejsze. Coś jednak z tą inteligencją jest nie tak, jak być powinno. Jest doskonała w tworzeniu nowych metod i środków unicestwiania konkurentów, zawodzi przy tworzeniu metod i środków pokojowego współistnienia narodów. Także ich współistnienia z przyrodą. Więc - dominują nieustające, odwieczne spory w każdej dziedzinie, przeplatane krwawymi wojnami...

CZŁOWIEK - brzmi dumnie ??

 

/Pozwoliłem sobie na obszerną, emocjonalną dygresję, ale proszę nie dziwić się – źle znoszę obelżywe wędkarskie komentarze i pogardliwe miano mięsiarza. Szczególnie ze strony osób nazywających siebie „etykami”. Przykłady skanuję, mam ich wiele ale w tym miejscu wolę ich nie pokazywać - szkoda nerwów./.

W uzgodnionych warunkach uwierał mnie jeden szczegół. W karcie obiegowej (w połowie października) zapisano, że w grudniu otrzymam kawalerkę w aktualnie finalizowanym budynku zakładowym. Kawalerka dla osoby niedoświadczonej w załatwianiu pożyczek, której "majątek" z dużym luzem mieścił się w małej walizeczce, to perspektywa raczej odstraszająca. Lekarz tradycyjnie spóźniał się, więc powędrowałem na pobliską pocztę. Rozmówca w Barwicach słysząc, że jestem w Słupsku, poprosił abym spokojnie poczekał na samochód który natychmiast wysyła, zapewnił kierownicze stanowisko z wynagrodzeniem atrakcyjnie wyższym od zaproponowanego przez Słupsk oraz zakwaterowanie w umeblowanym pokoju przy spokojnej, zakładowej rodzinie. Zgodę wyraziłem.

Służbowy samochód Spółdzielni Pracy Metalowo-Drzewnej "ZRYW" w Barwicach podjechał na umówione miejsce w Słupsku po upływie niespełna dwóch godzin. Miałem wystarczająco dużo czasu na zgłoszenie w Famarolu rezygnacji i przeprosin. Do miłej kwatery w Barwicach, zlokalizowanej bardzo blisko miejsca pracy, dojechaliśmy jeszcze za dnia. W następnym dniu spełniono wszystkie obietnice telefoniczne. Otrzymałem angaż kierownika działu kontroli technicznej, rozdzielni i krajalni. Niby trzy w jednym, ale przy niewielkim programie produkcyjnym takie połączenie okazało się łatwym do opanowania. Sprawa wyjaśniła się nieco po kilku dniach. Wiceprezes zapytał, czy chciałbym trochę dorobić do pensji przy opracowaniu technologii produkcji wielkogabarytowych, stalowych konstrukcji mostu pontonowego na potrzeby wojska. Zaproponował za to 1200 zł i pomocnicę do prowadzenie papierzysk mojego działu. Po zapoznaniu się z dokumentacją konstrukcyjną i wysokimi jej wymaganiami jakościowymi, chętnie wyraziłem zgodę. Po godzinach pracy w maleńkim, nawet nie czterotysięcznym miasteczku rozrywki musiałem organizować sobie sam a propozycja szefów stanowiła wyzwanie duże, wymagające wiedzy, precyzji i ...szczęścia. Aby sprostać wymaganiom konstrukcyjnym ustaliłem przede wszystkim trzy najważniejsze elementy - przyrząd spawalniczy, kolejność układania spoin i ...odpowiedzialność za jej przestrzeganie. Przy tak dużej konstrukcji nawet drobna zmiana ustalonej technologii groziła nienaprawialnymi zmianami kształtu.

Wykonanie pierwszego segmentu nadzorowałem od początku do końca. Wszechstronne pomiary wykazały, że jest pod każdym względem zgodny z wymaganiami określonymi przez konstruktora. Pierwsza partia przyjęta została w JW bez zastrzeżeń. Szczęście dopisało nam także po dostawie. Wracaliśmy dużym samochodem ciężarowym w tak gęstej wieczornej mgle, że po wjeździe na jakiś nieużytek, z latarką szukaliśmy powrotu na właściwą drogę. Udało się ją odnaleźć. Do Barwic powróciliśmy bez uszkodzeń samochodu i siebie. Miałem więc powody do zadowolenia, ale zawsze, gdy spotykałem któregoś z szefów nie wyczuwałem normalnej ludzkiej sympatii. Czułem, że coś nie jest OK.

Początkowo sądziłem, że chodzi o młodziutką, śliczną ale absolutnie zieloną dziewczynę zatrudnioną jako "wsparcie" mojego działu. To była jej pierwsza praca, a że Spółdzielnia, stosownie do swojej nazwy działała niekiedy zrywami, zdarzyło się bodajże dwukrotnie, że musieliśmy popracować dłużej, aby na następny dzień przygotować zadania i dokumenty dla krajalni. Jesienią zmierzch zapada szybko, więc uznałem, że pomocnicę wypada bezpiecznie odprowadzić pod dom, a w Barwicach to żaden problem, bo wszędzie było blisko.

Za drugim razem, gdy Wiesia zamknęła drzwi, z cienia pod jej domem wyłonił się chłopak nieco ode mnie młodszy i przedstawił mi ultimatum - jeżeli nie chcę być poharatany(?), mam się odp....... od jego dziewczyny! Odpowiedziałem, że skoro on albo jakikolwiek inny zazdrośnik nie życzy sobie moich odprowadzań, to zamiast kryć się w cieniu, powinien sterczeć pod bramą naszej firmy. Wówczas, jeżeli zdarzy się konieczność pracy dłuższej, zostanie poproszony do naszego biura. Może do czegoś się przyda... 

Czy młodzian z sugestii skorzystał, sprawdzić nawet nie próbowałem, nie znam też losów Wiesi. Po 59 latach pozdrawiam ją z daleka.

Sprawa wyjaśniła się bodajże w dwa dni później. Miła pani księgowa zapytała, jaką zapłatę otrzymałem za uruchomienie produkcji dla wojska. Na moje 1200 (tysiąc dwieście) zł pokiwała głową. Widząc moje pytająco uniesione brwi dodała, że dwaj prezesi podzielili pomiędzy siebie nagrodę z WP w wysokości 60 tysięcy. Frajera mieli pod ręką. Gdyby coś nie wyszło, winien byłbym tylko ja.

Wcześniej na żadne dodatkowe profity nie liczyłem, ale wiadomość i zawodowa duma zabolały. 12 grudnia kategorycznie "poprosiłem" o zgodę na rozwiązanie umowy bez wypowiedzenia. 13 grudnia podjąłem pracę w Wojewódzkim Zjednoczeniu Przedsiębiorstw Państwowego Przemysłu Terenowego w Koszalinie.

 

W latach 1980-2018 przez Barwice przejeżdżałem dość często. Służbowo oraz w celach rekreacyjnych, z pontonem na jeziora Kocie, Strzeszyn i Brody. Bywało, że powracałem w nocy. W pobliżu obwodnicy obiegającej miasteczko przez teren niezabudowany, do odwiedzin zachęcała ogromna reklama sklepu NON STOP. Sprawdziłem - działał rzeczywiście o każdej porze.

Kiedyś, dla odświeżenia wspomnień odjechałem chyba wszystkie dostępne dla auta ulice. Nie znalazłem nic, co odpowiadałoby obrazom zachowanym w pamięci.

Podczas bardzo krótkiego pobytu czas wolny spędzałem przede wszystkim w swoim pokoju na "artystycznym" wycinaniu z "Magazynu Polskiego" i kilku innych czasopism, najatrakcyjniejszych dowcipów rysunkowych, wklejaniu ich do najgrubszych, dostępnych zeszytów w kratkę (najlepiej w twardej oprawie) i odręcznym wpisywaniu dowcipów tekstowych. Zeszyty przez pewien czas krążyły wśród znajomych. Wróciły mocno nadwyrężone, jak coś pozostającego w intensywnym użytkowaniu. Późniejsza próba przeniesienia zebranych materiałów do sieci wypadła b. mizernie. Zobacz "Uśmiechnij się cz. I".

W roku 2006 i latach późniejszych, na pierwszej osobiście skonfigurowanej, maksymalnie uproszczonej www.wyprawypontonowe.pl zamieściłem tekst o Karlinie z odnośnikami: www.karlino.pl, www.parseta.pl, www.karlino.eu. do stron "oficjalnych", aktualizowanych na bieżąco. Kilka uwag oraz sugestii wynikających z prywatnych obserwacji i poglądów, pozwalam sobie dodać poniżej.

 

Przejeżdżając przez Karlino pociągiem, obserwuj południowo-zachodnią stronę szlaku kolejowego. Poniżej mostu nad rzeką Radew roztacza się widok miły dla oczu o każdej porze dnia i roku. Są to szeroko opisane w materiałach internetowych tereny kompleksu sportowo-rekreacyjnego z przystanią kajakową Wodnik. Możesz tam zauważyć:

- w zimie, poza grupkami „całorocznych” spacerowiczów, dużą grupę morsów

- w Noc Świętojańską rozbawiony tłum, wianki na rzece i rzęsiste fajerwerki

- w gorące lato – plażowe mrowisko

- w ostatnim tygodniu sierpnia – kolorowe, pilnie strzeżone miasteczko namiotowe uczestników Międzynarodowego 3-etapowego Spływu Kajakowego rzekami Radew i Parsęta do Kołobrzegu (szlakiem Ojca Świętego Karola Wojtyły)

- przez pozostałą część roku - grupy kajakarzy kończących spływy na przystani, często przy wielkim ognisku i muzyce.

Podróżując trasą E28 na zachód, zaplanuj postój na terenie kompleksu wypoczynkowego Petrico Park w Krzywopłotach, 2,5 km przed Karlinem. Przy trasie stacja paliw Orlen, restauracja z miłym dla oczu wystrojem i przystępnymi cenami, duże wygodne parkingi. Poniżej recepcja, sala konferencyjna, domki hotelowe, stawy, stadnina koni, ścieżki spacerowe. Przy stawach piękne miejsce na imprezy przy ognisku, potężny grill, kuchnia polowa, wiata posiłkowa na co najmniej sto osób.

Jeżeli bardzo śpieszysz się, zalicz przynajmniej spacer w dół, w kierunku stawów. Stamtąd najłatwiej można ocenić jak mądrze, bez szkody dla przyrody wykorzystano naturalne ukształtowanie terenu. Mokradła, przez które trudno było dotrzeć do rzeki nawet w upalne lato przekształcono w rozległe stawy rybne, a wybranymi z mokradeł masami gruntu podwyższono i umocniono naturalne brzegi rzeki, bez ich „golenia” i faszynowania. Teraz jest to świetny teren do organizowania wędkarskich zawodów spławikowych – wszystko pod ręką.

Zbliżając się do Karlina trasą E28, masz do wyboru – objazd pięknie wkomponowaną w teren obwodnicą, lub przejazd po jej cięciwie przez główne ulice i plac centralny miasta. Obwodnica wręcz zachęca do szybkiej jazdy – przed jej skrzyżowaniem z drogą nr 163 Karlino-Białogard koniecznie zdejmij nogę z gazu! Nikt w Karlinie nie chce, abyś Ty, lub ktokolwiek inny zwiększał liczbę tragicznych wypadków, zaistniałych już wcześniej na tym skrzyżowaniu.

Jeżeli zdecydujesz się przejechać przez miasto od strony zachodniej, z obwodnicy wjedziesz na ulicę Szczecińską, ciągnącą się do placu centralnego - obecnie Plac Jana Pawła II, uprzednio - Plac Kościelny. Zwróć uwagę na pierwszy dom po prawej, niespełna 100 metrów przed mostem nad Parsętą. Co kilka lat, przy wylewach rzek, mieszkańcy opływają ten dom pontonami. Przy najbliższej okazji spróbuję ustalić kto, kiedy i dlaczego zaryzykował budowę w tak niefortunnym miejscu.

Za domem - Parsęta, obiekt gorących sporów, wartych odrębnego opisu. Wiedząc, że Dorzecze Parsęty to matecznik bałtyckiego łososia i troci wędrownej, zdziwisz się widząc po obu stronach mostu uregulowane, faszynowane brzegi i dumnie sterczącą na brzegu tablicę z napisem REGULACJĘ RZEKI PARSĘTY WYKONANO PRZY WSPARCIU FINANSOWYM WOJEWÓDZKIEGO FUNDUSZU OCHRONY ŚRODOWISKA I GOSPODARKI WODNEJ W SZCZECINIE. Podrażniona rzeka często zalewa te uregulowane brzegi i ową tablicę tak, że z wody wystaje zaledwie niewielki jej fragment (!)

Tuż za mostem kanał młyński rozdzielający wody Radwi na młyn i śluzę, odprowadzającą nadmiar wody do Parsęty. Po prawej „wyspa”, za wodą wielki spichlerz. Po lewej stary młyn. Mimo, że obecnie obraz jest mało atrakcyjny, radzę wykonać kilkanaście jego fotek. Z przyjemnością porównasz je z obrazem, jaki zastaniesz za lat kilka (no – może kilkanaście). Projekt zmian na stronie http://www.karlino.pl/pl/index.php?page=wyspa.

Za spichlerzem i młynem, stara piętrowa zabudowa. W niej, po lewej Karliński Ośrodek Kultury, po prawej, w dawnej siedzibie Zarządu Gminnej Spółdzielni "Samopomoc Chłopska" a późniejszej siedzibie Stowarzyszenia Inicjatyw Gospodarczych - centra informacji, w tym Gminne Centrum Informacji oraz Centrum Informacji Turystycznej. Przy ulicy - przystanek autobusowy.

Jeżeli zechcesz zatrzymać się na Placu Jana Pawła II, w niewielkiej odległości od kościoła i ratusza, w zabudowie otaczającej plac dostrzeżesz sklep ze sprzętem wędkarskim. Tam właśnie uzyskasz najświeższe informacje o warunkach i bieżących możliwościach złowienia w Parsęcie szlachetnej ryby, poznasz wyniki z ostatnich dni, zobaczysz fotografie z lokalnych zawodów. Skoro nie jest to formalny punkt informacyjny, przy zasięganiu języka wypada dokonać tam przynajmniej skromnego zakupu. Za kilka lat plac i ok. 300-metrowy fragment ładnie odtworzonej zabudowy ulicy Koszalińskiej zamknięty będzie dla ruchu kołowego. Projekt nowego zagospodarowania znajdziesz na stronie - http://www.karlino.pl/pl/pliki/rynek.pdf.

Jeżeli z ulicy Szczecińskiej przejedziesz plac po przekątnej, wjedziesz na ulicę Koszalińską. Po lewej miniesz ładnie wkomponowany w starówkę fragment nowej zabudowy. Po bardzo długich latach widoku na pusty plac obstawiony brzydkimi komórkami, to obecnie jeden z najładniej zagospodarowanych fragmentów miasta.

Za "nową starówką" ciągnie się stara, w większości parterowa, zwarta zabudowa pozostająca pod ochroną konserwatora zabytków. Być może zdziwi Cię przez moment duża szczerba w tej zabudowie, tuż za siedzibami banków. Zrozumiesz widząc, że na jej skraju, przy głównej ulicy, niemalże w sercu miasta stoi filia zakładu pogrzebowego. Do takiego sąsiedztwa nikt z budową jakoś się nie garnie. Około 150 metrów dalej, po tej samej stronie ulicy zauważysz Urząd Pocztowy, przed nim małą zatoczkę. Nie zatrzymuj się w niej nawet wtedy, gdy stoi tam jakikolwiek inny samochód. Wielu kierowców otrzymało za to mandat (ja też, ale tylko raz). Ta "zatoczka" to - wg miejscowej Policji - skrzyżowanie. Pogląd albo aktywność Policji uległa zmianie - w roku 2021 auta stają tam na okrągło.

Zechcesz zatrzymać się w mieście? Masz przy trasie kilka małych parkingów i dwie restauracje. Jedną „Na Skarpie”, drugą nieco dalej - w hoteliku STOP, chętnie nawiedzanym przez wędkarzy z całej Polski. Strzeżonego parkingu brak, ale na niestrzeżonych nie dzieje się nic złego od dawna. Z okien i tarasu restauracji "Na Skarpie", za szklarniami dostrzeżesz rzekę Radew i kompleks sportowo-rekreacyjny Wodnik a po drugiej stronie ulicy - zadbany park z amfiteatrem. W letnią noc, pomiędzy potężnymi drzewami parku zauważysz błąkające się przy ziemi światła. To latarki zbieraczy rosówek.

W pobliżu Stop-hotelu zwróć uwagę na dwupiętrowy dom po drugiej stronie ulicy, stojący ukośnie do linii zabudowy i znacznie od tej linii oddalony. Stoi tak, bo tamtędy, wg projektu z lat siedemdziesiątych, łukiem miała przebiegać trasa szybkiego ruchu Całe szczęście, że projekt nie został zrealizowany. Na obwodnicę, którą mamy obecnie, warto było poczekać ćwierć wieku! Szkoda tylko, że na skrzyżowaniu z drogą dojazdową z Karlina nie zamontowano świateł lub ronda. W wielu sezonach urlopowych zaistniały tam tragiczne wypadki samochodowe. Ginęli dorośli i dzieci.

Za hotelikiem istnieje kilka firm, przejazd kolejowy, stacja paliw, osiedle kolejowe, jeszcze kilka firm, rogatki i … wysypisko, kolejny obiekt gorących sporów, a dla Ciebie swoisty sprawdzian. Jeżeli jesteś farciarzem, przejedziesz przez Karlino bez niespodzianek. Jeżeli jesteś pechowcem, trafisz na wielkie stado mew, które krąży nad miastem, obsiada bloki i pstrzy wszystko, co na ziemi stoi lub po niej się porusza. Wtedy z auta wychylać się nie radzę. Szanse na likwidację wysypiska i korzystanie z jednego z nowych, budowanych w odległości około 30 i 40 km są duże. Jestem za, nie tylko z powodu mew.

Za rogatkami, przed wjazdem na E28, miniesz fragment starej szosy styczny do łuku skrzyżowania. Tędy dojeżdża sprzęt na plac budowy. Tuż za skrzyżowaniem, na terenach Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej - Podstrefa Karlino ruszyła budowa zakładu produkcyjnego szwedzkiej spółki SCANRAD. Niniejszy zapis przedstawia stan z dnia 13 lutego 2007.

 

Wjeżdżając do Karlina trasą 163 od strony Białogardu, przy moście nad Radwią spostrzeżesz długi jaz z przepławką, kierujący wodę na turbiny młyna i dalej na śluzę przy Parsęcie. W lato zauważysz tam zwykle młodzież kapiącą się w Radwi i słońcu, a także, coraz częściej, uczestników spływów przenoszących swoje kajaki nad jazem. Jesienią masz szansę zobaczyć łososie pokonujące przepławkę w wędrówce na tarło. Zimą dostrzeżesz imponujące oblodzenia jazu. Na przedwiośniu jaz i cały przyległy teren znika na kilka dni pod wysoką wodą.

 

Niezależnie od tego, z której strony wjedziesz do Karlina, najkorzystniejszym wyjazdem do Kołobrzegu pozostanie droga nr 163, prostopadła do ulicy Koszalińskiej. Przy skrzyżowaniu miniesz stację paliw i zakład wulkanizacyjny. Dalej przejedziesz obok kilku firm, po prawej miniesz kilka ładnie zagospodarowanych domków, a za przejazdem kolejowym niegdysiejszą Fabrykę Płyt Pilśniowych i Wiórowych - zakład, który na przełomie lat sześćdziesiątych-siedemdziesiątych dał najsilniejszy impuls rozwojowy miastu. Po sprywatyzowaniu, ze znacznie zredukowanym zatrudnieniem, nadal prezentuje się dobrze. Wzdłuż północnego i zachodniego ogrodzenia fabryki prowadzi droga ku Parsęcie, często wykorzystywana przez wędkarzy . Po letnich ulewach i zimowych odwilżach dojazd do samej rzeki samochodem bez napędu na 4 koła bywa ryzykowny.

 

Nad Parsętą, jak w życiu. Masz dużo szczęścia - złowisz dużą rybę, nie masz go – złowisz małą albo nie złowisz wcale, potną Cię komary, potną osy, którym nieostrożnie przydepniesz podziemne gniazdo, do ostatniej nitki przemokniesz w przelotnej ulewie, albo utkniesz w dwumetrowych pokrzywach. Ale i tak ciesz się, że podczas wędkowania nie wpadłeś po pas w nadrzeczne bagno, nie straciłeś w nim jednego buta, nie zapędziłeś się w nadrzeczne chaszcze, z których wycofać się można wyłącznie w pozycji czworonoga, a Twoja największa ryba, którą z walącym sercem, uszczęśliwiony sprowadziłeś do brzegu, nie umknęła Ci w chwili, gdy schyliłeś się po nią. To mam już za sobą. Na krwi mojej serdecznej wychowały się liczne pokolenia komarów, na podwodnych zaczepach wszystkich rzek Dorzecza przez 35 lat pozostały dziesiątki moich błystek, ale nie narzekam. Takie zdarzenia jedynie dodają pieprzu innym, wspaniałym doznaniom towarzyszącym każdej wyprawie. Jeszcze skromna rada - jeżeli na ulubionym odcinku spotkasz kilku wcześniej przybyłych wędkarzy, nie złość się. Przywitaj się, porozmawiaj. Twoja ryba i tak czeka tylko na Ciebie. Wielokrotnie (mnie też!) zdarzało się, że w miejsce dokładnie lecz bezskutecznie obłowione przez np. dziesięciu wędkarzy przybywał jedenasty i zanim poprzednicy zdołali się oddalić, w ich obecności, za pierwszym rzutem łowił piękną rybę. Wyobrażasz sobie, jaka to frajda ??! Masz naraz wielu świadków, a każdy z nich wracając znad rzeki niesie wieść, że to właśnie Ty miałeś tak wielki fart i to w miejscu, z którego oni odeszli bez ryby!

 

Jeżeli cenisz piękno przyrody, spokój oraz wędrówki wzdłuż szlaków wodnych i zdecydujesz się na dłuższy pobyt w Karlinie lub w którymś z pobliskich gospodarstw agroturystycznych np. http://lot.parseta.pl/index.php?objectid=118, zarezerwuj trochę czasu na zwiedzanie miasta. Przyjmując punkt wyjściowy przy siedzibie Związku Miast i Gmin Dorzecza Parsęty na ulicy Szymanowskiego, sugeruję trzy trasy poznawcze:

trasa A – ulice Parkowa, Brzóski, Wojska Polskiego, Koszalińska, plac Jana Pawła II, Kościół, Prusa, Wigury. Przy trasie park z obeliskiem – miejsce spotkań w rocznice wyzwolenia miasta, centrum edukacyjne tj. szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum, dalej przedszkole miejskie, poczta, banki, ciągi handlowe, ratusz, kościół, remiza strażacka, i ponownie siedziba Związku Miast i Gmin, straży miejskiej, wydziału oświaty oraz przejściowo spółki SCANRAD . Trasa mini, na każdą pogodę.

trasa B – ulice Traugutta, Wojska Polskiego, Moniuszki, park przy amfiteatrze, Koszalińska do przejazdu kolejowego, Nadbrzeżna, Koszalińska przy restauracji "Na Skarpie", Szymanowskiego. Przy trasie osiedle mieszkaniowe, szkoła podstawowa, przedszkole miejskie, park z amfiteatrem, hotel STOP, promenada, przystań kajakowa, poczta, banki. Trasa doskonale nasłoneczniona do wczesnego popołudnia.

Trasa C – ulice Spacerowa i ścieżka rowerowa do ogrodów działkowych, Kościuszki, Traugutta. Przy trasie kanał młyński, Parsęta-dzika plaża, wodospad, zakręt Żygadły, ogrody działkowe, skate park, wioska dziecięca SOS, warsztaty zajęciowe dla niepełnosprawnych, hala sportowa i stadion. Trasa dobrze naświetlona, z rozległymi widokami na zachody słońca.

Na trasach A,B,C, poza ścieżką rowerową nad Parsętą i promenadą nad Radwią, nie unikniesz obecności samochodów. Jeżeli drażnią Cię spaliny i hałas, spróbuj spacerów poza miastem. Godne polecenia trasy są dwie:

Pętla wąskotorowa. Spacerową pętlę stanowią przedłużenia ulic Kościuszki i Moniuszki oraz odcinek torowiska niegdysiejszej kolei wąskotorowej. Zbiegają się one ostatecznie przy moście nad Parsętą ale poprzeczne ścieżki leśne umożliwiają skrócenie trasy stosownie do pogody i samopoczucia. Przedłużenie ulicy Moniuszki na całym odcinku przebiega wzdłuż ogródków działkowych, torowisko z liściastymi poboczami na całej długości biegnie przez las sosnowy a przedłużenie Kościuszki prowadzi obrzeżem lasu mieszanego, skrajem nadrzecznych łąk i brzegiem starorzecza Parsęty. Tam samochody spotyka się bardzo rzadko, wędkarzy znacznie częściej.

Pętla leśna. Świetna na spacery "długodystansowe" i rowerowe przejażdżki. Atrakcyjna o każdej porze roku, szczególnie piękna podczas złotej jesieni. Trzy boczne drogi prowadzą do mostów nad Parsętą, za którą roztacza się rozległy, relaksujący widok na zakrzaczone łąki. To doskonałe miejsca na odpoczynek, cenione nie tylko przez ludzi. Tam właśnie, tyle, że w znacznej odległości od rzeki, jesienią do odlotu zbierają się żurawie. Nadciągają po kilka ze wszystkich stron, a głośny ich klangor niesie się w przedwieczornej mgle na znaczne odległości.

Wytrwałym piechurom, a tym bardziej rowerzystom, którzy pokonają pięciokilometrowy szlak leśny, sugeruję pokonanie jeszcze półkilometrowego odcinaka przez pola i podobnego odcinka przez wieś Rościno, do nabrzeża elektrowni wodnej. Szum i widok spływającej przez zaporę wody niemal na każdego obserwatora działa korzystnie - jednych uspakaja i wycisza, innych pozytywnie pobudza. Późną jesienią, przy odrobinie szczęścia można tam zobaczyć "sprawdzające" zaporę łososie lub obserwować ich elektryczny odłów do sztucznego tarła. Tym, którzy dotrą do elektrowni, nieśmiało sugeruję krótki wypad na drogę w kierunku Zwinisławia - tylko podczas złotej jesieni. Wąski asfalt i dość częste samochody zniechęcają, ale za to jakże tam pięknie. Kilka fotek załączam.

Jeżeli drażnią Cię zgiełk i zapachy miasta, męczy bądź denerwuje spiętrzenie obowiązków a życie postawi przed Tobą problemy, które mają wyłącznie złe rozwiązania, przyhamuj chociaż na jeden dzień, spróbuj urwać się na wyprawę naszymi pontonami. Okazać się może, że nie jest dla Ciebie za późno, że nie stałeś się nieuleczalnym pracoholikiem i zdołasz zainteresować się przyrodą. Jeżeli podczas kilku lub kilkunastogodzinnego, bezgłośnego spływania Twoje myśli pochłonie przyroda na szlaku, podświadomość podda Ci najlepsze rozwiązania problemów pozostawionych na lądzie a Ty upewnisz się, że absorbująca praca daje satysfakcję tylko wtedy, gdy towarzyszy jej stosowny wypoczynek. Cel i czas trwania wyprawy lub spływu dostosujemy do Twoich zainteresowań, wieku, stanu zdrowia. Nie musisz ograniczać się tylko do Dorzecza Parsęty i najpiękniejszych szlaków wodnych Pojezierza Drawskiego. Chętnie zorganizujemy wyprawę "w nieznane", na akweny, które zawsze Ciebie kusiły, ale ciągle brakowało Ci albo czasu, albo stosownego sprzętu. Pontony gorąco polecam ...chyba, że wolisz podziwiać przyrodę z wysokości siodła lub z lotu ptaka. To piękne dyscypliny ale i bardzo wysokie wymagania, wykraczające poza nasze aktualne możliwości.

Uzupełnienie.

Załączam niewielki fragment mapy Google Karlina z roku 2020. Zmieniło się niemal wszystko. Pozostały nazwy tylko niektórych ulic, nieliczne fragmenty ich przebiegu, trasy torów kolejowych i wodnych :). 

Poza Hotelem.

Łącząc przyjemne z pożytecznym, sporą część czasu wykorzystaliśmy na "zimowe" spacery poza terenem hotelu. Zimowe spacery to przy bezśnieżnym grudniu określenie co najwyżej umowne. Śnieg uzupełniany sztucznie i namiastkę normalnej zimy odnaleźliśmy tylko w narciarskim Białym Jarze. Zdjęcia poniżej, nagrania wideo utracone.

skrętu, miał co najwyżej pół metra. Pół metra do przodu i tyleż do tyłu. z obrotem samochodu o maleńki kąt!

Czterdzieści minut później, ale już po północy, dotarliśmy do DOROTY. Młodzi pomogli nam objąć kwaterę i pojechali dalej. Poprosiłem ich tylko, aby uważnie obserwowali wskaźnik oleju - kilkanaście lat temu, nad rzeką w okolicy Kamienia Pomorskiego, widziałem skutki jazdy po sterczących betonach oraz minę wędkarza, który uszkodził na nich miskę olejową :-(.

 

Piątek przeznaczyliśmy na rozpoznanie wycieczkowych programów na sobotę i spacery po okolicy. I tu ciekawostka do wykorzystania. W Karpaczu jest wiele biur turystycznych - każde, na konkretny dzień tygodnia, za wyjątkiem niedzieli, ma inną propozycję ze stałego tygodniowego programu, wspólnego dla wszystkich. Po rozmowach telefonicznych sądziłem, że oferta jest wspólna także co do terminów, więc, gdy pierwsze z napotkanych biur zaoferowało tylko Pragę nocą, z wyjazdem o 9.30 i powrotem ok. 1.30, wyszedłem zawiedziony. W Pradze nigdy nie byłem, chciałem ją chociaż przelotnie poznać, ale nie w nocy, przy niepewnej pogodzie, w grupie z przewodnikiem, którego łatwo zgubić. Do następnego biura zajrzałem tylko dlatego, że było po drodze, a wypytać chciałem o szczegóły wycieczek do czeskiego Skalnego Miasta. Okazało się, że to biuro, w ofercie na sobotę wycieczki ma dwie: - jedną do Skalnego Miasta z pływaniem tratwą, drugą na zwiedzanie Pragi w dzień. Wybrałem Pragę. Komentarz oraz galeria foto z wycieczki  na podstronie Czechy, przycisk Praga.

Po "ustawieniu" soboty, pozostałą część piątku spędziliśmy na spacerze w dolnej części Karpacza i długiej wędrówce wzdłuż wschodniej ściany kotliny, od rozdziału drogi na Jelenią Górę i Kowary po Western City i hotel Relaks. Od zwiedzania Western City odstąpiliśmy bo akurat trafiliśmy na zimny, ostry wiatr. W wędrówce powrotnej kilka razy pytaliśmy tubylców o kierunek na wybrane cele i dreptaliśmy do nich raz w górę, raz w dół, powoli, bez pośpiechu. Znaleźliśmy nawet czas na podręczny posiłek na jednym spośród kilku potężnych świerków, przełamanych na wysokości około dwóch metrów jak zapałki. Wichura, która dokonała tego z drzewami, grubymi w miejscach przełomu na prawie sześćdziesiąt centymetrów, musiała być wyjątkowo gwałtowna. Dziwiło mnie tylko, że połamała je w głębi świerkowego lasu, a świerki zewnętrzne ataki wiatru przetrzymały.

 

Niedzielny poranek okazał się wyjątkowo piękny. Błękitne bezchmurne niebo, lekki szron na dachach, pięknie wyostrzone i podświetlone wschodzącym słońcem szczyty, bezwietrznie - czas idealny na spacer, a dla fotoamatora zachęta nie do odrzucenia. Więc - szybkie śniadanie na kwaterze, pieniądze na następny posiłek do torby ze sprzętem, aparat na szyję i ...wymarsz w plener. Tam wszędzie pięknie, więc fotki, fotki, fotki a dopiero później problem, które z nich usunąć, a które umieścić w galerii. Z kilku wyłączonych zmontowałem króciutki klip, nieco uszczypliwy wobec PiSu, ale odpowiadający moim odczuciom. Nigdy nie miałem nic przeciwko temu, aby przetrzepano złodziei, którzy zawłaszczyli znaczną część majątku narodowego, szczególnie tych, którym za mało było balcerowiczowskiego "pierwszego ukradzionego miliona". Na nich PiS okazał się za krótki, bo Polacy przy korycie durniami nie są.

Aby z państwowego garnka wyłowić najlepsze kąski zmienili prawo, w zgodzie z nim, ze wsparciem kredytów z banków państwowych (i to kredytów zabezpieczonych hipoteką na przechwytywanych, lukratywnych kąskach) wyłowili to, co im pasowało i ...zmiany prawa odwrócili. Majstersztyk prawny, po którym PiS może jedynie popatrzeć na wyprostowane środkowe palce spryciarzy. Skończyło się na postraszeniu paru płotek metodami budzącymi obrzydzenie.

Krótko po południu dołączyli do nas młodzi, Magda i Paweł. Zaliczyliśmy zjazd rynną, spacer skrótem do wyciągu krzesełkowego i wjazd na Kopę. Na wjazd na Śnieżkę zabrakło nam czasu, a szkoda. Wjedziemy za rok.

Po powrocie z Kopy, na dole poniżej stacji wyciągu, zaliczyliśmy po kilka gorących oscypków. Polecam. Turystom, których wiatr mocniej na krzesełku przedmucha, doradzam do tego lampkę grzanego wina, a po spacerze na dół do miasta, kolejną przyjemność - posiłek albo przynajmniej grzane piwo z sokiem w "Zagrodzie Góralskiej". Po zaliczeniu obu tych przyjemności, po zmierzchu dotarliśmy wreszcie do pensjonatu. Komu z nas w pensjonacie strzeliło do głowy, aby wieczór spędzić na grze w pokera - naprawdę nie wiem. Młodzi, jak to zwykle bywa z nowicjuszami, od początku mieli fart. Oskubali mnie dość szybko, ale kiedy już oswoili się z regułami gry, zaczęli kombinować. I przekombinowali. Skończyli z maleńką 17- złotową stratą.

 

Poranek poniedziałkowy okazał się jeszcze piękniejszy od niedzielnego. Ale to pewnie dlatego, że to akurat rocznica moich urodzin. Przy takiej pogodzie bardzo chętnie powędrowałem "do sklepu po świeże pieczywo". Oczywiście z aparatem. Kilka ładnych fotografii przybyło.

Po śniadaniu i rozliczeniach z właścicielką, zgodnie z wcześniejszymi z nią uzgodnieniami, czyli o godzinie dziesiątej, opuściliśmy pensjonat. Przed jazdą powrotną podjechaliśmy sprawdzić, jak zachowa się nasze auto na odcinku drogi, któremu przypisuje się anomalie grawitacyjne. Zjawisko intrygujące. Po powrocie do domu spróbowałem w Internecie znaleźć jakąś naukową opinię ale przy wielkiej mnogości niekonkretnych wypowiedzi na przeróżnych forach, odłożyłem poszukiwania na później. Prawdopodobnie powrócę do sprawy przy następnym pobycie w Karpaczu. Kiedy to nastąpi, oczywiście nie wiem, ale wiem, że warto tam pomieszkać o każdej porze roku! 

 

 
 

 

 

 

 
 

 

 

 

Na starcie do kolejnego objazdu Hajnówki i jej okolic, na krótko zatrzymaliśmy się przy skwerze im. Dymitra Wasilewskiego, od strony ulicy im. Aleksego Zina. Odnajdywanie wśród nazw lokalnych nazwisk osób znanych niegdyś osobiście lub przynajmniej z widzenia sprawia niemałą przyjemność. To cenny dowód pamięci zaprawiony smutną świadomością, że osób tych wśród nas już nie ma. Doktora Dymitra Wasilewskiego nie kojarzę, Aleksego Zina pamiętam tylko z widzenia – z jego córką Alą uczyłem się w tej samej klasie Szkoły Podstawowej.

Ulica Aleksego Zina jest krótka, miejsce honorowe. Po jednej jej stronie siedziby ważnych urzędów, po drugiej skwer przy zbiegu głównych ulic. Na skwerze zmiany:

 

      

 

w miejscu na którym uprzednio czas II WŚ upamiętniał czołg, ustawiono krzyż/symbol, dodano ławki i postument z potężnym żubrem, uporządkowano zieleń.

Uliczka A. Zina kończy się wjazdem na ulicę Piłsudskiego. Wiąże się z nią ogrom wspomnień. Powód jest oczywisty – tu, licząc od skrzyżowania z ulicą 3 Maja po stronie lewej, istniała niegdyś Szkoła Podstawowa TPD. Uczyłem się w niej w latach 1947-54.

 

    

 

Przyszkolne tereny zielone, otoczone wówczas grabowym żywopłotem, teraz zabudowane są szczelnie a dawne i nowe obiekty administrowane są przez Politechnikę Białostocką.

Z grona nauczycielskiego SP najlepiej zapamiętałem dyrektora Kozickiego i nauczyciela śpiewu. Dyrektora jako osobę w szkole najważniejszą, nauczyciela jako osobę której najbardziej i najobrzydliwiej przeszkadzaliśmy w prowadzeniu lekcji. Zdarzało się, że Panu od śpiewu dokuczaliśmy tak długo, aż mu w kąciku oka, przy nosie, pojawiała się bańka jak u rechoczącej żaby. Działo się tak w jego skrajnym zdenerwowaniu. Wtedy bywał niebezpieczny. Mogłem się o tym przekonać, gdy i mnie kiedyś chwycił za kark, podniósł i z ponad dwumetrowej odległości cisnął do kąta. Upadłem od razu na kolana. Zabolało. Teraz chętnie przeprosiłbym go za wszystkie własne i nawet cudze wygłupy. Niestety, to niemożliwe.

 

Z grupy klasowej najlepiej zapamiętałem Ziutka Emilianowicza z puszczańskiej osady Topiło. Mocno zbudowany, silny, z twarzą przemrożoną i pokancerowaną przez ospę, miał jakiś specyficzny sposób bycia sprawiający, że właśnie jego polubiłem najbardziej. Polubiłem mimo paru wzajemnych złośliwości. To jego – gdy z grubą książką czaił się na powracających z przerwy kolegów - „nabrałem” tak, że trzepnął w głowę wchodzącą do klasy nauczycielkę. On w rewanżu na koniec kolejnej przerwy wrzucił mnie głową w dół do stojącej na korytarzu beczki z makulaturą i odpadkami. Wyciągnęła mnie z niej nauczycielka…

Drugim z dobrze zapamiętanych jest Kazik Bobkiewicz z „Siwej Kolonii”, syn „tartacznego” księgowego i nauczycielki matematyki. Kolegowaliśmy pomimo ostrej bójki, po której wokół nosa przez tydzień nosiłem zasłużoną tęczę. Później, podczas jednego z wakacyjnych powrotów do Hajnówki przez jeden miesiąc razem pracowaliśmy w głębi Puszczy, jeszcze później – w latach siedemdziesiątych – w szerokim gronie dzieliliśmy stół na balu sylwestrowym w Domu Nauczyciela.

Z koleżanek pamiętam jedynie sylwetki trzech, trzymających się razem – dwie wysokie Alicji Zin i Zofii Sulima, przy nich filigranową Tereski Struńskiej.

Wydeptany przez dzieciarnię plac szkolny przylegał do placu 11-letniej szkoły z białoruskim językiem nauczania. Place oddzielał pas „ziemi niczyjej”, nad którym w każdą zimę, podczas przerw międzylekcyjnych, przelatywało mnóstwo śnieżek i …wyzwisk. Najczęstszymi były zawołania: z naszej strony „u Rusina dupa sina”, z ich „u Polaka czarna sraka”, a pochodziły zwykle od uczniów klas najmłodszych. Dzieciarnię polskojęzyczną zagrzewała do boju m.in. niemiła świadomość, że zawołanie sąsiadów, z literami „r” brzmi konkretniej i mocniej.

Teraz znaczną część wspomnianego terenu zajmują obiekty Parku Wodnego - rozbudowana szkoła białoruska funkcjonuje nadal. Dzieciarnia obrzucająca się wyzwiskami dorosła, postarzała, w znacznej części wymarła. We współżyciu obu grup nastał okres zadziwiająco pozytywny, gdy porozumieli się kapłani współistniejących religii. W bardzo rozległej, w większości parterowej wówczas Hajnówce, w kościele i cerkwi, o uzgodnionych godzinach wprowadzono celebrowanie jednej niedzielnej mszy w języku i przez kapłana sąsiadów. Był to świetny przykład twórczej, silnej integracji, znacząco ułatwiający życie obu stronom - wierni nie musieli w każdą niedzielę odbywać dalekich wędrówek do swoich świątyń.

Od czasu tzw. „dobrej zmiany” wszystko rzeczywiście zmianie uległo. Wielokierunkowe wojny na górze przeniosły się pod strzechy. Walczą wszyscy ze wszystkimi. O wszystko. Polacy skoncentrowali niemalże całą swoją inteligencję na wymyślaniu najskuteczniejszych metod i sposobów zwalczania ludzi myślących inaczej. Bohaterami stają się ci, którzy atakują najgłośniej i najostrzej. Na stare lata jest mi po prostu wstyd.

W sąsiedztwie szkoły białoruskiej, po drugiej stronie ulicy funkcjonuje Dom Nauczyciela z kawiarnią i hotelem. W jego recepcji przez wiele lat pracowała Bogusia, żona mojego brata Romana. Jako niegdysiejszy okazjonalny nauczyciel w Zespole Szkół Ekonomicznych w Lubsku a później także w Przyzakładowej Szkole Zawodowej w Białogardzie i Karlinie, nocowałem w nim wielokrotnie podczas krótkich pobytów służbowych, związanych z kontynuowaną od roku 1983 „produkcją na własny rachunek”. Trwale zapamiętałem fragmenty opowiadania o wizycie grupy nauczycieli z Mongolskiej Republiki Ludowej, której przewodził jakiś mongolski szowinista.

Ekipa, po zakwaterowaniu w hotelu rozwiesiła w pokojach suszone mięso. Niemiły zapach wypełnił cały hotel, ale – wiadomo – gość w dom, Bóg w dom.

Podczas szczodrze zakrapianego wieczoru zapoznawczego (teraz mawia się ładniej - integracyjnego), siedzącemu obok szefowi Mongołów Roman zaproponował tatara. Nadęty sąsiad z wyraźnym obrzydzeniem stwierdził, że Mongołowie są zbyt cywilizowani, aby jeść surowe mięso!!

Roman pigułę przełknął, ale po kilku następnych kieliszkach ponowił próbę konwersacji. Zapytał, jak przyjacielowi z Mongolii podobają się polskie kobiety. Sąsiad, z takim samym obrzydzeniem „szczerze” odrzekł, że Polki są brzydkie. Oczy mają wielkie jak krowy – daleko im do pięknych szparek mongolskich dziewcząt.

Takiej odpowiedzi spokojnie nie zniósłbym, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że źle znoszę alkohol…

Obecną przyuliczną zabudowę pomiędzy Domem Nauczyciela i ulicą Armii Krajowej znam tylko z widzenia. W najstarszych wspomnieniach teren ów widzę jako ogrodzone stalową siatką pustkowie, którego bliżej określić nie potrafię. Gdzieś w głębi istniała „Terpentyniarnia”. Zupełnie inaczej wyglądała także sama ulica, obsadzona jarzębinami po obu stronach chodników. Późną jesienią, po pierwszych przymrozkach nawiedzały je stada ptaków nazywanych na dziecięcy użytek jarzębnikami.

Ptaki – prawdopodobnie jakiś podgatunek kwiczołów, nieco od nich większe (?), szczuplejsze (wychudzone?), jaśniejsze, błyskawicznie objadały przemrożone owoce, mocno pod jarzębinami śmiecąc. Podczas biesiady wydawały ciągły, trudny do określenia terkotliwo-skwierczący, przyciszony dźwięk. Piszę o nich z pytajnikiem, bo z innymi, ciemniejszymi kwiczołami mam narastający od trzech lat problem w Karlinie. Z parku, na granicy którego mieszkam, całkowicie wyparły bardzo przeze mnie lubiane, czarne, pięknie i stale o jednakowej porze dnia koncentrujące kosy, które zawsze chętnie towarzyszyły mi w upalne dni przy zraszaniu posesji. Były wyraźnie zadowolone, gdy z odległości kilku metrów kierowałem na nie mocno rozproszony strumień. Kwiczoły tak przyjazne nie są. Rozmnożyły się bardzo szybko, gniazdują nawet w granicznych tujach i bluszczach oplatających nasz budynek. W roku 2017, w brunatno-szarych chmarach błyskawicznie ogołacały ogrody działkowe z wczesnych porzeczek i borówek, niszczyły truskawki. Robią to bezkarnie – w Polsce objęte są ścisłą ochroną gatunkową (!).

Teraz, najwyraźniej od dawna, wzdłuż obu chodników ulicy Piłsudskiego w Hajnówce królują lipy.

Więcej dawnych wspomnień wiąże się ze szkolną stroną ulicy. Uliczne ogrodzenie ciągnące się przed szkołą białoruską tworzy narożnik z ogrodzeniem ulicy Zielonej, łączącej ulice Piłsudskiego i Armii Krajowej. W głębi, od strony szkoły, od kiedy sięgam pamięcią mieszka rodzina Aleksego Zina. Aleksy Zin - wielce w Hajnówce zasłużony menedżer przemysłu drzewnego i społecznik, obszernie opisany w internetowej Wikipedii, zmarł 23 września 1991 roku. Jego córka Alicja, moja rówieśnica i koleżanka z ławy szkolnej, zmarła w roku 2010. W domu przy ulicy Zielonej od ponad ćwierćwiecza mieszka rodzina jej brata Antoniego.

Teren otoczony ulicami Zieloną, Piłsudskiego i Armii Krajowej to miejsce wspomnień szczególnych. To na nim istniał przez długie lata wielofunkcyjny Dom Kultury "Leśnik" z kinem, dechami pod dębem, bilardem i salami zainteresowań różnych. Wspomnienia związane z Kinem dotyczą przede wszystkim seansów z Heniem. Kiedykolwiek w trakcie oglądania filmu Henio zaczynał śmiać się głośno swoim becząco-ryczącym, celowo i niezwykle skutecznie modulowanym śmiechem, wszystkie głowy odwracały się ku nam. No to natychmiast odwracaliśmy głowy i my. Min osób siedzących za nami, pełnych zaskoczenia i zmieszania, nie zapomnę nigdy.

Na dechach tworzących dużą platformę wokół dorodnego dębu odbywały się wieczorne tańce, przede wszystkim podczas wakacji. Przez pewien czas do tańca przygrywali bracia Pietuchowscy z Czworaków. Początkowo była to tylko platforma, później wokół niej ustawiono ławki, pod dębem muszlę dla orkiestry, pojawił się drobny handel oraz …bilety. Nazwy dechy i patelnia często powracają we wspomnieniach osób dużo ode mnie młodszych :).

Na piętrze, nad kinem chętnie spędzaliśmy czas na sali bilardowej. Oczekując na swoją kolejkę do stołu, „trenowaliśmy” żonglerkę bilami. Nasze umiejętności kończyły się na zgrabnej żonglerce dwiema bilami jedną reką, albo trzema oburącz. Po takich próbach zawsze z szacunkiem patrzę na wyczyny żonglerów cyrkowych :). Teraz istnieje tylko budynek, w nim handel. Sądząc po tablicach i reklamowych banerach wcale nie taki drobny, m.in. meble. Dąb i dechy zniknęły.

 

Za ukośnym skrzyżowaniem ulic Piłsudskiego i Armii Krajowej, zatrzymaliśmy się na międzyblokowym parkingu, przed wylotem ulicy Reja i dawnym narożnikiem Czworaków.

 

         

 

W blokach mieszkają podobno m.in. rodziny, które zrezygnowały z Czworaków.

Zaskakuje wielkość lip rosnących po obu stronach ulicy – albo one urosły za szybko, albo ja za szybko postarzałem.

Obiekty Zespołu Szkół Ogólnokształcących wybudowano w narożniku ulic Piłsudskiego i Reja w miejscu, które pamiętam jako goły plac ciągnący się wzdłuż ulicy Reja do piętrowego budynku stojącego za wylotem z czworakowej ulicy Kraszewskiego. W „piętrusie” mieszkali blisko z moimi rodzicami zaprzyjaźnieni państwo Stragankowie i dwaj moi koledzy Janek Mitiajew i jego młodszy brat Piotr. Od Henia mieszkającego od dawna w Saarbrucken Niemcy, ale często odwiedzającego Czworaki wiem, że „Piećka” zginął w wypadku na huśtawce.

Teren piętrusa, podobnie jak Czworaki, ogrodzony był płotem drewnianym. Przy narożniku płotu przez wiele lat skręcałem na plac, aby po przekątnej kończyć skrót przy narożniku ogrodzenia Leśnika.

 

W narożnej posesji Czworaków, na terenie obecnego Przedszkola mieszkał Stefan Szpakowicz. Kontakt ze „Szpakiem” urwał się, gdy rozjechaliśmy się do szkół średnich. Henryk odnalazł go i odwiedził w Olsztynie bodajże dopiero w listopadzie 2018. Po rozmowach przekazał mi ciekawostkę - w olsztyńskiej służbie zdrowia legitymację Stowarzyszenia Dzieci Wojny traktowano podobnie jak legitymację kombatanta, prawnie zapewniającą bezkolejkowy dostęp do specjalistów. W późniejszych moich rozmowach z Prezesem Stowarzyszenia i Stefanem  okazało się, że była to tylko krótkotrwale honorowana, lokalna inicjatywa olsztyńskiego oddziału Stowarzyszenia. Szkoda - z bezpośrednich kontaktów jednoznacznie wynika, że nasz rocznik szybkiego dostępu do specjalistów potrzebuje nieustannie. Niestety - mamy u władzy takich następców, jakich sobie wychowaliśmy. Po latach wyrzeczeń, niekiedy wręcz drastycznych, związanych z ich przyzwoitym wychowaniem stanowimy uciążliwy balast. "Rozwarstwienie" pogłębia się - procentowy wzrost emerytur pozostaje daleko w tyle za wzrostem płac (!:().

 

Nieco dalej, od strony ulicy Piłsudskiego, mieszkali bracia Banasikowie - Mirek i młodszy, Bogdan. Z Mirkiem kombinowaliśmy papierosy dopóki mój Tata nie wykrył kryjówki, w której chowaliśmy je przed dorosłymi. Po wykryciu było gorąco, ale nałóg pozostał przez następnych 45 lat, a zaczął się bardzo wcześnie, w powtarzalnym od dawna trybie. W latach powojennych maluchami opiekowało się starsze rodzeństwo, dumne z umiejętności zaciągania się dymem papierosowym. Aby młodsi nie wypaplali tego rodzicom, starsi dawali im „sztachnąć się”. Wtedy oboje byli winni a przy okazji bywało wesoło, bo maluch po pierwszym "zaciągnięciu się" zwykle smarkał, kaszlał a łzy ciekły mu same.

Ale - maluchy mają swój honor. Po pierwszym wstydliwym zdarzeniu szybko opanowywali technikę „palenia” i brnęli w nałóg coraz głębiej, dumni ze swojej dorosłej umiejętności.

Mirek wyprowadził się do Słupska - tam widziałem się z nim po raz ostatni w roku 1959, podczas pobytu "na delegacji" z macierzystego zakładu w Hajnówce. Ze Słupskich Zakładów Przemysłu Maszynowego Leśnictwa przejmowałem dokumentację techniczną produkcji przyczep wywrotek. Bogdan mieszka w Zgorzelcu. Własne wypowiedzi zwykle rymuje :).

 

Od strony ulicy Reja, za widocznym na fotografii narożnikiem oraz za skrzyżowaniem ulicy Reja i Kraszewskiego mieszkali państwo Fijałkowscy, Stefan Marczyk, bracia Sergiusz i Lońka Martysiewicz, Bogdan Lewczuk, rodzina muzyków Pietuchowskich (Piekutowskich ?). Plącze się w mojej pamięci nazwisko Schabowskich, ale umiejscowić ich bliżej nie potrafię.

 

Po wykonaniu serii zdjęć skrzyżowania, wjechaliśmy na teren Czworaków ulicami Piłsudskiego i Staszica. Cel - rozmowy i kolejny zapis obrazów przebudowy, przy korzystniejszym niż uprzednio świetle i pogodzie. Na początku Staszica minęliśmy miejsce, w którym około 70 lat wcześniej solidnie stłukł mnie Kazik Bobkiewicz. Lubiliśmy się, ale podczas powrotu ze szkoły bezmyślnie zacząłem go drażnić. Najbardziej nie znosił przezwiska Bobek, więc powtarzałem je tak długo, aż dogonił mnie, przewrócił i skuł mój nos na tęczowo.

Przyjaźń przetrwała, obraz jego „późniejszej” twarzy odtwarzam w pamięci bez trudu, ale nie potrafię precyzyjnie określić wieku, którego ów obraz dotyczy. Sądzę, że początkowych lat siedemdziesiątych.

 

Nieco dalej, przed wjazdem w ulicę Prusa, minęliśmy miejsce bliskiego kontaktu z piorunem. Burza dopadła mnie, gdy akurat tamtędy wracałem ze szkoły. Oślepiający błysk i nieprzyjemny trzask dostrzegłem i usłyszałem jednocześnie. Nie jestem w stanie określić, jak długo leżałem na ziemi. Gdy ciężko przestraszony wstałem, nie widziałem nic poza żółtą poświatą z pływającymi w niej czarnymi nitkami. Przez długą chwilę nie wiedziałem co począć, jak zachować się dalej, ale… - żółta poświata powoli zaczęła jaśnieć, pojawiły się niewyraźne, ale znajome fragmenty ulicy. Do domu dotarłem z przekonaniem, że wszystko widzę normalnie. Później mój lęk wobec wyładowań atmosferycznych umocniło opowiadanie sąsiadów Kulgawczyków. W upalny burzowy dzień przez ich mieszkanie przeleciał piorun kulisty. Wpadł przez otwarte drzwi ganku, zawirował w kuchni, wyleciał przez otwarty lufcik nie czyniąc szkód. A mocno narozrabiać podobno potrafi…

W przekonaniu, że wszystko widzę normalnie trwałem do czasu badań przeprowadzonych w roku 1962 przez komisję rekrutacyjną do Wojskowej Akademii Technicznej. Komisja stwierdziła u mnie znaczną, „dyskwalifikującą” krótkowzroczność. Uważałem, że wszystko jest OK m.in. dlatego, że z wiatrówki, z różnych pozycji i odległości kilku-kilkunastu metrów trafiałem monety osadzone w korze dużych sosen. Było to strzelanie z biodra, bez celowania. /Zabawy z wiatrówkami trwały krótko. Zrezygnowaliśmy, gdy któryś z nas, podczas odstrzeliwania papierosa wstrzelił koledze "grzybka" w opuszkę kciuka. Konieczną była pomoc chirurga/.

Rozeźlony odmową skierowania na WAT próbowałem wykorzystać orzeczenie Komisji do urwania się ze służby w jednostce specjalnej – bezskutecznie. Pomogło dopiero wiele lat później – po staraniach w WKU Kołobrzeg uzyskałem kategorię D i „święty spokój” z wezwaniami na zgrupowania rezerwistów. Od czasu, gdy moja krótkowzroczność stała się "faktem bezspornym", noszę okulary, widzę dzięki nim lepiej i sadzę, że prawdziwym powodem dyskwalifikacji i odmową przyjęcia na WAT był brak pożądanej, pezetpeerowskiej rekomendacji. 

 

Po uzupełnieniu zdjęć i rozmowach ze znacznie młodszymi ode mnie mieszkańcami (starsi nie żyją albo mieszkają poza Hajnówką) – Adamczykami: Władkiem i Krysią z domu Jaszczuk; Gienkiem Młynarczykiem i jego synem oraz panią X z domu Łukasik w pięknie rozbudowanej dawnej siedzibie Paszkiewiczów - pojechaliśmy w stronę osady Topiło. Minęliśmy gęsto obecnie zabudowany dawny plac targowy i najbliższy niegdyś sklep na Majdanie, w którym przez wiele lat, na polecenie mamy robiłem drobne zakupy. Najchętniej biegałem po świeży, pachnący chlebek. Wracałem zawsze po przekątnej placu – odległość niewielka, ale zawsze zdążyłem sporą część pachnącego bochenka uskubać.

W czasach racjonowania artykułów spożywczych bywało, że w kolejce stawali w sklepie wszyscy wolni członkowie rodziny. Kombinowanie z kilkakrotnym powracaniem do kolejki o różnych porach dnia bywało bezskutecznie – racjonowany towar znikał błyskawicznie.

Zdarzało się, że na Majdanie, w pobliżu sklepu, u właściciela pięknej jabłoni kupowaliśmy jabłka. Później Tata przywoził z lasu „dziczki”, sadził w ogrodzie i – jak zwykle - …eksperymentował. Szczepił, okulizował i bywało, że na jednym jabłoniowym pniu stopniowo dojrzewały 3-4 różne gatunki, od papierówek do "zimówek" :).

 

Rozpoznając ulicę Piłsudskiego do końca, na krótko przystanęliśmy przy przejeździe przez tor warszawski.

 

               

Do kiedy sięgam pamięcią, Hajnówka nigdy nie miała solidnej górki. Tor warszawski był i jedyny i najbliższy. Tyle tylko, że miał i ma niezbyt przyjaźnie uformowaną podstawę. Zjazdy odbywały się na wysokości starych drzew widocznych na fotografii środkowej. Stromy zjazd miał nad podstawą sosnowego lasu poziomą, ponad metrową półkę. W sprzyjających warunkach, przy zbitym zmrożonym śniegu wypełniającym łuk między stromym zjazdem i półką, sanki z saneczkarzem wylatywały w górę i twardo lądowały wśród sosen, niekiedy na pniu którejś z nich. Równie często gwałtownie wrzynały się w półkę, pozostawały na niej, a dalszy zjazd odbywał się na czterech literach.

Dalej, za wiaduktem pod którym przebiega tor białowieski, miałem kłopotliwy wypadek. Podczas samotnej wędrówki na wojskowych, nieco przydługich nartach pożyczonych od sąsiada, Zbyszka Adamczyka, z ogromną przyjemnością „ukosowałem” mocno zaśnieżony nasyp. Pod bardzo łagodnym kątem wspinałem się pod górę i pod takim samym kątem w spokoju i kompletnej ciszy zjeżdżałem. Do czasu, gdy przy kolejnym zjeździe trafiłem na przysypany śniegiem, mocno wygięty konar (?). Prawa narta zsunęła się po nim na lewą, skrzyżowały się, upadłem na tyle pechowo, że wyplątywanie się z nart trwało sporą chwilę. Dalszą jazdę uniemożliwił ostry ból w kostce - z nartami na ramieniu, z trudem dokuśtykałem do domu. W nastawieniu zwichnięcia pomógł lekarz, ale noga przez kilka dni nie chciała zmieścić się w bucie.

 

Za przejazdem przez tor warszawski, spory obszar pomiędzy warszawskim i torem białowieskim zajmuje dzielnica Międzytory. Bywałem tu u szkolnych kolegów. 

Na załączonej fotografii nie znajduję nic znajomego. Pamiętam też bardzo mało - późnojesienny dzień z resztkami pierwszego, zanikającego śniegu, ciemnoszare, podobne do siebie domy. Przy jednym z nich bezlistna jabłoń z nielicznymi, resztkowymi jabłkami, pod nią klatka z tchórzami (?). Pamiętam wspaniały smak zziębniętych jabłek i ostrzeżenie, abym nie zbliżał dłoni do klatki, bo agresywne zwierzaki odgryzą mi palce. Czyj to był dom – Wieśka czy Zbyszka, uściślić już nie potrafię.

W roku 2016, swojsko - jak dawniej, wygląda tylko tor. Międzytory zmieniły się podobnie jak Czworaki. Trudno odnaleźć dwa jednakowe budynki. Z daleka – pstrokacizna.

 

W latach 1947-54, w okresie nauki w Szkole Podstawowej tj. w czasach gdy z racji wieku nie mogłem liczyć na wakacyjną oficjalną pracę zarobkową, dwukrotnie część wakacji spędziłem poza Hajnówką. Bodajże w wakacje roku 1949 przebywałem na "koloniach" w Białowieży. Oczywiście pod pozorowaną opieką starszej siostry, również kolonistki. Hajnówkę opuściłem na dłużej w roku 1954. W latach 1954-58 uczęszczałem do Technikum Mechanicznego MPC w Kraśniku Lubelskim, przeniesionego w latach nauki do Kraśnika Fabrycznego. W każde wakacje wracałem, aby poprzez okazyjną, wakacyjną pracę wesprzeć budżet rodzinny i własny. Powróciłem po uzyskaniu z datą 11 czerwca 1958 r. świadectwa dojrzałości i tytułu "technik technolog". Z dniem 9 lipca 1958 podjąłem pracę w Hajnowskich Zakładach Przemysłu Maszynowego Leśnictwa - HAJMECHLESIE. Odnowiły się stare przyjaźnie, w tym przede wszystkim trochę niezwykłe powiązania z Heniem. Początku nie pamiętam, do chwili obecnej nie wiem, co nas tak silnie związało. W każdym razie, bodajże w trzy lata po moim wyjeździe, w Kraśniku i moim Technikum Henio pojawił się jako pełnoprawny uczeń. Trafił fatalnie, na mój zadawniony konflikt z polonistką. Po pierwszym, nieco grubym uczniowskim kawale, jako kolejny ananas z Hajnówki, z nadmiernym hukiem ze szkoły wyleciał. (Więcej pod przyciskiem "Kraśnik"). Gdy podejmowałem pracę w Hajmechlesie, on już w nim pracował jako dobry, ceniony tokarz.

Mnie skierowano do biura produkcji jako wsparcie dla kierownika i mistrzów - naprawdę jako chłopaka do wszystkiego. Wykorzystywano mnie na różne sposoby, w tym kilkakrotnie - jako najmłodszy - musiałem w przerwie śniadaniowej podjeżdżać rowerem do sklepu, po ćwiarteczkę, na dobre trawienie. Kiedy częstowano i mnie, po każdym poczęstunku - jako osoba źle znosząca alkohol - trafiałam do wypożyczalni narzędzi, na najwyższą, niewidoczną z zewnątrz półkę regału, wyłożoną płytami filcu. Wydawcą narzędzi był wówczas mój sąsiad, niegdysiejszy gajowy, ten sam, który nawalony jak stodoła, wsadzony na rower i popchnięty, potrafił jak po sznurku przyjechać pod dom z odległego nawet o kilkanaście kilometrów miejsca w lesie. Zwykle przy bramie spadał z roweru, resztę załatwiała rodzina.

Takie przypadki mogły mieć koniec żałosny. Poprosiłem o przeniesienie do lepiej płatnej pracy fizycznej. Trafiłem do "brygady" Utkina, przygotowującej detale dla montażystów. Brygada 2-osobowa (!). Mieliśmy pełne ręce roboty, a zdarzało się, że sam pozostawałem w zakładzie na całą noc, aby na rano przygotować detale do montażu. W głębi zakładu przebywał palacz w kotłowni i portier - obaj w znacznej odległości, bez możliwości udzielenia nagłej pomocy. Jak dalece ryzykowne były takie decyzje zrozumiałem bardzo dobitnie, gdy podjąłem pracę na własny rachunek. Wchodząc do własnej firmy w godzinach popołudniowych, zobaczyłem przez okno nieruchomego pracownika siedzącego przed wiertarką stołową, z twarzą w wiertarskich stalowych wiórach. Kilka centymetrów od jego głowy w najlepsze wirowało uzbrojone wrzeciono. Serce skoczyło mi do gardła, ale na szczęście okazało się, że to Marek, nawalony jak stodoła, nie był w stanie dłużej obsługiwać maszyny. Pożegnaliśmy się natychmiast. Na zawsze.

Zgodnie z zasadą, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, po krótkim ale przyjemnym okresie pracy z Utkinem, Roman, starszy brat, wykorzystując starą koleżeńską znajomość załatwił mi przyjęcie do brygady najwyżej wynagradzanej. Moje zarobki prawie podwoiły się, ale ostro dostałem w tyłek - przede wszystkim fizycznie, a na początku także psychicznie. Brygada realizowała prace najcięższe - montaż przyczep i wąskotorowych rozjazdów kolejowych. Jako najmłodszy (i - niestety - najsłabszy) musiałem ogromnym młotem walić w przebijak ustawiony przez starszego kolegę w okrągłym otworze tak celnie, aby przebijak nie pękł a okrągły otwór w grubej blasze rozjazdu stał się kwadratowy. Kilka przebijaków musiałem odkupić, później przywykłem nawet do przenoszenia spod obrabiarek kilkudziesięcio-kilogramowych osi do miejsca ich montażu.

Zmontowane przyczepy odstawialiśmy na odległy plac i dość często zdarzało się, że niemal w każdy pogodny "majsterski" poniedziałek brygada znikała - co najmniej po dwie osoby na przyczepie. Po dwie, dla wzajemnej asekuracji, na wypadek zbyt głośnego chrapania. W zakładzie przymykano na to oko, przede wszystkim dlatego, że każde zadanie brygada wykonywała bardzo solidnie i w wymaganym terminie. Jeżeli kiedykolwiek zaistniała taka konieczność, pracowaliśmy dłużej, bez szukania dopłat za godziny nadliczbowe.

 

Czas wolny po pracy spędzałem przede wszystkim z Heniem. W nieco dziwny (dla mnie) sposób rozumieliśmy się bez słów. Gdziekolwiek wędrowaliśmy razem, zawsze, bez wcześniejszych uzgodnień, skręcaliśmy - i w ogóle - poruszaliśmy się, jak świetnie wyszkoleni żołnierze. Wybór form rozrywki mieliśmy niewielki, powtarzalny. Kino, bilard i karty w Leśniku, raz w tygodniu spotkania w Hajnowiance. Zwykle całej grupy, przy co najmniej dwóch zsuniętych stolikach. Tam tradycyjna czysta zwykła z sokiem ananasowym i śledzik. Zdarzało się, że bywało tego dużo dzięki sponsorom, którzy z taką paczką woleli pozostawać w przyjaźni. Milicja w tych dniach nie była w Hajnowiance potrzebna. Spokój i normalność w restauracji zapewniała grupa z Czworaków, grzecznie ale bardzo skutecznie wyciszając wszelkie formy fanfaronady, także pijackiej.

Nigdy nie zdarzyło się, abyśmy jednocześnie "przeholowali z alkoholem". Jeśli przegięcie zdarzało się, to tylko na przemian - albo on pomagał dotrzeć do domu mnie, albo ja jemu. Mnie bywało trudniej. Henio od zawsze był i jest wyższy ode mnie prawie o głowę...

Taki "program" zajęć i kariery zawodowej nie spodobał się ani rodzicom, ani starszemu rodzeństwu. Wspólnie namówili mnie, abym podjął pracę w wyuczonym zawodzie, w Fabryce Maszyn i Odlewni w Gniewie n/Wisłą. Romek, ściągnięty tam przez kolegów którzy do Gniewu wyemigrowali z Kraśnika wcześniej, pracował tam od kilku lat jako główny technolog. Potrzebowali technologa, gwarantowali umeblowany pokój służbowy na pięterku narożnej kamienicy z nobliwym sąsiedztwem - rodzina gł. technologa; rodzina gł. mechanika; rodzina dyrektora naczelnego. Stało się. Po rozwiązaniu umowy z Hajmechlesem z dniem 9 kwietnia 1960 r., za porozumieniem stron, w trzy dni później podjąłem pracę w FMiO. Zaczął się okres gorących zmian. Opis pod adresem "Gniew n/Wisłą".

Kilkunastokilometrowe odcinki kilku linii wąskotorowych wybiegających w głąb Puszczy Białowieskiej z terenu niegdysiejszej parowozowni, trwale pozostają w mojej pamięci. Zwykle wiążą się z nimi wydarzenia drobne, mało znaczące dla osób postronnych - dla mnie emocjonujące, często w dziecięcym rozumieniu nawet niezwykłe.

Teraz, w roku 2016, nie ma parowozowni, mini parowozów, wózków i drezyn – jest ładnie zagospodarowany teren z siedzibą Nadleśnictwa Hajnówka, stacja z kasą biletową, „motorowy” tabor wąskotorowy przystosowany do obsługi turystów, rozległa wizualna prezentacja historii Puszczy, jej zasobów i form eksploatacji. Jest ponadto duży, często zatłoczony parking.

Jazda kolejką po siedemdziesięciu latach wspaniale pobudza wspomnienia i wyobraźnię. Niezależnie od liczby uczestników przejazdu i gwaru ich rozmów, łatwo można wyizolować się, zatopić we własnych myślach, klekocie kół na złączach torowiska i obrazach przemykających wzdłuż toru. Ilość zapamiętanych wydarzeń lawinowo wzrasta od miejsca, w którym do torowiska dołącza droga od strony Sacharewa - w dojazdach rowerami korzystaliśmy z niej najczęściej, a co najmniej raz zdarzyła się nam wędrówka piesza. Drugiej nie ryzykowaliśmy – pokonanie odcinka przebiegającego w poprzek rozległego grzęzawiska doliny Leśnej, do przyjemnych nie należało, szczególnie w środku lata. Komary, bąki, gzy, ślepaki i wszelkie inne szybko latające krwiożercze tałatajstwo ostro atakowało wszelkie odsłonięte części ciała nawet szybko przemieszczających się osób. Podobno także turystów korzystających z kolejki (tak twierdziła w roku 2015 prawnuczka naszej hajnowskiej sąsiadki, mieszkająca w Białogardzie, zatrudniona w Karlinie,– poznaliśmy się przypadkiem).

Napisałem „podobno” z powodów konkretnych – w roku 2016 Topiło odwiedziliśmy 3-krotnie, raz kolejką, dwa razy samochodem – nas, poza jednym mizernym kleszczem, nie zaatakował żaden stworek (?). 

Jazda rowerem wzdłuż toru kolejki nie należała do łatwych także z innych powodów. W wąskiej ścieżce, w przypadkowych odległościach zdarzały się niespodzianki - zagłębienia wypełnione grząskim piaskiem podczas suszy, maskowane wodą po każdej ulewie. Lądowania w pobliskim rowie zdarzały się nawet najlepszym, ale …była to trasa o sześć (?) kilometrów krótsza od samochodowej.

Na jednej z takich pułapek, w rowie wylądował niegdyś mój ojciec. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem „całą serię” jego przekleństw. Ta seria to bodajże cztery razy powtórzone jedyne przekleństwo, jakie przez całe swoje życie u ojca usłyszałem – psia mać!

Zdarzenie o którym piszę – jak większość innych, przytrafiających się ojcu – miało niecodzienny ciąg dalszy. W bliskim, smolisto-czarnym, około dwumetrowej szerokości rowie, prostopadle dobiegającym do torowiska ojciec zauważył ruch w płytkiej wodzie. Coś (?) na jej powierzchni bardzo szybko, w różnych miejscach, kreśliło różnej długości łamańce. Ojciec orzekł, że takie zanikające ślady tworzą miotające się w wysychającej wodzie szczupaki. Jak się tam dostały??

Wróciliśmy w to miejsce w dniu następnym, wyposażeni w specjalny podbierak, rozpięty na dwóch sosnowych tyczkach połączonych poprzeczką. To rzeczywiście były szczupaczki, małe -30-centymetrowe, smukłe z niedożywienia jak morskie belony.

Po kolejnym upalnym tygodniu, z rowu zniknęła woda i …szczupacza młodzież (?).

 

Specjalnej uwagi wymagał przejazd przez dolinę rzeki Leśna. Piaszczysta ścieżka, podwyższony nasyp kolejkowy i grzęzawiska nadwodne zmuszały do szczególnej ostrożności. Reszty dopełniały owady z rozległego, otwartego terenu. Spróbowałem kiedyś sprawdzić, co pływa w otwartej wodzie pod mostem. Podawałem na haczyku kolejno różne przynęty – spławik nawet nie drgnął. Po latach wcale się nie dziwię – widok chłopca na moście, rozpaczliwie oganiającego się od chmury agresywnych owadów, wypłoszyć mógł najgłodniejszą rybę…

 

Podczas jazdy w roku 2016 bardzo byłem ciekaw, co zobaczę za Doliną Leśnej. Nie dostrzegłem nic szczególnego, żadnych śladów po nawałnicy, która ponad sześćdziesiąt lat wcześniej, w co najmniej 30-metrowej szerokości pasie, długim jak sięga oko, wyłożyła wszystkie drzewa. Pas przecinał torowisko kolejki pod kątem około 70 stopni. Potężne świerki wyrwane z bryłami korzeniowymi sięgającymi trzech metrów, ułożone koronami w jednym kierunku, równolegle do ścian pasa, wyglądały niezwykle – precyzyjny porządek w monstrualnym chaosie!

Zwalone drzewa dokładnie zatarasowały torowisko i przytorową ścieżkę rowerową – pokonaliśmy ją z trudem, mozolnie wyszukując możliwości przeciągnięcia rowerów pod lub przerzucenia nad leżącymi drzewami. Trudziliśmy się w milczeniu, ciężko wystraszeni tym, co godzinę wcześniej wydarzyło się nad Leśną, przy Olemburskiej Drodze.

 

Zwykła chłopięca ciekawość poniosła mnie tam dwa tygodnie przed nawałnicą. Chciałem sprawdzić, co dzieje się z odpływem wody z basenów drzewnych, zbudowanych na rzece Perebel. Nadal nie wiem – na mapach nitka znika, teren strumyka okazał się niedostępny, więc dojechałem do mostu nad Leśną.

Przy moście zastałem grupę mężczyzn z jakąś nietypową furgonetką, szerszą od Nysy i Żuka. Akurat znosili niewód na koniec wolnego od roślinności, kilkudziesięciometrowego odcinka rzeki przed mostem. Stamtąd przerzucili na drugi brzeg krótki, ciężki kołek z podwiązaną liną od skrzydła niewodu. Idąc po obu brzegach przeciągnęli sieć do mostu, górą złączyli skrzydła i wyciągnęli matnię na brzeg.

Tylu różnej wielkości szczupaków jednocześnie, nie widziałem nigdy wcześniej i nigdy później (nawet w filmach o śródlądowych rybakach). Do dnia dzisiejszego nie potrafię sobie wytłumaczyć, skąd i dlaczego zebrało się ich aż tyle tam, na czystej wodzie. Zawsze byłem i jestem do dzisiaj przekonany, że szczupaki preferują przeróżne kryjówki.

Odławiacze załadowali ryby do skrzynek, zwinęli sprzęt i odjechali nie zwracając na mnie uwagi. Kolega w Hajnówce, któremu opowiedziałem zdarzenie, zapalił się natychmiast. Zapewnił, że nałowi karasi, nalegał, był pewien, że podane na haku skuszą szczupaka w każdym oczku wodnym. Karasi nałowił rzeczywiście (podobno w bajorach przy ulicy Dworcowej) – pojechaliśmy.

Z Olemburskiej Drogi zjechaliśmy na stronę prawą, przy granicy lasu i łąki. Gdy prowadziliśmy rowery na ukos ku rzece, wszystko wydawało się normalne – słońce po lewej, upał, rzadkie, półprzezroczyste chmurki nad granicą lasu, nawet dalekie grzmoty za jego ścianą. O wyładowaniach przy lekko zamglonym niebie często słyszeliśmy od osób starszych, że grzmi na piękną pogodę, sprawdzało się to, więc spokojnie brnęliśmy dalej. Dziwiła nas tylko absolutna cisza przerywana dalekimi grzmotami i chrzęstem naszych kroków. Nie zatrzepotał ani zakwilił ptak, nie drgnął żaden listek. Przy rzece, podczas uzbrajania długich, leszczynowych, jednorazowych „wędzisk” wyładowania nabrały mocy, zaczęły zbliżać się szybko. Pojawiły się błyskawice, słońce przybladło, nagle gwałtownie uderzył wiatr. Porzucając wędkarskie akcesoria, rowery i wszystkie metalowe drobiazgi pobiegliśmy w stronę kępy młodych świerczków rosnących na skraju starego lasu. Zanim deszcz nas przemoczył, zwinęliśmy nasze ubrania aby – na golasa - chronić je pod własnym ciałem. Pod mizernymi gałązkami młodej świerczyny, dygocąc bardziej ze strachu niż zimna, w niewygodnej pozycji „w kucki” przetrwaliśmy wichurę, ulewę i kanonadę częstych, bliskich piorunów. Najbliższy, jednocześnie z błyskiem uderzył w dorodny strzelisty świerk odległy od nas co najwyżej o czterdzieści metrów. W chwilę później widzieliśmy, jak od góry, na całejdługości jego pnia oddziela się głęboka, klinowa drzazga…

Gwałtowne załamanie pogody skutecznie wygasiło nasz wędkarski zapał. Karasie trafiły do rzeki, my na przeszkodę z powalonych drzew. W Hajnówce deszcz nawet nie pokropił...

 

Przejazd kolejką stanowi sporą frajdę przede wszystkim dla turystów-nowicjuszy. U bywalców sprzed co najmniej kilku dziesięcioleci wywołuje uczucia mieszane. Widok pustych, zarośniętych chwastami składnic, na których niegdyś tętniło życie, i cieszy, i przygnębia. Przygnębia także niemal zupełny brak dawnych puszczańskich olbrzymów, martwią wieloletnie spory na temat racjonalnych zasad współistnienia Puszczy i ludzi.

 

Wszyscy „Puszczę kochają”, chcą ją chronić. Jedni - poprzez radykalne usuwanie chorych i martwych drzew, wprowadzanie w ich miejsce nowych zalesień dostosowanych do aktualnych warunków glebowych oraz bieżącą aktywną ich ochronę. Drudzy – poprzez zakaz wszelkiej ingerencji człowieka, aby Puszcza mogła odradzać się sama. Spory trwają, trwa wycinka i protesty, a kornik w trybie ekspresowym, na miarę klęski ekologicznej, zamienia w świerkowe cmentarzyska rozległe partie Puszczy, wcześniej znacząco osłabionej rabunkowym, przemysłowym pozyskiem drewna. Serce boli, dręczy bezsilność i …wstyd.

Wzdłuż kolejkowej linii Hajnówka-Topiło tragiczne skutki plagi kornika nie są widoczne. Z wagoników kolejki ogląda się przede wszystkim „leśną młodzież”, która do miana PUSZCZA – w moim jego rozumieniu – po prostu jeszcze nie dorosła. Główny dowód, że przejazd odbywa się jednak przez Puszczę, stanowi dziewiczy, leśny chaos, bez śladów działalności człowieka, innych niż drogi i ich turystyczne oznakowania.

W osadzie Topiło turyści mają 1-godzinną przerwę, trasę wokół zbiorników, w których niegdyś magazynowano ogolone z gałęzi kloce, bar i sklep z regionalnymi gadżetami oraz długie kolejki do wszystkiego, także do …miejscowego kibelka.

Przejażdżkę gorąco polecam. Sam chętnie powtórzyłbym ją zimą i wczesną wiosną, gdy oko kamery sięga daleko w głąb lasu…

Jesienny wypad w góry, to sprawka głównie naszej "młodzieży", Magdy i Pawła. Akurat byli umówieni z przyjaciółmi na kilkudniowy pobyt w Szklarskiej Porębie, miejsca w samochodzie mieli wolne, zaproponowali je nam. Za jazdą w charakterze pasażera raczej nie przepadam, bardziej mnie to męczy niż jazda za kierownicą, ale wyłgać się nie miałem jak. W ubiegłym roku nie dałem się namówić na wspólną jazdę do Paryża, pokryłem swoją część kosztów i pozostałem w domu - Irena wymawia mi to przy byle okazji i chyba ma rację, bo moje obawy przed daleką podróżą w upalne lato nie miały sensu skoro samochód ma dobrze działającą klimatyzację a zakwaterowanie w centrum Paryża, w pozostawionym do naszej dyspozycji prywatnym mieszkaniu było bardzo wygodne. Wróciła bardzo zadowolona, ale nadąsana, że na bieżąco nie mogła dzielić się ze mną wrażeniami. Ja też tego bardzo nie lubię, więc często miewam pod ręką aparat albo kamerę (albo jedno i drugie!) po to, by  wszystko, co mnie interesuje i cieszy, możliwie najwierniej utrwalić. A co potem? 

Niegdyś (natrętnie?) próbowałem prezentować swoje fotki i nagrania każdemu, kto do mnie trafiał. No i zdarzało się, że gość, po kilku minutach grzecznego zainteresowania zaczynał się niecierpliwić. Pokaz natychmiast zamykałem, a kiedy rozmowa schodziła na politykę albo zwykłe ploteczki, odruchowo i nie zawsze grzecznie zgłaszałem poglądy przeciwstawne prezentowanym przez gościa. Wynik do przewidzenia. Takie kontakty urywały się szybko i tak naprawdę - mimo dość często okazywanego szacunku za inne dokonania - chyba nikt mnie nie lubi. Wielokrotnie obrywam za to od Ireny, ale ani moje zainteresowania ani charakter, zmianie nie uległy.

Dlaczego teraz upycham wszystko na stronie internetowej, przede wszystkim dla własnej przyjemności i podtrzymania własnej pamięci. Internetowy licznik informuje, że mam już ponad 1300 subskrybentów. W większości z Indonezji. Wygląda na to, że Polska jest dla nich krajem interesującym i uważam, że rację mają.

 

Aby zachować stosowną odległość od młodzieży, wybraliśmy Karpacz. 

 

Pobyt i zakwaterowanie od późnego wieczora w środę do przedpołudnia w niedzielę, uzgodniłem z właścicielką pensjonatu DOROTA. Rzeczywisty termin uległ przesunięci o jeden dzień, bo do Karlina na środę zjechał jakiś niemiecki kandydat na inwestora, a to już służbowa działka Magdy. Łatwiej było (od strony służbowej)  przesunąć nasze terminy niż datę jego przyjazdu.

Wyjechaliśmy w czwartek, krótko po siedemnastej z założeniem, że pokonanie prawie 500-kilometrowej trasy przez Szczecin, Gorzów, Zieloną Górę i Legnicę zajmie nam około siedmiu godzin. Mimo przekonania, że dojedziemy wcześniej, właścicielkę pensjonatu uprzedziłem żartem, że przed północą będziemy już u niej. Dojechaliśmy po!

 

Początek podróży takiego obciachu wcale nie zapowiadał. Od startu jechać musieliśmy wolno w bardzo nasilonym w obu kierunkach ruchu TIRów. Kilka odcinków robót drogowych jeszcze bardziej obniżyło przeciętną, ale skutecznie załatwiła nas dopiero nawigacja satelitarna. Jechało się z nią nawet przyjemnie. Spokojne zapowiedzi wszelkich skrętów i wyraźnie widoczny na wyświetlaczu, żywy obraz komentowanej trasy oraz jego zgodność z tym, co w światłach drogowych widać było przed samochodem, tak dalece uśpiły czujność Pawła, że po błędnym nakazie, jaki zaserwował nam satelitarny nawigator w okolicy Kowar, w środku nocy bezkrytycznie dał się wyprowadzić na autentyczne manowce.

 

 

 

Paweł zawsze bardzo nerwowo reaguje na każdą krytykę jego jazdy, więc długo milczałem. Milczałem gdy skończył się asfalt, milczałem gdy jechał drogą odgrodzoną od pól żerdziami, milczałem, gdy wjechał na leśną wąską i zarośniętą  drogę, ale kiedy na tejże drodze dwu, czy nawet trzykrotnie głośno przytarł podwoziem sterczące z drogi kamienie, wrzasnąłem (!) by zatrzymał się wreszcie, bo takie wertepy drogą satelitarną do Karpacza być w żadnym razie nie mogą.

 

 

Syn jakby się ocknął. Stanął, wysiedliśmy z samochodu. Minęła godzina dwudziesta trzecia. Pracę silnika głuszył bliski szum wody, więc podeszliśmy sprawdzić, skąd pochodzi. Niespełna trzy metry przed nosem samochodu droga urywała się ostro, a w wąwozie, dwa metry poniżej, szumiał po kamieniach potok. Gdybyśmy w dalszym zaufaniu do nawigacji przejechali krawędź drogi, z wąwozu mógłby nas wydobyć tylko samojezdny dźwig.

Przyczynę zwłoki odmeldowałem właścicielce pensjonatu, przeprosiłem i rozpoczęliśmy odwrót. Manewr nawrotu udało się zrealizować tylko dlatego, że stanęliśmy akurat na maleńkim niby placyku wyglądającym trochę tak, jakby zawracały już na nim inne ofiary nawigacji. Paweł musiał nieźle nakręcić kierownicą. Na jazdy przód-tył, z dokonywaniem 

 

 

 

 

własnej golizny. Zestawienie golizny i śniegu nieco szokowało, ale tylko przez chwilę. Wystarczyło stanąć w osłoniętym, nasłonecznionym miejscu - odpowiedź nasuwała się sama.

Rodzina 3+ to Irena w stanie błogosławionym, ja i 2,5-roczny Paweł.

Zdjęcia wykonał i udostępnił przed końcem turnusu ktoś z naszej grupy. Mieliśmy ich więcej - pozostałych nie odnalazłem.

Z wczasów wracaliśmy pociągiem. W okolicach Jeleniej Góry zwracaliśmy uwagę na pąki drzew, mocno nabrzmiałe wiosną. Drzewa w Karlinie spały snem zimowym - ruszyły ponad dwa tygodnie później.

Ale - ze starszą o pięć lat siostrą zupełnie serio planujemy pobić rekord naszego Taty. Przeżył lat 91 (!). Przed nami spory kawał czasu, zdarzyć się może wszystko, jednakże liczą się chęci, a mamy je ogromne. Powtarzam - pożyjemy, zobaczymy.

Ponieważ wciąż irytuje mnie fakt, że obrazy oraz wydarzenia które utkwiły w zakamarkach pamięci blakną, tracą ostrość, gubią szczegóły a miejsca z nimi związane nieustannie, nieodwracalnie, zmieniają swój wygląd i charakter, zapisuję co pamiętam, konfrontuję z tym co teraz. Zawsze, gdy jest to możliwe, załączam nagrania i fotografie. Dla emeryta to spora frajda – tyle tylko, że trudna do pogodzenia z zaleceniami lekarzy, nakazujących ruch na świeżym powietrzu...

Konfrontacji najstarszych osobistych wspomnień z tym co teraz, służył nasz krótki (!) - sierpniowy pobyt w Hajnówce w roku 2016, prezentowany w playliście uzupełnianej dorywczo, w nielicznych wolnych chwilach. Zapis trasy dojazdowej (633 km) załączam. Bardzo żałuję, że nie trafiliśmy na okazyjny przejazd szynobusem do Białowieży. Odnośnik wprowadzony do treści, z konieczności łączę z relacją obcą :(...

 

 

 

Uzupełnienie z grudnia 2019 - Czarna Seria.

Na przestrzeni październik-grudzień 2019: siostra w Lublinie - udar. Porusza się z chodzikiem. Irena - b. poważna operacja w Warszawie, 30 grudnia ma stawić się w szpitalu na pierwszą chemię. Mnie - po ponad 22 latach jazdy na bypassach, w grudniu 2019 "nawiedził" ostry, rozległy zawał. Po tygodniu wróciłem do domu aby ponownie, 28 stycznia stawić się w szpitalu na cd udrażniania !! W zestawieniu z pozostałymi niesprawnościami nie wygląda to budująco...

 

Miało być o Hajnówce! Ciąg dalszy wynurzeń osobistych - na blogu.

IMGP9631-W-Białogardzie 2011

 

 

Ciechocinek-2010

 

 

Darłówko 2019

 

 

DSC_1874-sm Darłówko 2019

 

 

Dąbki 2019

 

 

DSC_1608-Dźwirzyno-2019

 

 

DSC_5316-Gdańsk-2015

 

 

FB

YT

Polska - miejscowości i trasy.

Białogard. 

Miasto powiatowe z obszarem administracyjnym obejmującym m.in. Karlino. Materiały foto-wideo oraz komentarz - w przygotowaniu. Aktualnie dostępne materiały wideo poniżej:

- Ulice Białogardu

- Na pasach w Białogardzie.

Barwice.

Białogard

Biesiekierz

Bobolice

Borne Sulinowo

Brody

Bydgoszcz

Byszyno

Ciechanów

Ciechocinek

Darłowo

Darłówko

Darłówko

Dąbki

Dąbkowice

Dąbrowa G.

Dolina Charl.

Domacyno

Dychów

Dygowo

Dziwnów

Dźwirzyno

Głąb Ponde Rosa

Gosań

Gościno

Grodno Z-p

Grzybowo

Gubin

Hajnówka

Jasień Żarski

Jelenia Góra

Jeziory Wys.

Karlino

Karpacz

Kluczewo

Kłodzko

Kołczewo

Kołobrzeg

Koszalin

Kowary

Krosino

Lipie

Lubiechowo

Lublin

Kraśnik

Lubsko

Łazy

Mielno

Międzyzdroje

Mrzeżyno

Niechorze

Nieszawa

Nosówko

Nysa

Narewka

Opole

Osówko

Podczele

Podczele

Poczernino

Polanica

Polanów

Połczyn Zdr.

Prosino

Rąbino

Rewal

Rogowo

Rościno

Rymań

Sławomierz

Spyczyna Góra

Strzekęcino

Sarbinowo

Strzeszyn

Szczecin

Szczecinek

Szklarska Poręba

Szwajcaria Połczyńska

Świebodzin

Świnoujście

Tczew

Toruń

Trzebieszewo

Turów

Unieście

Uraz

Ustronie Morskie

Wałbrzych

Wałcz

Wicewo

Włocławek

Wolin

Zakopane

Zieleniec

Złocieniec

Zwinisław

Augustów

Białowieża

Białystok

Czaplinek

Barwice

Częstochowa

Duszniki Zdr.

Gdańsk

Gdynia

Goleniów

Gniew

Kamień Pom.

Kazimierz D.

Mikołajki

Myczkowce

Polańczyk

Przasnysz

Puck

Solina

Sopot

Trzebiatów

Warszawa

Wigry

Wrocław

Szymbark

Smołdzino

Łeba

Augustów.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Przed ukończeniem zasadniczej służby wojskowej w JW 4420 Wałcz uzgodniłem telefonicznie wizyty rozpoznawcze z kilku potencjalnymi pracodawcami. W PBRol Złocieniec okazało się, że chętnie zatrudnią osobą z dobrą znajomością przede wszystkim maszyn budowlanych. Miałem o nich pojęcie raczej mgliste, podziękowaliśmy sobie bez żalu. Pojechałem dalej, do Słupska. Tamtejsza Fabryka Maszyn Rolniczych intensywnie poszukiwała technologów. Po uzgodnieniu warunków natychmiast wydano mi kartę obiegową. "Obiegłem" z nią wszystkie wymagane działy, pozostał tylko przyzakładowy lekarz, rozpoczynający pracę od godziny 14:00. 

Białowieża.

Wideo: Hajnówka-Białowieża / Białowieża-Kosy Most /.

W Białowieży po raz pierwszy przebywałem w roku 1948, podczas pierwszych szkolnych wakacji, na szkolnych  "koloniach". Oczywiście pod nadzorem siostry, starszej o pięć lat. Opieka była przede wszystkim hasłem na potrzeby rodziców, umożliwiającym nasz wspólny wyjazd. Siostra, jak zwykle aktywna w wielu dziedzinach jednocześnie, nie miała dla mnie zbyt wiele czasu więc chętnie godziła się na moje samotne wyprawy nad Narewkę. Od zawsze chętnie obserwowałem wodę i wszystko, co w niej się dzieje. Właśnie tam, nad Narewką, zmontowałem swoją pierwszą wędkę na tyle zgrabną, że zdołałem złowić pierwszą w swoim życiu rybkę. Dumny jak paw pobiegłem z nią do kolonijnej kwatery. Mieszkaliśmy w zamku z częściowo rozebranymi fragmentami ścian. (Bark ścian wcale mi nie przeszkadzał - sale, w których mieszkaliśmy, były kompletne). Rybka oczywiście bardzo szybko wyzionęła ducha, było mi jej trochę żal, ale sensację wśród ośmioletniej dzieciarni wzbudziła wystarczająco dużą. Kilkakrotnie musiałem opowiadać, jak zdołałem ją złowić :).

Ówczesny obiekt kolonijny kilkakrotnie próbowałem odnaleźć w latach dorosłych. W roku 2016 bezskutecznie. Powodów może być co najmniej kilka, albo po prostu zawodzi mnie pamięć. Kłopotów z odnalezieniem miejsca, w którym złowiłem swoją pierwszą rybkę, nie miałem żadnych. W późnych latach 60-tych odwiedziłem je z Mundkiem (dziewczyny, która tak zalotnie wypina się przy zakładaniu bucika, nie kojarzę:).

Oczywiście Białowieżę odwiedzałem zawsze, gdy mój pobyt w Hajnówce trwał dłużej niż dwa dni. Tak bywało także w okresie, gdy niemalże bezpośrednio po ukończeniu nauki w Kraśniku, podjąłem pracę w hajnowskim Hajmechlesie. M.in. mile wspominam karnawałową noc stycznia 1959, spędzoną w białowieskim Dworku Myśliwskim. Co i dlaczego mnie i Henia poniosło na obcy teren, nie pamiętam. Prawdopodobnie mieliśmy zaproszenie i opiekę tamtejszego, mocnego "szefa".

Białystok.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Biesiekierz.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Bobolice.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Borne Sulinowo.

Brody.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Bydgoszcz.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Byszyno.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Ciechanów.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Ciechocinek.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Czaplinek.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Częstochowa.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Darłowo.

Podczas służbowych pobytów w Sławieńskich Zakładach Przemysłu Terenowego w Darłowie poznałem swoją pierwszą żonę. Zakochałem się jak sztubak, po same uszy albo jeszcze wyżej. W każdym razie na tyle mocno, aby 9 maja 1964 (w dzień Zwycięstwa!), bez udziału rodzin, w towarzystwie kilku nowych koleżanek i kolegów wziąć ślub cywilny w USC Darłowo. Obie rodziny długo pozostawały nadąsane a co niektórzy z przekonaniem twierdzili, że małżeństwa majowe zwykle trwają krótko. U nas "przepowiednia" sprawdziła się...  

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Darłówko.

Powrót do menu

Dąbki.

Powrót do menu

Dąbkowice.

Wideo - Jezioro Bukowo / Dąbkowice 2019.

Na drodze dojazdowej do Dąbkowic obowiązuje zakaz wjazdu. Pozwolenie na dojazd autem do obiektów wypoczynkowych wydają organizatorzy wypoczynku. W lato ruch jest intensywny, szczególnie w dniach, gdy na plaży królują chłodne wiatry :).

Powrót do menu

Dąbrowa Górnicza.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Dolina Charlotty.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Domacyno.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Duszniki Zdrój.