ulicy Białogardzkiej. Obecnie wszystkie działki są szczelnie wygrodzone i zabudowane. Dostępu do rzeki brak?? - nie wiem, nie próbowałem go szukać. Wiem tylko tyle, że - zgodnie z przepisami polskiego prawa - być tak nie powinno.

W roku 2022 na ulicy trwają prace porządkujące ścieki, jezdnię i chodniki a z lat siedemdziesiątych pamiętam czyn społeczny, w którym na styku Okrzei i Konopnickiej zrywaliśmy ciężką jak cholera trylinkę. Pod asfalt. Uczestniczyłem w nim bez oporów ze świadomością, że robimy coś pożytecznego dla miasta, dla mieszkańców.

Bywało z tym różnie. We wspomnianym dniu inna ekipa przygotowywała teren kolei wąskotorowej pod ścieżkę zdrowia. Ścieżki zdrowia były w tych czasach w modzie, ale nie na terenie, na który północny wiatr nawiewał mdląco-wymiotny zapach ówczesnego Bacutilu...

Materiały wideo.

Dźwirzyno odwiedzamy od roku 1972. Przy różnych okazjach, nie zawsze w lato. Z przyjemnością rejestrujemy szybko postępujące zmiany. Większość, to zmiany imponujące, nastawione głównie na obsługę turystów. Powstają pensjonaty, osiedla domków wczasowych i - jak wszędzie nad morzem - ekskluzywne, wysokiej klasy "szklane domy".

14-07-2019 niedzielne „wolne chwile” i przyjazną pogodę wykorzystaliśmy na kolejny wyjazd do Dźwirzyna, aby – jak zwykle, przy okazji – zarejestrować obrazy zmian w miasteczku i na trasach: dojazdowej p. Dygowo oraz powrotnej p. Gościno.

Dojazd przez Dygowo pozostaje niezmienne fatalny. Za wyjątkiem krótkiego odcinka na wysokości Mokradeł Pyszka, na którym przyzwoitą nawierzchnię ułożono przy okazji odtwarzania Mokradeł (odtworzonych z finansowym wsparciem unijnym). Cała reszta to w znaczącej większości wyboje i niebezpieczne uskoki na obrzeżach.

Tuż za osadą Pyszka intensywnie rozbudowuje się i zwiększa swoją ofertę Park Pomerania – park rodzinnej rozrywki. Ogromna ilość „zaparkowanych w Parku” aut świadczy o jego wielkim powodzeniu. Sporo zdjęć udostępniono na stronie Pyszka – Mapy Google. Najnowsze dzieło, to zbiorniki i kanały wodne z pływającymi gadżetami.

Kolejne znaczące zmiany zachodzą tuż przed Kołobrzegiem, w rejonie bezkolizyjnego skrzyżowania z budową trasy S6. Powstały nowe ronda. Pierwsze rozprowadza ruch na drogę 163 i oba kierunki S6, następne umożliwia objazd miasta obwodnicą. Właśnie z tej obwodnicy korzystamy przy dojazdach do Grzybowa, Dźwirzyna, Rogowa a bywa, że stamtąd również do Mrzeżyna, Trzebiatowa i dalej …ku Słońcu. Obwodnicą z rondami jeździmy płynnie, bez wyczekiwania w korkach na zmianę świateł, ale omijamy Rondo Kardynała Ignacego Jeża z miłą dla oka „łabędzią kompozycją” (patrz http://youtu.be/qeZyg_p5N3c).

Parkingi: w Grzybowie, przy plaży naturystów przed Dźwirzynem i w samym Dźwirzynie tradycyjnie zatłoczone, nawet za znakami zakazu zatrzymywania się i postoju.

Na plażę schodzimy zwykle obok Hotelu Senator. Tu zmiany poważne. W miejscu dawnego placu zabaw stoją dwa potężne dźwigi, trwa budowa kolejnego segmentu. Podobno ma powstać budynek 5-piętrowy z dwoma piętrami poniżej poziomu gruntu. W planie podziemne garaże. Ale to wiadomość bez formalnego potwierdzenia.

Dawną ścieżkę do plaży, wyłożoną taśmą gumową, zastąpił deptak z kostki brukowej i solidne zejście na plażę. Na plaży rozstawiono biały hotelowy sprzęt, leżaki, parasole. Ustawiono plażowy bar, krąży plażowa obsługa w strojach firmowych.

Po plażowaniu i opuszczeniu zaprzyjaźnionego parkingu ruszyliśmy „w miasto”. W poszukiwaniu miejsca do parkowania objechaliśmy wiele ulic, w tym także nieoznakowaną ślepą, z bardzo kłopotliwym nawrotem. Wolne miejsce znaleźliśmy przy Biedronce, wolne od opłat przez 60 minut (!).

Godzina ze sporym zapasem wystarczyła na dojście do Kanału Resko i zakup kilku porcji tatara z łososia.

Wróciliśmy przez Zieleniewo, przez imponujące skrzyżowanie z trasą S6 w Rościęcinie oraz Gościno. Ta trasa, dłuższa zaledwie o ok. 3 km, jazdę przyjemną zapewnia na znacznie dłuższych odcinkach niż trasa wschodnia.

W niedalekiej przyszłości zamierzam dojechać i „uwiecznić” S6 nad Parsętą w Rościęcinie oraz jej imponujące bezkolizyjne skrzyżowania.

Pozdrawiam :).

Wideo: Statek Król Eryk I / Tramwaj wodny / Darłówko 2019.

Darłówko odwiedzam od roku 1963. Po raz pierwszy - jako specjalista Wojewódzkiego Zjednoczenia Przedsiębiorstw Państwowego Przemysłu Terenowego w Koszalinie, oddelegowany do Sławieńskich Zakładów Przemysłu Terenowego w Darłowie w sprawie przygotowania i wdrożenia w tamtejszych Zakładach NTU (norm technicznie uzasadnionych). Zwykle mieszkałem w dawnym hotelu usytuowanym na prawym brzegu Wieprzy, w pobliżu latarni. W każdą mglistą noc, trudno w nim było wypocząć. Buczek przeciwmgłowy nie pozwalał usnąć. CDN

Podczas jazdy samochodem, z narastającą niechęcią patrzyłem na drzewa leżące na zakrzaczonych poboczach. Im bliżej Białowieży, tym leżących drzew więcej. Gdyby były powalone siłami przyrody – OK, niechby sobie leżały. Wszystkie mają wyraźne ślady cięcia piłą, a skoro tak - powinny być wywiezione. Tak podpowiada mój nawyk z dzieciństwa, kiedy to za formalną zgodą leśników, nieodpłatnie, własnym sumptem usuwaliśmy z lasu i wykorzystywaliśmy na potrzeby własne martwe (młode!) iglaki. Świetnie nadawały się do bieżącego opalania kuchni. Do zimowego palenia w piecu wykorzystywaliśmy szczapy liściaste twarde – dąb, grab, jesion.

Od Zwierzyńca znacząco wzmógł się także pieszy i rowerowy ruch turystyczny. Zanikł niemal całkowicie, gdy za rogatkami Białowieży skręciliśmy w stronę osady Grudki i przejścia granicznego. Na przejściu kompletne zaskoczenie. W latach bodajże siedemdziesiątych zwykła ciekawość doprowadziła nas do miejsca absolutnie odmiennego. Małym Fiacikiem 126P, w lekko przymrożony i ośnieżony dzień dojechaliśmy w pobliże słupa granicznego i grupki żołnierzy siedzących na pniakach przy dużym ognisku. Żołnierze bez większego zainteresowania obrzucili nas wzrokiem, nie zareagowali na naszą ciekawość więc z pożegnalnym gestem zza szyby odjechaliśmy do Hajnówki. W roku 2016 zwątpiłem, czy dojechaliśmy do tego samego miejsca. Teraz to przejście eleganckie, estetyczne, ładnie zabudowane. Być może w latach siedemdziesiątych dojechaliśmy do granicy inną drogą np. kamieniecką, odbijającą w prawo za torem kolejowym, albo jeszcze inną. W tamtych latach jeździliśmy drogami przeróżnymi. Wystarczyło, że ktoś przed nami zostawił ślad wcześniejszego przejazdu. Tarapaty miewaliśmy także przeróżne, ale to temat odrębny.

Nowe przejście mogliśmy tylko pooglądać. Zamiar skorzystania z autokarowej wycieczki na Białoruś musieliśmy porzucić z mojej winy. Przed wyjazdem z Karlina kilkakrotnie nagabywałem żonę, aby koniecznie zabrała paszport. Swojego nie zabrałem :(...

Po przysłowiowym pocałowaniu klamki na przejściu granicznym, pojechaliśmy na obiad w Restauracji Pokusa, tej samej, którą z hajnowskimi Durzyńskimi odwiedziliśmy w drugim dniu naszego pobytu w Zajeździe Bartnik.

 

https://fv-dokument.pl/lib/kb9pqq/Z-Durzynskimi-z-Hajnowki-m-jg9yrt0b.jpg         https://fv-dokument.pl/lib/kb9pqq/Pokusa-m-jg9yswp7.jpg          https://fv-dokument.pl/lib/kb9pqq/Ogrodek-Pokusy-m-jg9yulyp.jpg

 

Uprzednio, w 6-osobowej grupie, z przyjemnością spędziliśmy czas wewnątrz budynku. Po przejściach na Przejściu, tylko we dwoje, równie przyjemnie - pod parasolami.

 

Pisząc o białowieskich przyjemnościach nie mogę pozbyć się z pamięci przypadku irytującego.

W latach dziewięćdziesiątych, w mroźny prawdopodobnie listopadowy dzień, w poszukiwaniu śladów z końcowych lat czterdziestych, objeżdżaliśmy bez pośpiechu ulice Białowieży. Po kilku postojach z opuszczaniem samochodu i zdjęciach, lekko podmarznięci i bardzo głodni weszliśmy do restauracji z wyszukanymi zdobieniami z drewna. Na dużej, pustej sali przywitał nas chłód – w stopniach Celsjusza i spojrzeniach dwu Pań (!) z personelu, zajętych wielce ożywioną rozmową. Po bezskutecznym czekaniu na ich reakcję, jeszcze z przyjemnością i uśmiechem ruszyłem po kartę. Otrzymałem ją, ale w wiele mówiącym spojrzeniu podającej łatwo było wyczytać – masz, spadaj, nie przeszkadzaj!

Karta zawierała opisy wielu wysoko wycenionych smakowitości (bez określenia ich gramatury) oraz informację o możliwości zamówienia zmniejszonych porcji dla dzieci. Zamówienie zrealizowano dość szybko – otrzymaliśmy coś, co nawet po złożeniu na jeden talerz nie dorównałoby porcji normalnej, zwyczajowo serwowanej w wielu normalnych restauracjach. Po dwa ziemniaczki ciut większe od włoskiego orzecha i po jednym podobnej wielkości kawałeczku mięsa. Gdy w głośnym proteście zażądałem podania porcji normalnych zamiast dziecięcych, z drwiącym oburzeniem stwierdzono, że właśnie takie otrzymaliśmy. Pazerność najwyraźniej wyszła restauracji (?) na zdrowie – w roku 2016 to duży, mocno rozbudowany obiekt.

 

Po obfitym i smacznym (!) posiłku pod parasolami Pokusy, bardzo krótko odwiedziliśmy tylko dwa miejsca – wejście do Parku obstawione straganami z lokalnymi gadżetami oraz dostęp do Narewki w miejscu zapamiętanym z roku 1948 i lat sześćdziesiątych. W roku 2016 stoi w tym miejscu wieża widokowa, śladów pomostu nie ma a dostęp do wody jest bardzo zarośnięty. 

Z dawnych lat w mojej krwi do chwili obecnej pozostało wędkarstwo. To taka rodzinna przypadłość. Tata przeżył lat 91 i niemalże do ostatniego sezonu jeździł motorkiem nad jakiś zalew z karpiami. Wzrok miał już słaby, więc zawsze znajdował znajomka, który zarzucał jego zestaw do wody. Dalej radził sobie sam – jak karp połknął przynętę, to go po prostu wyciągał i dumny wracał do domu.

W końcowych latach siedemdziesiątych spore wędkarskie zamieszanie wywołał nawet w Karlinie, gdy przewędrował przez środek miasta z wędką spławikową niosąc siatkę z jedną płotką, okoniem, 1,5-kilowym karpiem i ponad 3-kilowym przepięknym srebrniakiem-trocią. Kilkakrotnie pytany po drodze, jak złowił je na tak delikatną wędkę, wymijająco odpowiadał z uśmiechem – no jakże to? Mieszka Pani/Pan nad taką rzeką i pyta mnie, jak łowi się ryby?

Wędkarska plotka o tym wydarzeniu szybko obiegła Karlino a prawda – jak zwykle – była prozaiczna. Ojciec powędrował za most szczeciński po wczesnym śniadaniu i pewnie siedziałby nad wodą do zmierzchu. Aby o przyzwoitej porze zgarnąć go na obiad, po pracy rowerem (ale ze spinningiem) ruszyłem na poszukiwania. Gdy z daleka nad starorzeczem dostrzegłem jego biały kapelusz, przystanąłem nad Parsętą. Na bardzo krótko – srebrna troć uderzyła już przy drugim rzucie. Ojciec chętnie dołożył ją do swojej siatki…

Starszy brat Roman, gdy w upalny dzień w Hajnówce zmęczony wrócił znad rzeki, położył się na chwilę, poprosił o szklankę wody. Żona Bogusia podała ją szybko, ale – …już nie żył.

Siostra po wyjściu za mąż i wyjeździe do Kraśnika zdołała namówić męża do kupna samochodu i wędkarskich wyjazdów nad Wisłę, w okolice Annopola. Teraz Kraśnik ma własny duży zalew z możliwością wędkowania na miejscu, ale - …szwagier spoczywa na kraśnickim cmentarzu a siostra mieszka w Lublinie.

Młodszy brat Mundek przez lata pobytu w Hajnówce specjalizował się w łowieniu karpi w Zalewie Siemianowskim. Teraz nosi go po Świecie. W czasie wolnym wszędzie wędkował. W roku 2020 powrócił jako amerykański emeryt do Hajnówki, modernizuje rodzinne gniazdo pod swoje wędkarskie zamiłowania.

Nasz starszy syn Paweł dopiero po czterdziestce „połknął bałtyckiego dorsza”. Wypływa na morskie rejsy wędkarskie przy każdej nadarzającej się okazji, ale okazje miewa nieliczne.

Młodszy syn Michał kilkakrotnie obleciał i opłynął Ziemię - gdziekolwiek przebywa dłużej, wszędzie wędkuje. Przed kilku laty w Nowej Zelandii uzyskał certyfikat i uprawnienia międzynarodowego instruktora wędkarstwa muchowego. Mieszka w Australii, z niezłymi wynikami uczestniczy w mucharskich mistrzostwach świata. Dużo trenuje „na sucho”, dla relaksu łowi na muchę (!) wszędobylskie karpie, traktowane tam jako wodny chwast zagrażający gatunkom rodzimym. Za wypuszczenie do wody osobnika stanowiącego w Polsce tradycyjne danie wigilijne, w Australii grozi kara w wysokości ćwierć miliona miejscowych dolarów!!!

(https://l.facebook.com/l.php?u=https%3A%2F%2Fyoutu.be%2FR4GyrsXY4ms%3Ffbclid%3DIwAR0veUf6p0gdXli2U08AnXmC3e8OJ1pam8mLqAumNsx9-KA2Va7okeu4r3w&h=AT2HSkYCyFE6i5wds-JcxUTExnzgXjetSy_mstXQg6pn700NSVKxbqdgVS7R_7S9nweZuU6ONlRmgxGN1BIdCFdMHv3QHoVkZbqsddPUTr3Njmk8mt2903lhB4zvBFu9IHhd).

 

A co ze mną? Po siedemdziesięciu latach wspaniałych przygód i przeżyć wędkarskich, w tym czterdziestu sześciu latach wydeptywania brzegów Parsęty i jej dopływów oraz opłynięciu wielu zachodniopomorskich jezior, kanałów i zalewów, sprzęt wędkarski odstawiłem do kąta a część rozdałem. Przede wszystkim za sprawą mody NO KILL i agresywnych metod jej lansowania. Po długich latach aktywnej działalności w PZW, SSR i SOP, czynnym uczestnictwie w ochronie wód i tarlisk, uczestnictwie w sztucznych tarłach, przerzutach tarlaków oraz zarybianiu, dla wyznawców mody NO KILL stałem się opluwanym w internetowych komentarzach „mięsiarzem”.

Rozumiem wędkarzy-sportowców-zawodników - trening czyni mistrza. Szanuję wysiłki i starania karpiarzy ale nazywanie mody NO KILL „etyką wędkarską z wyższej półki” traktuję jak wymysł ludzi pozbawionych wyobraźni. Wielokrotnie sugerowałem, aby zechcieli wyobrazić sobie samych siebie w sytuacji ryby, której podczas posiłku, w język, szczękę lub nawet gardło wbija się hak (bezzadziorowy!) a niewidzialna siła wywleka ich od stolika, wlecze po wertepach kilkadziesiąt metrów do głębokiej wody po to, by ocenić ich wyporność, zmierzyć wzrost, zrobić podwodne fotki i półprzytomnych, z zalanymi wodą płucami i bolesnymi ranami odstawić na brzeg. Zwykle w odpowiedzi dociera do mnie lawina wyzwisk, ale tak jest zawsze – gdy brakuje konkretnych kontrargumentów, zaczynają się wyzwiska.

 Pojechaliśmy ze świadomością, że niemal każde balowanie na obcym terenie źle kończyło się dla intruzów. Nasze wspominam z przyjemnością. Przy sporym mrozie musielibyśmy czekać na stacji na poranny pociąg. Warunków obaj nie znaliśmy i - na szczęście - nie musieliśmy ich poznawać. Kelnerki, nasze rówieśnice, zaproponowały abyśmy przeczekali w ich służbowym pokoiku. Po koleżeńsku, bez wzajemnych zobowiązań. Przy kawie z odrobiną rumu było naprawdę bardzo miło. Niniejszym serdecznie je pozdrawiam - obecnie wszyscy należymy do grupy 80+, ale - kobiety żyją dłużej!

Starych śladów z wielu innych pobytów w Białowieży trudno się obecnie doszukać. Nawet w internecie - tu, jak zwykle, są bardzo pogmatwane. Trudno jest odnaleźć dwóch autorów jednakowo opisujących konkretne zdarzenie. Tak m.in. przedstawiona jest historia pożarów w/wspomnianego Dworku, restauracji Iwa, ekspozycji przyrodniczej z przeogromnym basiorem. Zapadły w pamięć, dopóki istniały.

W roku 2016 miałem ogromną chęć dojechać do Białowieży drogami leśnymi, przez Topiło. Niestety - na wszystkich drogach prowadzących z Topiła w głąb Puszczy ustawiono znaki zakazu wjazdu. Musieliśmy wrócić do Hajnówki, aby z ulicy Piłsudskiego skręcić w ulicę Białowieską. Wydaje się to oczywiste, ale nie jest. Białowieska prowadzi w głąb lasu, do Sacharewa. Kilkanaście lat wcześniej zatrzymała nas na niej straż leśna, wyraźnie zdegustowana naszym pomysłem sprawdzenia, co po latach zmieniło się w samym Sacharewie. Niechętnie pozwolono nam jechać dalej. W puszczańskiej osadzie wyraźnych zmian nie zauważyliśmy.

Aby najkrócej dojechać do drogi 689 i dalej do Białowieży, skorzystać należy z leśnego łącznika, opisanego w rozdziale Czworaki i Bartnik.

Droga nr 689 – Szosa Białowieska, to 22-kilometrowe pasmo mocnych dziecięcych, młodzieńczych oraz dorosłych przeżyć i wspomnień szybko tracących szczegóły. Z miejsca, w którym łączą się obie drogi, w niewielkiej odległości widoczny jest „pierwszy mostek”. To pierwszy punkt charakterystyczny, często używany w opisach i lokalizacji zdarzeń zaistniałych pomiędzy nim i Białowieżą. Precyzując lokalizację zwykle mawiano: przed, przy lub za np. czwartym mostkiem, przy zjeździe na Zwierzyniecką Trybę, na ósmym kilometrze (od strony Hajnówki). Tu ciekawostka, dotycząca nazewnictwa, charakterystyczna nie tylko dla Hajnówki - autor wielu ciekawych publikacji o Puszczy Białowieskiej na swojej stronie http://www.stormbringer76.dzs.pl/tryby-i-drogi/tryby/ do określenia leśnej drogi używa rodzaju męskiego Tryb Zwierzyniecki, Tryb Wilczy itd. W swoich opisach stosuję powszechnie, gwarowo używaną formę żeńską „ta droga, ta tryba” więc Tryba Zwierzyniecka, Wilcza Tryba itd.

Jeszcze bardziej pokręcona jest nazwa ważnej puszczańskiej drogi: wg Google Olemburska Droga, wg Strombringera Olenburska, w gwarze rodzinnej Orenburska. Do niedawna byłem przekonany, że właściwą jest Orenburska, od nazwy rosyjskiego, odległego miasta Orenburg. Skoro w Białowieży jest m.in. Carska Komnata…(?) Aby nie utrudniać poszukiwań na mapach, w opisie używam nazwy wg Google – Olemburska.

O rozbieżnościach wspominam nie po to, by je krytykować. Nie mam do tego prawa skoro moje nazwisko we wszystkich dokumentach pisane jest przez „ż”, reszta rodziny ma „rz”, nazwisko panieńskie mojej mamy w trzech różnych dokumentach pisane jest w każdym inaczej a moja żona ma wpisane w dowodzie osobistym miejsce urodzenia nie istniejące na mapach świata (chodzi o niemieckie Tettnang zapisane jako Tetnang) L.

 

 

Wracam na szosę. 

Za pierwszym mostkiem i bagienkiem, po prawej stronie drogi, ciągnął się pas krzewinek jagodowych i luźno rosnących, młodych, rozłożystych świerków. Wśród wspomnień z tym miejscem zapamiętanych, dwa tkwią najgłębiej.

W okresie nauki w SP, w zimowy piękny, przedświąteczny dzień, w śniegu do połowy łydki, w bezwietrznej ciszy, gdy wielkie płatki dostojnie, bezszelestnie spływały z góry, właśnie tam wyszukałem przepiękną choinkę. Po nieśpiesznym podziwianiu i przepraszających zapewnieniach, że to właśnie ona sprawi ogromną radość moim domownikom, wyciąłem ją. Z żalem L.

Wczesną jesienią innego roku coś poniosło mnie przez jagodnik na skraj bagienka, całkowicie wysychającego w niektóre tylko lata. 

Gdy przechodziłem obok młodego świerka, kątem oka zauważyłem pod jego leżącymi na ziemi gałęziami niewyraźny kształt grzyba. Po podniesieniu gałęzi moje oczy prawdopodobnie mocno wyokrąglały. Pod tym i kilku innymi świerkami, rosnącymi w kilku/kilkunastometrowych odległościach, stały całe rodziny dorodnych, zdrowych prawdziwków. Niemal identyczną sytuację, w podobnej scenerii, przeżyłem kilkadziesiąt lat później w sąsiedztwie pasa startowego na drodze nr 163 pomiędzy Czaplinkiem i Wałczem. Tam, w sosnowym jagodowym lesie rzadko przerośniętym młodymi świerkami, ukryte pod gałęziami rosły przepiękne podgrzybki – po kilkanaście pod każdym świerkiem.

Podczas ostrej zimy z początkowych lat siedemdziesiątych próbowaliśmy drogą 689 dotrzeć do jednostki wojskowej, aby Mundkowi, naszemu komandosowi, przebywającemu w Hajnówce na urlopie, załatwić przedłużenie pobytu. Marsz po zamrożonych bryłach rozjeżdżonego śniegu sprawiał wiele trudności więc tuż za pierwszym mostkiem weszliśmy do słabo zaśnieżonego lasu po lewej stronie drogi. Lód na wielu leśnych kałużach, pod starymi świerkami był czysty jak bardzo dokładnie umyta szyba. W kilku miejscach dostrzegliśmy pod nim ruch drobnych żyjątek. Widoki i wrażenia niesamowite.

Przez las dotarliśmy do toru kolejki leśnej przebiegającego pod szosą i pobliskim torem białowieskim. prowadzącego m.in. do osady Topiło. Blisko, niemalże tuż za nim, istnieje coś, co w dużym przybliżeniu nazwać można skrzyżowaniem. W lewo droga asfaltowa prowadzi do jednostki wojskowej - naszego ówczesnego celu, w prawo - droga leśna z prowizorycznym przejazdem przez tor białowieski i dojazdem do dawnej, dużej żwirowni.

Z dojazdu asfaltowego ostatni raz korzystałem w latach dziewięćdziesiątych. Gdy przed bramą spacerowałem w oczekiwaniu na pracownika Wojskowej Administracji Koszar, w niewielkiej odległości od mojego samochodu z lasu na drogę wyszedł potężny jeleń. Byk z ogromnym wieńcem spokojnie przeszedł na drugą stronę asfaltu i klapiąc po nim, powoli oddalał się. Licząc na piękny skok, spróbowałem go spłoszyć. Krótko, ale bardzo głośno gwizdnąłem na palcach. Król puszczy na moment zatrzymał się w półobrocie, obrzucił mnie wiele mówiącym spojrzeniem, nadal spokojnie przeklapał po asfalcie kilka metrów i dostojnie zniknął w ścianie lasu. Domyślnych treści jego spojrzenia wolę tu nie przytaczać.

Co było powodem naszych starań o przedłużenie urlopu Mundka - nie pamiętam. Kilkudniowe załatwiliśmy.

W roku 2016 starej żwirowni nie sprawdzałem, a szkoda. Do roku 1958 chętnie odwiedzaliśmy ją od lat szkolnych. Nie sądzę aby nadal, jak przed laty, zachęcała młodzież do ryzykownych skoków z leśnych nawisów na żwirową ścianę i zjazdów na fali żwiru aż do podstawy wyrobiska. Do poznania smaku ryzyka wystarczył błąd w pozycji lądowania na ścianie - przy niewłaściwej nogi grzęzły w żwirze, „reszta” ciała leciała do przodu i skaczący zjeżdżał z nosem w piasku, głową do przodu.

W odległości kilku następnych kilometrów drogę 689 przecina tor kolejowy bocznicy umożliwiającej jazdę taboru kolejowego z toru białowieskiego na tereny wojskowe. W niewielkiej odległości od przejazdu, w lewo biegnie utwardzona, główna droga do jednostki, wojskowego osiedla i czegoś, o czym niewtajemniczeni wiedzieć nie powinni. Na niski teren pomiędzy torowiskiem i drogą dojazdową do JW przyjeżdżałem rowerem po "zielsko" w okresie, gdy rodzice tuczyli w chlewiku wieprza. Wycinałem ogromne liście chrobustu (czarcie żebro), przycinałem dwumetrową pokrzywę, zielsko upychałem do worka. Gdy wór był pełen, opierałem go na ramie, przywiązywałem do kierownicy i mocno rozkraczony jechałem do domu. Łatwo nie było...

 

Nieco dalej, po prawej stronie drogi 689, pomiędzy nią i torem białowieskim, z rówieśnikiem z sąsiedztwa pracowałem niemal przez całe wakacje przy oczyszczaniu drzewostanu z leśnych chwastów - brzóz samosiejek. Z pierwszych, wyciętych przy samym podłożu drzew, wg wskazówek gajowego przygotowywaliśmy "obudowy" metra przestrzennego. Następne, po oczyszczeniu z gałęzi, cięliśmy na wymaganą długość i układaliśmy w obudowie do określonej wysokości. Robiliśmy to z młodzieżowym entuzjazmem przemieszczając się w stronę Białowieży. Tam, gdzie było to możliwe, oczyszczaliśmy przecinki ułatwiające odnajdywanie słupków określających strony świata i numery sąsiadujących oddziałów. 

Któregoś poniedziałku, podczas przenoszenia sprzętu na kolejny odcinek, zobaczyliśmy coś, w co nawet nam, puszczańskim wychowankom, trudno było uwierzyć. Duży plac pełen wspaniale rozwiniętych kurek o grubych, twardych 5-6-centymetrowych kapeluszach, na grubych, masywnych nogach. Wyjątkowo piękne okazy, w ogromnej ilości.

Z pracy wracaliśmy z pełnymi plecakami, bez spodni. Robocze spodnie wprawdzie mieliśmy, ale z zawiązanymi u dołu nogawkami, przewieszonymi do przodu przez kark i ramiona, wypełnione kurkami. Tego, co komary zrobiły z naszymi nogami, wolę nie wspominać. (W obie strony, do i po pracy wędrowaliśmy pieszo!).

 

Podczas kolejnych wakacji pracowaliśmy na ósmym kilometrze liczonym od strony Hajnówki, na prawej stronie szosy. Na wyznaczonym, mało przyjaznym terenie, wykonywaliśmy klupunek. Piesze dojście do podmokłego siedliska milionowych chmar komarów trwało codziennie około dwóch godzin. Wyszukiwaliśmy suchy pagórek, oczyszczaliśmy do gołego gruntu koło pod nieduże ognisko, po jego rozpaleniu – chronieni głównie przez dym – we względnym spokoju spożywaliśmy śniadanie. Przed wygaszeniem ognia owijaliśmy głowy matczynymi chustami, na lewym przedramieniu zawieszaliśmy podziurkowane puszki z tlącą się, dymiącą hubą, zakładaliśmy skórzane rękawice. Plecaki zostawialiśmy przy wygaszonym ognisku - rozpoczynała się nasza praca i zmasowany atak komarów.

W dwuosobowym zespole, przy wykonywaniu koniecznych czynności zmienialiśmy się co dwie godziny. Każde drzewo obchodziliśmy dookoła aby sprawdzić, czy nie zostało wcześniej oznakowane. Jeżeli nie, jeden z nas mierzył średnicę na wysokości bodajże 130 cm, podawał gatunek drzewa i wynik pomiaru zapisującemu, następnie ryszpakiem pozostawiał na jego korze wyraźną, ukośną rysę. Zapisujący wprowadzał ów wynik do arkusza zaciśniętego na aluminiowym blacie i …przechodziliśmy do kolejnego drzewa. Uciążliwość związaną z koniecznością ciągłego sprawdzania gruntu w kałużach i nieustającymi atakami komarów łagodził widok wspaniałych, potężnych drzew w lesie mieszanym, w którym obok ogromnych świerków trafialiśmy na równie potężne drzewa liściaste, w tym nawet na drobnolistne lipy, których średnice oceniać musieliśmy na oko, bo przekraczały 120-centymetrowy zakres pomiarowy klupy.

 

Pobyt wśród starych, potężnych drzew, zawsze sprawiał mi dużą przyjemność. Szczególnie wtedy, gdy dzieliła je odległość umożliwiająca swobodny ogląd oraz przestrzeń zapewniająca swobodę poruszania się pomiędzy nimi. Miałem wówczas dziwne wrażenie, że to właśnie one udzielały mi swojej mocy i zdolności do pokonywania przeszkód stwarzanych przez los. Od zawsze źle znoszę chaszcze, w których nawet leśna zwierzyna niechętnie wydeptuje ścieżki, a jeszcze gorzej – argumentację zwolenników naturalnego odrodzenia Puszczy po klęsce kornika, przeciwników ingerencji człowieka w zasoby leśne.

 

W czasie przejazdów i wędrówek po Puszczy 2016, drzew zbliżonych wiekiem i potęgą do zapamiętanych z lat pięćdziesiątych wypatrzeć nie zdołałem. Nie ma po nich śladów. Pokryły je chaszcze i powalone drzewa pozostawione naturalnemu rozkładowi. Reszta, to leśna młodzież, która dorośnie, gdy mnie już nie będzie. Cmentarzysk świerkowych wolałem nie oglądać – dla mnie widok zbyt przykry, porażający. To stan absolutnie nieporównywalny do widoku potężnych drzew powalonych w rezerwatach ścisłych. Jak mogły wyglądać niegdyś, domyślać się można oglądając zdjęcia prezentowane w Zaułku Historycznym: