Poza Hotelem.

Łącząc przyjemne z pożytecznym, sporą część czasu wykorzystaliśmy na "zimowe" spacery poza terenem hotelu. Zimowe spacery to przy bezśnieżnym grudniu określenie co najwyżej umowne. Śnieg uzupełniany sztucznie i namiastkę normalnej zimy odnaleźliśmy tylko w narciarskim Białym Jarze. Zdjęcia poniżej, nagrania wideo utracone.

skrętu, miał co najwyżej pół metra. Pół metra do przodu i tyleż do tyłu. z obrotem samochodu o maleńki kąt!

Czterdzieści minut później, ale już po północy, dotarliśmy do DOROTY. Młodzi pomogli nam objąć kwaterę i pojechali dalej. Poprosiłem ich tylko, aby uważnie obserwowali wskaźnik oleju - kilkanaście lat temu, nad rzeką w okolicy Kamienia Pomorskiego, widziałem skutki jazdy po sterczących betonach oraz minę wędkarza, który uszkodził na nich miskę olejową :-(.

 

Piątek przeznaczyliśmy na rozpoznanie wycieczkowych programów na sobotę i spacery po okolicy. I tu ciekawostka do wykorzystania. W Karpaczu jest wiele biur turystycznych - każde, na konkretny dzień tygodnia, za wyjątkiem niedzieli, ma inną propozycję ze stałego tygodniowego programu, wspólnego dla wszystkich. Po rozmowach telefonicznych sądziłem, że oferta jest wspólna także co do terminów, więc, gdy pierwsze z napotkanych biur zaoferowało tylko Pragę nocą, z wyjazdem o 9.30 i powrotem ok. 1.30, wyszedłem zawiedziony. W Pradze nigdy nie byłem, chciałem ją chociaż przelotnie poznać, ale nie w nocy, przy niepewnej pogodzie, w grupie z przewodnikiem, którego łatwo zgubić. Do następnego biura zajrzałem tylko dlatego, że było po drodze, a wypytać chciałem o szczegóły wycieczek do czeskiego Skalnego Miasta. Okazało się, że to biuro, w ofercie na sobotę wycieczki ma dwie: - jedną do Skalnego Miasta z pływaniem tratwą, drugą na zwiedzanie Pragi w dzień. Wybrałem Pragę. Komentarz oraz galeria foto z wycieczki  na podstronie Czechy, przycisk Praga.

Po "ustawieniu" soboty, pozostałą część piątku spędziliśmy na spacerze w dolnej części Karpacza i długiej wędrówce wzdłuż wschodniej ściany kotliny, od rozdziału drogi na Jelenią Górę i Kowary po Western City i hotel Relaks. Od zwiedzania Western City odstąpiliśmy bo akurat trafiliśmy na zimny, ostry wiatr. W wędrówce powrotnej kilka razy pytaliśmy tubylców o kierunek na wybrane cele i dreptaliśmy do nich raz w górę, raz w dół, powoli, bez pośpiechu. Znaleźliśmy nawet czas na podręczny posiłek na jednym spośród kilku potężnych świerków, przełamanych na wysokości około dwóch metrów jak zapałki. Wichura, która dokonała tego z drzewami, grubymi w miejscach przełomu na prawie sześćdziesiąt centymetrów, musiała być wyjątkowo gwałtowna. Dziwiło mnie tylko, że połamała je w głębi świerkowego lasu, a świerki zewnętrzne ataki wiatru przetrzymały.

 

Niedzielny poranek okazał się wyjątkowo piękny. Błękitne bezchmurne niebo, lekki szron na dachach, pięknie wyostrzone i podświetlone wschodzącym słońcem szczyty, bezwietrznie - czas idealny na spacer, a dla fotoamatora zachęta nie do odrzucenia. Więc - szybkie śniadanie na kwaterze, pieniądze na następny posiłek do torby ze sprzętem, aparat na szyję i ...wymarsz w plener. Tam wszędzie pięknie, więc fotki, fotki, fotki a dopiero później problem, które z nich usunąć, a które umieścić w galerii. Z kilku wyłączonych zmontowałem króciutki klip, nieco uszczypliwy wobec PiSu, ale odpowiadający moim odczuciom. Nigdy nie miałem nic przeciwko temu, aby przetrzepano złodziei, którzy zawłaszczyli znaczną część majątku narodowego, szczególnie tych, którym za mało było balcerowiczowskiego "pierwszego ukradzionego miliona". Na nich PiS okazał się za krótki, bo Polacy przy korycie durniami nie są.

Aby z państwowego garnka wyłowić najlepsze kąski zmienili prawo, w zgodzie z nim, ze wsparciem kredytów z banków państwowych (i to kredytów zabezpieczonych hipoteką na przechwytywanych, lukratywnych kąskach) wyłowili to, co im pasowało i ...zmiany prawa odwrócili. Majstersztyk prawny, po którym PiS może jedynie popatrzeć na wyprostowane środkowe palce spryciarzy. Skończyło się na postraszeniu paru płotek metodami budzącymi obrzydzenie.

Krótko po południu dołączyli do nas młodzi, Magda i Paweł. Zaliczyliśmy zjazd rynną, spacer skrótem do wyciągu krzesełkowego i wjazd na Kopę. Na wjazd na Śnieżkę zabrakło nam czasu, a szkoda. Wjedziemy za rok.

Po powrocie z Kopy, na dole poniżej stacji wyciągu, zaliczyliśmy po kilka gorących oscypków. Polecam. Turystom, których wiatr mocniej na krzesełku przedmucha, doradzam do tego lampkę grzanego wina, a po spacerze na dół do miasta, kolejną przyjemność - posiłek albo przynajmniej grzane piwo z sokiem w "Zagrodzie Góralskiej". Po zaliczeniu obu tych przyjemności, po zmierzchu dotarliśmy wreszcie do pensjonatu. Komu z nas w pensjonacie strzeliło do głowy, aby wieczór spędzić na grze w pokera - naprawdę nie wiem. Młodzi, jak to zwykle bywa z nowicjuszami, od początku mieli fart. Oskubali mnie dość szybko, ale kiedy już oswoili się z regułami gry, zaczęli kombinować. I przekombinowali. Skończyli z maleńką 17- złotową stratą.

 

Poranek poniedziałkowy okazał się jeszcze piękniejszy od niedzielnego. Ale to pewnie dlatego, że to akurat rocznica moich urodzin. Przy takiej pogodzie bardzo chętnie powędrowałem "do sklepu po świeże pieczywo". Oczywiście z aparatem. Kilka ładnych fotografii przybyło.

Po śniadaniu i rozliczeniach z właścicielką, zgodnie z wcześniejszymi z nią uzgodnieniami, czyli o godzinie dziesiątej, opuściliśmy pensjonat. Przed jazdą powrotną podjechaliśmy sprawdzić, jak zachowa się nasze auto na odcinku drogi, któremu przypisuje się anomalie grawitacyjne. Zjawisko intrygujące. Po powrocie do domu spróbowałem w Internecie znaleźć jakąś naukową opinię ale przy wielkiej mnogości niekonkretnych wypowiedzi na przeróżnych forach, odłożyłem poszukiwania na później. Prawdopodobnie powrócę do sprawy przy następnym pobycie w Karpaczu. Kiedy to nastąpi, oczywiście nie wiem, ale wiem, że warto tam pomieszkać o każdej porze roku! 

 

 
 

 

 

 

 
 

 

 

 

Na starcie do kolejnego objazdu Hajnówki i jej okolic, na krótko zatrzymaliśmy się przy skwerze im. Dymitra Wasilewskiego, od strony ulicy im. Aleksego Zina. Odnajdywanie wśród nazw lokalnych nazwisk osób znanych niegdyś osobiście lub przynajmniej z widzenia sprawia niemałą przyjemność. To cenny dowód pamięci zaprawiony smutną świadomością, że osób tych wśród nas już nie ma. Doktora Dymitra Wasilewskiego nie kojarzę, Aleksego Zina pamiętam tylko z widzenia – z jego córką Alą uczyłem się w tej samej klasie Szkoły Podstawowej.

Ulica Aleksego Zina jest krótka, miejsce honorowe. Po jednej jej stronie siedziby ważnych urzędów, po drugiej skwer przy zbiegu głównych ulic. Na skwerze zmiany:

 

      

 

w miejscu na którym uprzednio czas II WŚ upamiętniał czołg, ustawiono krzyż/symbol, dodano ławki i postument z potężnym żubrem, uporządkowano zieleń.

Uliczka A. Zina kończy się wjazdem na ulicę Piłsudskiego. Wiąże się z nią ogrom wspomnień. Powód jest oczywisty – tu, licząc od skrzyżowania z ulicą 3 Maja po stronie lewej, istniała niegdyś Szkoła Podstawowa TPD. Uczyłem się w niej w latach 1947-54.

 

    

 

Przyszkolne tereny zielone, otoczone wówczas grabowym żywopłotem, teraz zabudowane są szczelnie a dawne i nowe obiekty administrowane są przez Politechnikę Białostocką.

Z grona nauczycielskiego SP najlepiej zapamiętałem dyrektora Kozickiego i nauczyciela śpiewu. Dyrektora jako osobę w szkole najważniejszą, nauczyciela jako osobę której najbardziej i najobrzydliwiej przeszkadzaliśmy w prowadzeniu lekcji. Zdarzało się, że Panu od śpiewu dokuczaliśmy tak długo, aż mu w kąciku oka, przy nosie, pojawiała się bańka jak u rechoczącej żaby. Działo się tak w jego skrajnym zdenerwowaniu. Wtedy bywał niebezpieczny. Mogłem się o tym przekonać, gdy i mnie kiedyś chwycił za kark, podniósł i z ponad dwumetrowej odległości cisnął do kąta. Upadłem od razu na kolana. Zabolało. Teraz chętnie przeprosiłbym go za wszystkie własne i nawet cudze wygłupy. Niestety, to niemożliwe.

 

Z grupy klasowej najlepiej zapamiętałem Ziutka Emilianowicza z puszczańskiej osady Topiło. Mocno zbudowany, silny, z twarzą przemrożoną i pokancerowaną przez ospę, miał jakiś specyficzny sposób bycia sprawiający, że właśnie jego polubiłem najbardziej. Polubiłem mimo paru wzajemnych złośliwości. To jego – gdy z grubą książką czaił się na powracających z przerwy kolegów „nabrałem” tak, że trzepnął w głowę wchodzącą do klasy nauczycielkę. On w rewanżu na koniec kolejnej przerwy wrzucił mnie głową w dół do stojącej na korytarzu beczki z makulaturą i odpadkami. Wyciągnęła mnie z niej nauczycielka…

Drugim z dobrze zapamiętanych jest Kazik Bobkiewicz z „Siwej Kolonii”, syn „tartacznego” księgowego i nauczycielki matematyki. Kolegowaliśmy pomimo ostrej bójki, po której wokół nosa przez tydzień nosiłem zasłużoną tęczę. Później, podczas jednego z wakacyjnych powrotów do Hajnówki przez jeden miesiąc razem pracowaliśmy w głębi Puszczy, jeszcze później – w latach siedemdziesiątych – w szerokim gronie dzieliliśmy stół na balu sylwestrowym w Domu Nauczyciela.

Z koleżanek pamiętam jedynie sylwetki trzech, trzymających się razem – dwie wysokie Alicji Zin i Zofii Sulima, przy nich filigranową Tereski Struńskiej.

Wydeptany przez dzieciarnię plac szkolny przylegał do placu 11-letniej szkoły z białoruskim językiem nauczania. Place oddzielał pas „ziemi niczyjej”, nad którym w każdą zimę, podczas przerw międzylekcyjnych, przelatywało mnóstwo śnieżek i …wyzwisk. Najczęstszymi były zawołania: z naszej strony „u Rusina dupa sina”, z ich „u Polaka czarna sraka”, a pochodziły zwykle od uczniów klas najmłodszych. Dzieciarnię polskojęzyczną zagrzewała do boju m.in. niemiła świadomość, że zawołanie sąsiadów, z literami „r” brzmi konkretniej i mocniej.

Teraz znaczną część wspomnianego terenu zajmują obiekty Parku Wodnego - rozbudowana szkoła białoruska funkcjonuje nadal. Dzieciarnia obrzucająca się wyzwiskami dorosła, postarzała, w znacznej części wymarła. We współżyciu obu grup nastał okres zadziwiająco pozytywny, gdy porozumieli się kapłani współistniejących religii. W bardzo rozległej, w większości parterowej wówczas Hajnówce, w kościele i cerkwi, o uzgodnionych godzinach wprowadzono celebrowanie jednej niedzielnej mszy w języku i przez kapłana sąsiadów. Był to świetny przykład twórczej, silnej integracji, znacząco ułatwiający życie obu stronom - wierni nie musieli w każdą niedzielę odbywać dalekich wędrówek do swoich świątyń.

Od czasu tzw. „dobrej zmiany” wszystko rzeczywiście zmianie uległo. Wielokierunkowe wojny na górze przeniosły się pod strzechy. Walczą wszyscy ze wszystkimi. O wszystko. Polacy skoncentrowali niemalże całą swoją inteligencję na wymyślaniu najskuteczniejszych metod i sposobów zwalczania ludzi myślących inaczej. Bohaterami stają się ci, którzy atakują najgłośniej i najostrzej. Na stare lata jest mi po prostu wstyd.

W sąsiedztwie szkoły białoruskiej, po drugiej stronie ulicy funkcjonuje Dom Nauczyciela z kawiarnią i hotelem. W jego recepcji przez wiele lat pracowała Bogusia, żona mojego brata Romana. Jako niegdysiejszy okazjonalny nauczyciel w Zespole Szkół Ekonomicznych w Lubsku a później także w Przyzakładowej Szkole Zawodowej w Białogardzie i Karlinie, nocowałem w nim wielokrotnie podczas krótkich pobytów służbowych, związanych z kontynuowaną od roku 1983 „produkcją na własny rachunek”. Trwale zapamiętałem fragmenty opowiadania o wizycie grupy nauczycieli z Mongolskiej Republiki Ludowej, której przewodził jakiś mongolski szowinista.

Ekipa, po zakwaterowaniu w hotelu rozwiesiła w pokojach suszone mięso. Niemiły zapach wypełnił cały hotel, ale – wiadomo – gość w dom, Bóg w dom.

Podczas szczodrze zakrapianego wieczoru zapoznawczego (teraz mawia się ładniej - integracyjnego), siedzącemu obok szefowi Mongołów Roman zaproponował tatara. Nadęty sąsiad z wyraźnym obrzydzeniem stwierdził, że Mongołowie są zbyt cywilizowani, aby jeść surowe mięso!!

Roman pigułę przełknął, ale po kilku następnych kieliszkach ponowił próbę konwersacji. Zapytał, jak przyjacielowi z Mongolii podobają się polskie kobiety. Sąsiad, z takim samym obrzydzeniem „szczerze” odrzekł, że Polki są brzydkie. Oczy mają wielkie jak krowy – daleko im do pięknych szparek mongolskich dziewcząt.

Takiej odpowiedzi spokojnie nie zniósłbym, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że źle znoszę alkohol…

Obecną przyuliczną zabudowę pomiędzy Domem Nauczyciela i ulicą Armii Krajowej znam tylko z widzenia. W najstarszych wspomnieniach teren ów widzę jako ogrodzone stalową siatką pustkowie, którego bliżej określić nie potrafię. Gdzieś w głębi istniała „Terpentyniarnia”. Zupełnie inaczej wyglądała także sama ulica, obsadzona jarzębinami po obu stronach chodników. Późną jesienią, po pierwszych przymrozkach nawiedzały je stada ptaków nazywanych na dziecięcy użytek jarzębnikami.

 

Ptaki – prawdopodobnie jakiś podgatunek kwiczołów, nieco od nich większe (?), szczuplejsze (wychudzone?), jaśniejsze, błyskawicznie objadały przemrożone owoce, mocno pod jarzębinami śmiecąc. Podczas biesiady wydawały ciągły, trudny do określenia terkotliwo-skwierczący, przyciszony dźwięk. Piszę o nich z pytajnikiem, bo z innymi, ciemniejszymi kwiczołami mam narastający od trzech lat problem w Karlinie. Z parku, na granicy którego mieszkam, całkowicie wyparły bardzo przeze mnie lubiane, czarne, pięknie i stale o jednakowej porze dnia koncentrujące kosy, które zawsze chętnie towarzyszyły mi w upalne dni przy zraszaniu posesji. Były wyraźnie zadowolone, gdy z odległości kilku metrów kierowałem na nie mocno rozproszony strumień.Kwiczoły tak przyjazne nie są. Rozmnożyły się bardzo szybko, gniazdują nawet w granicznych tujach i bluszczach oplatających nasz budynek. W roku 2017, w brunatno-szarych chmarach błyskawicznie ogołacały ogrody działkowe z wczesnych porzeczek i borówek, niszczyły truskawki. Robią to bezkarnie – w Polsce objęte są ścisłą ochroną gatunkową (!).Teraz, najwyraźniej od dawna, wzdłuż obu chodników ulicy Piłsudskiego królują lipy.

Więcej dawnych wspomnień wiąże się ze szkolną stroną ulicy. Uliczne ogrodzenie ciągnące się przed szkołą białoruską tworzy narożnik z ogrodzeniem ulicy Zielonej, łączącej ulice Piłsudskiego i Armii Krajowej. W głębi, od strony szkoły, od kiedy sięgam pamięcią mieszka rodzina Aleksego Zina. Aleksy Zin - wielce w Hajnówce zasłużony menedżer przemysłu drzewnego i społecznik, obszernie opisany w internetowej Wikipedii, zmarł 23 września 1991 roku. Jego córka Alicja, moja rówieśnica i koleżanka z ławy szkolnej, zmarła w roku 2010. W domu przy ulicy Zielonej od ponad ćwierćwiecza mieszka rodzina jej brata Antoniego.Teren otoczony ulicami Zieloną, Piłsudskiego i Armii Krajowej to miejsce wspomnień szczególnych. To na nim istniał przez długie lata wielofunkcyjny Dom Kultury "Leśnik" z kinem, dechami pod dębem, bilardem i salami zainteresowań różnych.Wspomnienia związane z Kinem dotyczą przede wszystkim seansów z Heniem. Kiedykolwiek w trakcie oglądania filmu Henio zaczynał śmiać się głośno swoim becząco-ryczącym, celowo i niezwykle skutecznie modulowanym śmiechem, wszystkie głowy odwracały się ku nam. No to natychmiast odwracaliśmy głowy i my. Min osób siedzących za nami, pełnych zaskoczenia i zmieszania, nie zapomnę nigdy. Na dechach tworzących dużą platformę wokół dorodnego dębu odbywały się wieczorne tańce, przede wszystkim podczas wakacji. Przez pewien czas do tańca przygrywali bracia Pietuchowscy z Czworaków. Początkowo była to tylko platforma, później wokół niej ustawiono ławki, pod dębem muszlę dla orkiestry, pojawił się drobny handel oraz …bilety.

Nazwy dechy i patelnia często powracają we wspomnieniach osób dużo ode mnie młodszych :). Na piętrze, nad kinem chętnie spędzaliśmy czas na sali bilardowej. Oczekując na swoją kolejkę do stołu, „trenowaliśmy” żonglerkę bilami. Nasze umiejętności kończyły się na zgrabnej żonglerce dwiema bilami jedną reką, albo trzema oburącz. Po takich próbach zawsze z szacunkiem patrzę na wyczyny żonglerów cyrkowych :). Teraz istnieje tylko budynek, w nim handel. Sądząc po tablicach i reklamowych banerach wcale nie taki drobny, m.in. meble. Dąb i dechy zniknęły.

 

Za ukośnym skrzyżowaniem ulic Piłsudskiego i Armii Krajowej, zatrzymaliśmy się na międzyblokowym parkingu, przed wylotem ulicy Reja i dawnym narożnikiem Czworaków.

 

         

 

W blokach mieszkają podobno m.in. rodziny, które zrezygnowały z Czworaków.

Zaskakuje wielkość lip rosnących po obu stronach ulicy – albo one urosły za szybko, albo ja za szybko postarzałem.

Obiekty Zespołu Szkół Ogólnokształcących wybudowano w narożniku ulic Piłsudskiego i Reja w miejscu, które pamiętam jako goły plac ciągnący się wzdłuż ulicy Reja do piętrowego budynku stojącego za wylotem z czworakowej ulicy Kraszewskiego. W „piętrusie” mieszkali blisko z moimi rodzicami zaprzyjaźnieni państwo Stragankowie i dwaj moi koledzy Janek Mitiajew i jego młodszy brat Piotr. Od Henia mieszkającego od dawna w Saarbrucken Niemcy, ale często odwiedzającego Czworaki wiem, że „Piećka” zginął w wypadku na huśtawce.

Teren piętrusa, podobnie jak Czworaki, ogrodzony był płotem drewnianym. Przy narożniku płotu przez wiele lat skręcałem na plac, aby po przekątnej kończyć skrót przy narożniku ogrodzenia Leśnika.

 

W narożnej posesji Czworaków, na terenie obecnego Przedszkola mieszkał Stefan Szpakowicz. Kontakt ze „Szpakiem” urwał się, gdy rozjechaliśmy się do szkół średnich. Henryk odnalazł go i odwiedził w Olsztynie bodajże dopiero w listopadzie 2018. Po rozmowach przekazał mi ciekawostkę - w olsztyńskiej służbie zdrowia legitymację Stowarzyszenia Dzieci Wojny traktowano podobnie jak legitymację kombatanta, prawnie zapewniającą bezkolejkowy dostęp do specjalistów. W późniejszych moich rozmowach z Prezesem Stowarzyszenia i Stefanem  okazało się, że była to tylko krótkotrwale honorowana, lokalna inicjatywa olsztyńskiego oddziału Stowarzyszenia. Szkoda - z bezpośrednich kontaktów jednoznacznie wynika, że nasz rocznik szybkiego dostępu do specjalistów potrzebuje nieustannie. Niestety - mamy u władzy takich następców, jakich sobie wychowaliśmy. Stanowimy dla nich tylko uciążliwy balast więc "rozwarstwienie" pogłębia się - wzrost emerytur pozostaje daleko w tyle za wzrostem płac (!:().

 

Nieco dalej, od strony ulicy Piłsudskiego, mieszkali bracia Banasikowie - Mirek i młodszy, Bogdan. Z Mirkiem kombinowaliśmy papierosy dopóki mój Tata nie wykrył kryjówki, w której chowaliśmy je przed dorosłymi. Po wykryciu było gorąco, ale nałóg pozostał przez następnych 45 lat, a zaczął się bardzo wcześnie, w powtarzalnym od dawna trybie. W latach powojennych maluchami opiekowało się starsze rodzeństwo, dumne z umiejętności zaciągania się dymem papierosowym. Aby młodsi nie wypaplali tego rodzicom, starsi dawali im „sztachnąć się”. Wtedy oboje byli winni a przy okazji bywało wesoło, bo maluch po pierwszym "zaciągnięciu się" zwykle smarkał, kaszlał a łzy ciekły mu same.

Ale - maluchy mają swój honor. Po pierwszym wstydliwym zdarzeniu szybko opanowywali technikę „palenia” i brnęli w nałóg coraz głębiej, dumni ze swojej dorosłej umiejętności.

Mirek wyprowadził się do Słupska - tam widziałem się z nim po raz ostatni w roku 1959, podczas pobytu "na delegacji" z macierzystego zakładu w Hajnówce. Ze Słupskich Zakładów Przemysłu Maszynowego Leśnictwa przejmowałem dokumentację techniczną produkcji przyczep wywrotek. Bogdan mieszka w Zgorzelcu. Własne wypowiedzi zwykle rymuje :).

 

Od strony ulicy Reja, za widocznym na fotografii narożnikiem oraz za skrzyżowaniem ulicy Reja i Kraszewskiego mieszkali państwo Fijałkowscy, Stefan Marczyk, bracia Sergiusz i Lońka Martysiewicz, Bogdan Lewczuk, rodzina muzyków Pietuchowskich. Plącze się w mojej pamięci nazwisko Schabowskich, ale umiejscowić ich bliżej nie potrafię.

 

Po wykonaniu serii zdjęć skrzyżowania, wjechaliśmy na teren Czworaków ulicami Piłsudskiego i Staszica. Cel - rozmowy i kolejny zapis obrazów przebudowy, przy korzystniejszym niż uprzednio świetle i pogodzie. Na początku Staszica minęliśmy miejsce, w którym około 70 lat wcześniej solidnie stłukł mnie Kazik Bobkiewicz. Lubiliśmy się, ale podczas powrotu ze szkoły bezmyślnie zacząłem go drażnić. Najbardziej nie znosił przezwiska Bobek, więc powtarzałem je tak długo, aż dogonił mnie, przewrócił i skuł mój nos na tęczowo.

Przyjaźń przetrwała, obraz jego „późniejszej” twarzy odtwarzam w pamięci bez trudu, ale nie potrafię precyzyjnie określić wieku, którego ów obraz dotyczy. Sądzę, że początkowych lat siedemdziesiątych.

 

Nieco dalej, przed wjazdem w ulicę Prusa, minęliśmy miejsce bliskiego kontaktu z piorunem. Burza dopadła mnie, gdy akurat tamtędy wracałem ze szkoły. Oślepiający błysk i nieprzyjemny trzask dostrzegłem i usłyszałem jednocześnie. Nie jestem w stanie określić, jak długo leżałem na ziemi. Gdy ciężko przestraszony wstałem, nie widziałem nic poza żółtą poświatą z pływającymi w niej czarnymi nitkami. Przez długą chwilę nie wiedziałem co począć, jak zachować się dalej, ale… - żółta poświata powoli zaczęła jaśnieć, pojawiły się niewyraźne, ale znajome fragmenty ulicy. Do domu dotarłem z przekonaniem, że wszystko widzę normalnie. Później mój lęk wobec wyładowań atmosferycznych umocniło opowiadanie sąsiadów Kulgawczyków. W upalny burzowy dzień przez ich mieszkanie przeleciał piorun kulisty. Wpadł przez otwarte drzwi ganku, zawirował w kuchni, wyleciał przez otwarty lufcik nie czyniąc szkód. A mocno narozrabiać podobno potrafi…

W przekonaniu, że wszystko widzę normalnie trwałem do czasu badań przeprowadzonych w roku 1962 przez komisję rekrutacyjną do Wojskowej Akademii Technicznej. Komisja stwierdziła u mnie znaczną, „dyskwalifikującą” krótkowzroczność. Uważałem, że wszystko jest OK m.in. dlatego, że z wiatrówki, z różnych pozycji i odległości kilku-kilkunastu metrów trafiałem monety osadzone w korze dużych sosen. Było to strzelanie z biodra, bez celowania. /Zabawy z wiatrówkami trwały krótko. Zrezygnowaliśmy, gdy któryś z nas, podczas odstrzeliwania papierosa wstrzelił koledze "grzybka" w opuszkę kciuka. Konieczną była pomoc chirurga/.

 

Rozeźlony odmową skierowania na WAT próbowałem wykorzystać orzeczenie Komisji do urwania się ze służby w jednostce specjalnej – bezskutecznie. Pomogło dopiero wiele lat później – po staraniach w WKU Kołobrzeg uzyskałem kategorię D i „święty spokój” z wezwaniami na zgrupowania rezerwistów. Od czasu, gdy moja krótkowzroczność stała się "faktem bezspornym", noszę okulary, widzę dzięki nim lepiej i sadzę, że prawdziwym powodem dyskwalifikacji był brak pożądanej, pezetpeerowskiej rekomendacji. 

 

Po uzupełnieniu zdjęć i rozmowach ze znacznie młodszymi ode mnie mieszkańcami (starsi nie żyją albo mieszkają poza Hajnówką) – Adamczykami: Władkiem i Krysią z domu Jaszczuk; Gienkiem Młynarczykiem i jego synem oraz panią X z domu Łukasik w pięknie rozbudowanej dawnej siedzibie Paszkiewiczów - pojechaliśmy w stronę osady Topiło. Minęliśmy gęsto obecnie zabudowany dawny plac targowy i najbliższy niegdyś sklep na Majdanie. Przez wiele lat, na polecenie mamy robiłem w nim drobne zakupy. Najchętniej biegałem po świeży, pachnący chlebek. Wracałem zawsze po przekątnej placu – odległość niewielka, ale zawsze zdążyłem sporą część pachnącego bochenka uskubać.

W czasach racjonowania artykułów spożywczych bywało, że w kolejce stawali w sklepie wszyscy wolni członkowie rodziny. Kombinowanie z kilkakrotnym powracaniem do kolejki o różnych porach dnia bywało bezskutecznie – racjonowany towar znikał błyskawicznie.

 

Zdarzało się, że na Majdanie, w pobliżu sklepu, u właściciela pięknej jabłoni kupowaliśmy jabłka. Później Tata przywoził z lasu „dziczki”, sadził w ogrodzie i – jak zwykle - …eksperymentował. Szczepił, okulizował i bywało, że na jednym jabłoniowym pniu stopniowo dojrzewały 3-4 różne gatunki, od papierówek do "zimówek" :).

 

Rozpoznając ulicę Piłsudskiego do końca, na krótko przystanęliśmy przy przejeździe przez tor warszawski.

 

               

Do kiedy sięgam pamięcią, Hajnówka nigdy nie miała solidnej górki. Tor warszawski był i jedyny i najbliższy. Tyle tylko, że miał i ma niezbyt przyjaźnie uformowaną podstawę. Zjazdy odbywały się na wysokości starych drzew widocznych na fotografii środkowej. Stromy zjazd miał nad podstawą sosnowego lasu poziomą, ponad metrową półkę. W sprzyjających warunkach, przy zbitym zmrożonym śniegu wypełniającym łuk między stromym zjazdem i półką, sanki z saneczkarzem wylatywały w górę i twardo lądowały wśród sosen, niekiedy na pniu którejś z nich. Równie często gwałtownie wrzynały się w półkę, pozostawały na niej, a dalszy zjazd odbywał się na czterech literach.

Dalej, za wiaduktem pod którym przebiega tor białowieski, miałem kłopotliwy wypadek. Podczas samotnej wędrówki na wojskowych, nieco przydługich nartach pożyczonych od sąsiada, Zbyszka Adamczyka, z ogromną przyjemnością „ukosowałem” mocno zaśnieżony nasyp. Pod bardzo łagodnym kątem wspinałem się pod górę i pod takim samym kątem w spokoju i kompletnej ciszy zjeżdżałem. Do czasu, gdy przy kolejnym zjeździe trafiłem na przysypany śniegiem, mocno wygięty konar (?). Prawa narta zsunęła się po nim na lewą, skrzyżowały się, upadłem na tyle pechowo, że wyplątywanie się z nart trwało sporą chwilę. Dalszą jazdę uniemożliwił ostry ból w kostce - z nartami na ramieniu, z trudem dokuśtykałem do domu. W nastawieniu zwichnięcia pomógł lekarz, ale noga przez kilka dni nie chciała zmieścić się w bucie.

 

Za przejazdem przez tor warszawski, spory obszar pomiędzy warszawskim i torem białowieskim zajmuje dzielnica Międzytory. Bywałem tu u szkolnych kolegów. 

Na załączonej fotografii nie znajduję nic znajomego. Pamiętam też bardzo mało - późnojesienny dzień z resztkami pierwszego, zanikającego śniegu, ciemnoszare, podobne do siebie domy. Przy jednym z nich bezlistna jabłoń z nielicznymi, resztkowymi jabłkami, pod nią klatka z tchórzami (?). Pamiętam wspaniały smak zziębniętych jabłek i ostrzeżenie, abym nie zbliżał dłoni do klatki, bo agresywne zwierzaki odgryzą mi palce. Czyj to był dom – Wieśka czy Zbyszka, uściślić już nie potrafię.

W roku 2016, swojsko - jak dawniej, wygląda tylko tor. Międzytory zmieniły się podobnie jak Czworaki. Trudno odnaleźć dwa jednakowe budynki. Z daleka – pstrokacizna.

Kilkunastokilometrowe odcinki kilku linii wąskotorowych wybiegających w głąb Puszczy Białowieskiej z terenu niegdysiejszej parowozowni, trwale pozostają w mojej pamięci. Zwykle wiążą się z nimi wydarzenia drobne, mało znaczące dla osób postronnych - dla mnie emocjonujące, często w dziecięcym rozumieniu nawet niezwykłe.

Teraz, w roku 2016, nie ma parowozowni, mini parowozów, wózków i drezyn – jest ładnie zagospodarowany teren z siedzibą Nadleśnictwa Hajnówka, stacja z kasą biletową, „motorowy” tabor wąskotorowy przystosowany do obsługi turystów, rozległa wizualna prezentacja historii Puszczy, jej zasobów i form eksploatacji. Jest ponadto duży, często zatłoczony parking.

Jazda kolejką po siedemdziesięciu latach wspaniale pobudza wspomnienia i wyobraźnię. Niezależnie od liczby uczestników przejazdu i gwaru ich rozmów, łatwo można wyizolować się, zatopić we własnych myślach, klekocie kół na złączach torowiska i obrazach przemykających wzdłuż toru. Ilość zapamiętanych wydarzeń lawinowo wzrasta od miejsca, w którym do torowiska dołącza droga od strony Sacharewa - w dojazdach rowerami korzystaliśmy z niej najczęściej, a co najmniej raz zdarzyła się nam wędrówka piesza. Drugiej nie ryzykowaliśmy – pokonanie odcinka przebiegającego w poprzek rozległego grzęzawiska doliny Leśnej, do przyjemnych nie należało, szczególnie w środku lata. Komary, bąki, gzy, ślepaki i wszelkie inne szybko latające krwiożercze tałatajstwo ostro atakowało wszelkie odsłonięte części ciała nawet szybko przemieszczających się osób. Podobno także turystów korzystających z kolejki (tak twierdziła w roku 2015 prawnuczka naszej hajnowskiej sąsiadki, mieszkająca w Białogardzie, zatrudniona w Karlinie,– poznaliśmy się przypadkiem).

Napisałem „podobno” z powodów konkretnych – w roku 2016 Topiło odwiedziliśmy 3-krotnie, raz kolejką, dwa razy samochodem – nas, poza jednym mizernym kleszczem, nie zaatakował żaden stworek (?). 

Jazda rowerem wzdłuż toru kolejki nie należała do łatwych także z innych powodów. W wąskiej ścieżce, w przypadkowych odległościach zdarzały się niespodzianki - zagłębienia wypełnione grząskim piaskiem podczas suszy, maskowane wodą po każdej ulewie. Lądowania w pobliskim rowie zdarzały się nawet najlepszym, ale …była to trasa o sześć (?) kilometrów krótsza od samochodowej.

Na jednej z takich pułapek, w rowie wylądował niegdyś mój ojciec. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem „całą serię” jego przekleństw. Ta seria to bodajże cztery razy powtórzone jedyne przekleństwo, jakie przez całe swoje życie u ojca usłyszałem – psia mać!

Zdarzenie o którym piszę – jak większość innych, przytrafiających się ojcu – miało niecodzienny ciąg dalszy. W bliskim, smolisto-czarnym, około dwumetrowej szerokości rowie, prostopadle dobiegającym do torowiska ojciec zauważył ruch w płytkiej wodzie. Coś (?) na jej powierzchni bardzo szybko, w różnych miejscach, kreśliło różnej długości łamańce. Ojciec orzekł, że takie zanikające ślady tworzą miotające się w wysychającej wodzie szczupaki. Jak się tam dostały??

Wróciliśmy w to miejsce w dniu następnym, wyposażeni w specjalny podbierak, rozpięty na dwóch sosnowych tyczkach połączonych poprzeczką. To rzeczywiście były szczupaczki, małe -30-centymetrowe, smukłe z niedożywienia jak morskie belony.

Po kolejnym upalnym tygodniu, z rowu zniknęła woda i …szczupacza młodzież (?).

 

Specjalnej uwagi wymagał przejazd przez dolinę rzeki Leśna. Piaszczysta ścieżka, podwyższony nasyp kolejkowy i grzęzawiska nadwodne zmuszały do szczególnej ostrożności. Reszty dopełniały owady z rozległego, otwartego terenu. Spróbowałem kiedyś sprawdzić, co pływa w otwartej wodzie pod mostem. Podawałem na haczyku kolejno różne przynęty – spławik nawet nie drgnął. Po latach wcale się nie dziwię – widok chłopca na moście, rozpaczliwie oganiającego się od chmury agresywnych owadów, wypłoszyć mógł najgłodniejszą rybę…

 

Podczas jazdy w roku 2016 bardzo byłem ciekaw, co zobaczę za Doliną Leśnej. Nie dostrzegłem nic szczególnego, żadnych śladów po nawałnicy, która ponad sześćdziesiąt lat wcześniej, w co najmniej 30-metrowej szerokości pasie, długim jak sięga oko, wyłożyła wszystkie drzewa. Pas przecinał torowisko kolejki pod kątem około 70 stopni. Potężne świerki wyrwane z bryłami korzeniowymi sięgającymi trzech metrów, ułożone koronami w jednym kierunku, równolegle do ścian pasa, wyglądały niezwykle – precyzyjny porządek w monstrualnym chaosie!

Zwalone drzewa dokładnie zatarasowały torowisko i przytorową ścieżkę rowerową – pokonaliśmy ją z trudem, mozolnie wyszukując możliwości przeciągnięcia rowerów pod lub przerzucenia nad leżącymi drzewami. Trudziliśmy się w milczeniu, ciężko wystraszeni tym, co godzinę wcześniej wydarzyło się nad Leśną, przy Olemburskiej Drodze.

 

Zwykła chłopięca ciekawość poniosła mnie tam dwa tygodnie przed nawałnicą. Chciałem sprawdzić, co dzieje się z odpływem wody z basenów drzewnych, zbudowanych na rzece Perebel. Nadal nie wiem – na mapach nitka znika, teren strumyka okazał się niedostępny, więc dojechałem do mostu nad Leśną.

Przy moście zastałem grupę mężczyzn z jakąś nietypową furgonetką, szerszą od Nysy i Żuka. Akurat znosili niewód na koniec wolnego od roślinności, kilkudziesięciometrowego odcinka rzeki przed mostem. Stamtąd przerzucili na drugi brzeg krótki, ciężki kołek z podwiązaną liną od skrzydła niewodu. Idąc po obu brzegach przeciągnęli sieć do mostu, górą złączyli skrzydła i wyciągnęli matnię na brzeg.

Tylu różnej wielkości szczupaków jednocześnie, nie widziałem nigdy wcześniej i nigdy później (nawet w filmach o śródlądowych rybakach). Do dnia dzisiejszego nie potrafię sobie wytłumaczyć, skąd i dlaczego zebrało się ich aż tyle tam, na czystej wodzie. Zawsze byłem i jestem do dzisiaj przekonany, że szczupaki preferują przeróżne kryjówki.

Odławiacze załadowali ryby do skrzynek, zwinęli sprzęt i odjechali nie zwracając na mnie uwagi. Kolega w Hajnówce, któremu opowiedziałem zdarzenie, zapalił się natychmiast. Zapewnił, że nałowi karasi, nalegał, był pewien, że podane na haku skuszą szczupaka w każdym oczku wodnym. Karasi nałowił rzeczywiście (podobno w bajorach przy ulicy Dworcowej) – pojechaliśmy.

Z Olemburskiej Drogi zjechaliśmy na stronę prawą, przy granicy lasu i łąki. Gdy prowadziliśmy rowery na ukos ku rzece, wszystko wydawało się normalne – słońce po lewej, upał, rzadkie, półprzezroczyste chmurki nad granicą lasu, nawet dalekie grzmoty za jego ścianą. O wyładowaniach przy lekko zamglonym niebie często słyszeliśmy od osób starszych, że grzmi na piękną pogodę, sprawdzało się to, więc spokojnie brnęliśmy dalej. Dziwiła nas tylko absolutna cisza przerywana dalekimi grzmotami i chrzęstem naszych kroków. Nie zatrzepotał ani zakwilił ptak, nie drgnął żaden listek. Przy rzece, podczas uzbrajania długich, leszczynowych, jednorazowych „wędzisk” wyładowania nabrały mocy, zaczęły zbliżać się szybko. Pojawiły się błyskawice, słońce przybladło, nagle gwałtownie uderzył wiatr. Porzucając wędkarskie akcesoria, rowery i wszystkie metalowe drobiazgi pobiegliśmy w stronę kępy młodych świerczków rosnących na skraju starego lasu. Zanim deszcz nas przemoczył, zwinęliśmy nasze ubrania aby – na golasa - chronić je pod własnym ciałem. Pod mizernymi gałązkami młodej świerczyny, dygocąc bardziej ze strachu niż zimna, w niewygodnej pozycji „w kucki” przetrwaliśmy wichurę, ulewę i kanonadę częstych, bliskich piorunów. Najbliższy, jednocześnie z błyskiem uderzył w dorodny strzelisty świerk odległy od nas co najwyżej o czterdzieści metrów. W chwilę później widzieliśmy, jak od góry, na całejdługości jego pnia oddziela się głęboka, klinowa drzazga…

Gwałtowne załamanie pogody skutecznie wygasiło nasz wędkarski zapał. Karasie trafiły do rzeki, my na przeszkodę z powalonych drzew. W Hajnówce deszcz nawet nie pokropił...

 

Przejazd kolejką stanowi sporą frajdę przede wszystkim dla turystów-nowicjuszy. U bywalców sprzed co najmniej kilku dziesięcioleci wywołuje uczucia mieszane. Widok pustych, zarośniętych chwastami składnic, na których niegdyś tętniło życie, i cieszy, i przygnębia. Przygnębia także niemal zupełny brak dawnych puszczańskich olbrzymów, martwią wieloletnie spory na temat racjonalnych zasad współistnienia Puszczy i ludzi.

 

Wszyscy „Puszczę kochają”, chcą ją chronić. Jedni - poprzez radykalne usuwanie chorych i martwych drzew, wprowadzanie w ich miejsce nowych zalesień dostosowanych do aktualnych warunków glebowych oraz bieżącą aktywną ich ochronę. Drudzy – poprzez zakaz wszelkiej ingerencji człowieka, aby Puszcza mogła odradzać się sama. Spory trwają, trwa wycinka i protesty, a kornik w trybie ekspresowym, na miarę klęski ekologicznej, zamienia w świerkowe cmentarzyska rozległe partie Puszczy, wcześniej znacząco osłabionej rabunkowym, przemysłowym pozyskiem drewna. Serce boli, dręczy bezsilność i …wstyd.

Wzdłuż kolejkowej linii Hajnówka-Topiło tragiczne skutki plagi kornika nie są widoczne. Z wagoników kolejki ogląda się przede wszystkim „leśną młodzież”, która do miana PUSZCZA – w moim jego rozumieniu – po prostu jeszcze nie dorosła. Główny dowód, że przejazd odbywa się jednak przez Puszczę, stanowi dziewiczy, leśny chaos, bez śladów działalności człowieka, innych niż drogi i ich turystyczne oznakowania.

W osadzie Topiło turyści mają 1-godzinną przerwę, trasę wokół zbiorników, w których niegdyś magazynowano ogolone z gałęzi kloce, bar i sklep z regionalnymi gadżetami oraz długie kolejki do wszystkiego, także do …miejscowego kibelka.

Przejażdżkę gorąco polecam. Sam chętnie powtórzyłbym ją zimą i wczesną wiosną, gdy oko kamery sięga daleko w głąb lasu…

Jesienny wypad w góry, to sprawka głównie naszej "młodzieży", Magdy i Pawła. Akurat byli umówieni z przyjaciółmi na kilkudniowy pobyt w Szklarskiej Porębie, miejsca w samochodzie mieli wolne, zaproponowali je nam. Za jazdą w charakterze pasażera raczej nie przepadam, bardziej mnie to męczy niż jazda za kierownicą, ale wyłgać się nie miałem jak. W ubiegłym roku nie dałem się namówić na wspólną jazdę do Paryża, pokryłem swoją część kosztów i pozostałem w domu - Irena wymawia mi to przy byle okazji i chyba ma rację, bo moje obawy przed daleką podróżą w upalne lato nie miały sensu skoro samochód ma dobrze działającą klimatyzację a zakwaterowanie w centrum Paryża, w pozostawionym do naszej dyspozycji prywatnym mieszkaniu było bardzo wygodne. Wróciła bardzo zadowolona, ale nadąsana, że na bieżąco nie mogła dzielić się ze mną wrażeniami. Ja też tego bardzo nie lubię, więc często miewam pod ręką aparat albo kamerę (albo jedno i drugie!) po to, by  wszystko, co mnie interesuje i cieszy, możliwie najwierniej utrwalić. A co potem? 

Niegdyś (natrętnie?) próbowałem prezentować swoje fotki i nagrania każdemu, kto do mnie trafiał. No i zdarzało się, że gość, po kilku minutach grzecznego zainteresowania zaczynał się niecierpliwić. Pokaz natychmiast zamykałem, a kiedy rozmowa schodziła na politykę albo zwykłe ploteczki, odruchowo i nie zawsze grzecznie zgłaszałem poglądy przeciwstawne prezentowanym przez gościa. Wynik do przewidzenia. Takie kontakty urywały się szybko i tak naprawdę - mimo dość często okazywanego szacunku za inne dokonania - chyba nikt mnie nie lubi. Wielokrotnie obrywam za to od Ireny, ale ani moje zainteresowania ani charakter, zmianie nie uległy.

Dlaczego teraz upycham wszystko na stronie internetowej, przede wszystkim dla własnej przyjemności i podtrzymania własnej pamięci. Internetowy licznik informuje, że mam już ponad 1300 subskrybentów. W większości z Indonezji. Wygląda na to, że Polska jest dla nich krajem interesującym i uważam, że rację mają.

 

Aby zachować stosowną odległość od młodzieży, wybraliśmy Karpacz. 

 

Pobyt i zakwaterowanie od późnego wieczora w środę do przedpołudnia w niedzielę, uzgodniłem z właścicielką pensjonatu DOROTA. Rzeczywisty termin uległ przesunięci o jeden dzień, bo do Karlina na środę zjechał jakiś niemiecki kandydat na inwestora, a to już służbowa działka Magdy. Łatwiej było (od strony służbowej)  przesunąć nasze terminy niż datę jego przyjazdu.

Wyjechaliśmy w czwartek, krótko po siedemnastej z założeniem, że pokonanie prawie 500-kilometrowej trasy przez Szczecin, Gorzów, Zieloną Górę i Legnicę zajmie nam około siedmiu godzin. Mimo przekonania, że dojedziemy wcześniej, właścicielkę pensjonatu uprzedziłem żartem, że przed północą będziemy już u niej. Dojechaliśmy po!

 

Początek podróży takiego obciachu wcale nie zapowiadał. Od startu jechać musieliśmy wolno w bardzo nasilonym w obu kierunkach ruchu TIRów. Kilka odcinków robót drogowych jeszcze bardziej obniżyło przeciętną, ale skutecznie załatwiła nas dopiero nawigacja satelitarna. Jechało się z nią nawet przyjemnie. Spokojne zapowiedzi wszelkich skrętów i wyraźnie widoczny na wyświetlaczu, żywy obraz komentowanej trasy oraz jego zgodność z tym, co w światłach drogowych widać było przed samochodem, tak dalece uśpiły czujność Pawła, że po błędnym nakazie, jaki zaserwował nam satelitarny nawigator w okolicy Kowar, w środku nocy bezkrytycznie dał się wyprowadzić na autentyczne manowce.

 

 

 

Paweł zawsze bardzo nerwowo reaguje na każdą krytykę jego jazdy, więc długo milczałem. Milczałem gdy skończył się asfalt, milczałem gdy jechał drogą odgrodzoną od pól żerdziami, milczałem, gdy wjechał na leśną wąską i zarośniętą  drogę, ale kiedy na tejże drodze dwu, czy nawet trzykrotnie głośno przytarł podwoziem sterczące z drogi kamienie, wrzasnąłem (!) by zatrzymał się wreszcie, bo takie wertepy drogą satelitarną do Karpacza być w żadnym razie nie mogą.

 

 

Syn jakby się ocknął. Stanął, wysiedliśmy z samochodu. Minęła godzina dwudziesta trzecia. Pracę silnika głuszył bliski szum wody, więc podeszliśmy sprawdzić, skąd pochodzi. Niespełna trzy metry przed nosem samochodu droga urywała się ostro, a w wąwozie, dwa metry poniżej, szumiał po kamieniach potok. Gdybyśmy w dalszym zaufaniu do nawigacji przejechali krawędź drogi, z wąwozu mógłby nas wydobyć tylko samojezdny dźwig.

Przyczynę zwłoki odmeldowałem właścicielce pensjonatu, przeprosiłem i rozpoczęliśmy odwrót. Manewr nawrotu udało się zrealizować tylko dlatego, że stanęliśmy akurat na maleńkim niby placyku wyglądającym trochę tak, jakby zawracały już na nim inne ofiary nawigacji. Paweł musiał nieźle nakręcić kierownicą. Na jazdy przód-tył, z dokonywaniem 

 

 

 

 

własnej golizny. Zestawienie golizny i śniegu nieco szokowało, ale tylko przez chwilę. Wystarczyło stanąć w osłoniętym, nasłonecznionym miejscu - odpowiedź nasuwała się sama.

Rodzina 3+ to Irena w stanie błogosławionym, ja i 2,5-roczny Paweł.

Zdjęcia wykonał i udostępnił przed końcem turnusu ktoś z naszej grupy. Mieliśmy ich więcej - pozostałych nie odnalazłem.

Z wczasów wracaliśmy pociągiem. W okolicach Jeleniej Góry zwracaliśmy uwagę na pąki drzew, mocno nabrzmiałe wiosną. Drzewa w Karlinie spały snem zimowym - ruszyły ponad dwa tygodnie później.

Ale - ze starszą o pięć lat siostrą zupełnie serio planujemy pobić rekord naszego Taty. Przeżył lat 91 (!). Przed nami spory kawał czasu, zdarzyć się może wszystko, jednakże liczą się chęci, a mamy je ogromne. Powtarzam - pożyjemy, zobaczymy.

Ponieważ wciąż irytuje mnie fakt, że obrazy oraz wydarzenia które utkwiły w zakamarkach pamięci blakną, tracą ostrość, gubią szczegóły a miejsca z nimi związane nieustannie, nieodwracalnie, zmieniają swój wygląd i charakter, zapisuję co pamiętam, konfrontuję z tym co teraz. Zawsze, gdy jest to możliwe, załączam nagrania i fotografie. Dla emeryta to spora frajda – tyle tylko, że trudna do pogodzenia z zaleceniami lekarzy, nakazujących ruch na świeżym powietrzu...

Konfrontacji najstarszych osobistych wspomnień z tym co teraz, służył nasz krótki (!) - sierpniowy pobyt w Hajnówce, w roku 2016, prezentowany w playliście uzupełnianej dorywczo, w nielicznych wolnych chwilach. Zapis trasy dojazdowej (633 km) załączam.

 

Uzupełnienie z grudnia 2019 - CZARNA SERIA. Na przestrzeni październik-grudzień 2019: siostra w Lublinie - udar. Porusza się z chodzikiem. Irena - b. poważna operacja w Warszawie, 30 grudnia ma stawić się w szpitalu na dalsze leczenie. Ja - po ponad 22 latach jazdy na bypassach w grudniu rozległy zawał. Po tygodniu wróciłem do domu aby ponownie, 28 stycznia stawić się w szpitalu na cd udrażniania !! W zestawieniu z pozostałymi niesprawnościami wygląda to mizernie...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

IMGP9631-W-Białogardzie 2011

 

 

Ciechocinek-2010

 

 

DSC_1889-sm Darłówko 2019

 

 

DSC_1874-sm Darłówko 2019

 

 

DSC_1919 Dąbki 2019 sm

 

 

DSC_1608-Dźwirzyno-2019

 

 

DSC_5316-Gdańsk-2015

 

 

FB

YT

Dobór opon

Polska - miejscowości i trasy.

Białogard. 

Miasto powiatowe z obszarem administracyjnym obejmującym m.in. Karlino. Materiały foto-wideo oraz komentarz - w przygotowaniu. Aktualnie dostępne materiały wideo poniżej:

- Ulice Białogardu

- Na pasach w Białogardzie.

Barwice.

Białogard

Biesiekierz

Bobolice

Borne Sulinowo

Brody

Bydgoszcz

Byszyno

Ciechanów

Ciechocinek

Darłowo

Darłówko

Darłówko

Dąbki

Dąbkowice

Dąbrowa Górnicza

Dolina Charlotty

Domacyno

Dychów

Dygowo

Dziwnów

Dźwirzyno

Głąb Ponde Rosa

Gosań

Gościno

Grodno Z-pomorskie

Grzybowo

Gubin

Hajnówka

Jasień Żarski

Jelenia Góra

Jeziory Wysokie

Karlino

Karpacz

Kluczewo

Kłodzko

Kołczewo

Kołobrzeg

Koszalin

Kowary

Krosino

Książ

Lipie

Lubiechowo

Lublin

Kraśnik

Lubsko

Łazy

Mielno

Międzyzdroje

Mrzeżyno

Niechorze

Nieszawa

Nosówko

Nysa

Narewka

Opole

Osówko

Podczele

Podczele

Poczernino

Polanica

Polanów

Połczyn Zdr.

Prosino

Rąbino

Rewal

Rogowo

Rościno

Rymań

Sławomierz

Spyczyna Góra

Strzekęcino

Sarbinowo

Strzeszyn

Szczecin

Szczecinek

Szklarska Poręba

Szwajcaria Połczyńska

Świebodzin

Świnoujście

Tczew

Toruń

Trzebieszewo

Turów

Unieście

Uraz

Ustronie Morskie

Wałbrzych

Wałcz

Wicewo

Włocławek

Wolin

Zakopane

Zieleniec

Złocieniec

Zwinisław

Żagań

Żary

Augustów

Białowieża

Białystok

Czaplinek

Barwice

Częstochowa

Duszniki Zdrój

Gdańsk

Gdynia

Goleniów

Gniew

Kamień Pomorski

Kazimierz Dolny

Mikołajki

Myczkowce

Polańczyk

Przasnysz

Puck

Solina

Sopot

Trzebiatów

Warszawa

Wigry

Wrocław

Szymbark

Smołdzino

Łeba

Augustów.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Białowieża.

Wideo: Hajnówka-Białowieża / Białowieża-Kosy Most /.

Pozostałe materiały do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Białystok.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Biesiekierz.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Bobolice.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Borne Sulinowo.

Brody.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Bydgoszcz.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Byszyno.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Ciechanów.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Ciechocinek.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Czaplinek.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Częstochowa.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Darłowo.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Darłówko.

Wideo: Statek Król Eryk I / Tramwaj wodny / Darłówko 2019.

Darłówko odwiedzam od roku 1963. Po raz pierwszy - jako specjalista Wojewódzkiego Zarządu Państwowego Przemysłu Terenowego w Koszalinie, oddelegowany do Sławieńskich Zakładów Przemysłu Terenowego w Darłowie w sprawie przygotowania i wdrożenia w tamtejszych Zakładach NTU (norm technicznie uzasadnionych). Cdn...

Powrót do menu

Dąbki.

Wideo: Jezioro Bukowo / Dąbki 2019.

Nadmorską wieś Dąbki poznaję od lat sześćdziesiątych. Zawsze tylko pobieżnie - nawet podczas turnusu wypoczynkowego w jednym z nielicznych ośrodków podobno całorocznych. Najsilniejsze wspomnienia pochodzą właśnie z turnusu – niemiły wieczorny chłód w słabo nasłonecznionym pokoju, własny pływacki przestrach i wspaniałe wędkarskie chwile spędzone z synem nad górną Grabową, poniżej Elektrowni Nowy Żytnik.

W latach, które wspominam, na wysokości wsi daleko w morze wybiegały wąskie płycizny oddzielone znacznymi pogłębieniami. Podczas swobodnego przepływania na odległą sąsiednią płyciznę, w połowie dystansu dopadł mnie wodny uraz z dzieciństwa. Zmieniłem kierunek w stronę odległego brzegu – ciężko przestraszony i usztywniony bezmyślnie rwałem ku niemu tak długo, aż wyczułem pod sobą plażowy piasek!

Na odległej o 35 km rzece zachęcałem syna do precyzyjnych rzutów w miejsce, w którym zauważyłem powtarzające się wyjścia pstrąga. Gdy nie trafił w nie kilkakrotnie, przejąłem jego spinning. Piękny pstrąg strzelił, gdy błystka zaledwie musnęła wodę. Syn wciąż to pamięta, ale chętniej wypływa na połowy morskie…

Powrót do menu

Dąbkowice.

Wideo - Jezioro Bukowo / Dąbkowice 2019.

Na drodze dojazdowej do Dąbkowic obowiązuje zakaz wjazdu. Pozwolenie na dojazd autem do obiektów wypoczynkowych wydają organizatorzy wypoczynku. W lato ruch jest intensywny, szczególnie w dniach, gdy na plaży królują chłodne wiatry :).

Powrót do menu

Dąbrowa Górnicza.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Dolina Charlotty.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Domacyno.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Duszniki Zdrój.

Wideo: Runda Dusznickim Skibusem /

Pozostałe materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Dychów.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Dygowo.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Dziwnów.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Dźwirzyno.

Materiały wideo.

Dźwirzyno odwiedzamy od roku 1972. Przy różnych okazjach, nie zawsze w lato. Z przyjemnością rejestrujemy szybko postępujące zmiany. Większość, to zmiany imponujące, nastawione głównie na obsługę turystów. Powstają pensjonaty, osiedla domków wczasowych i - jak wszędzie nad morzem - ekskluzywne, wysokiej klasy "szklane domy".

14-07-2019 niedzielne „wolne chwile” i przyjazną pogodę wykorzystaliśmy na kolejny wyjazd do Dźwirzyna, aby – jak zwykle, przy okazji – zarejestrować obrazy zmian w miasteczku i na trasach: dojazdowej p. Dygowo oraz powrotnej p. Gościno.

Dojazd przez Dygowo pozostaje niezmienne fatalny. Za wyjątkiem krótkiego odcinka na wysokości Mokradeł Pyszka, na którym przyzwoitą nawierzchnię ułożono przy okazji odtwarzania Mokradeł (odtworzonych z finansowym wsparciem unijnym). Cała reszta to w znaczącej większości wyboje i niebezpieczne uskoki na obrzeżach.

Tuż za osadą Pyszka intensywnie rozbudowuje się i zwiększa swoją ofertę Park Pomerania – park rodzinnej rozrywki. Ogromna ilość „zaparkowanych w Parku” aut świadczy o jego wielkim powodzeniu. Sporo zdjęć udostępniono na stronie Pyszka – Mapy Google. Najnowsze dzieło, to zbiorniki i kanały wodne z pływającymi gadżetami.

Kolejne znaczące zmiany zachodzą tuż przed Kołobrzegiem, w rejonie bezkolizyjnego skrzyżowania z budową trasy S6. Powstały nowe ronda. Pierwsze rozprowadza ruch na drogę 163 i oba kierunki S6, następne umożliwia objazd miasta obwodnicą. Właśnie z tej obwodnicy korzystamy przy dojazdach do Grzybowa, Dźwirzyna, Rogowa a bywa, że stamtąd również do Mrzeżyna, Trzebiatowa i dalej …ku Słońcu. Obwodnicą z rondami jeździmy płynnie, bez wyczekiwania w korkach na zmianę świateł, ale omijamy Rondo Kardynała Ignacego Jeża z miłą dla oka „łabędzią kompozycją” (patrz http://youtu.be/qeZyg_p5N3c).

Parkingi: w Grzybowie, przy plaży naturystów przed Dźwirzynem i w samym Dźwirzynie tradycyjnie zatłoczone, nawet za znakami zakazu zatrzymywania się i postoju.

Na plażę schodzimy zwykle obok Hotelu Senator. Tu zmiany poważne. W miejscu dawnego placu zabaw stoją dwa potężne dźwigi, trwa budowa kolejnego segmentu. Podobno ma powstać budynek 5-piętrowy z dwoma piętrami poniżej poziomu gruntu. W planie podziemne garaże. Ale to wiadomość bez formalnego potwierdzenia.

Dawną ścieżkę do plaży, wyłożoną taśmą gumową, zastąpił deptak z kostki brukowej i solidne zejście na plażę. Na plaży rozstawiono biały hotelowy sprzęt, leżaki, parasole. Ustawiono plażowy bar, krąży plażowa obsługa w strojach firmowych.

Po plażowaniu i opuszczeniu zaprzyjaźnionego parkingu ruszyliśmy „w miasto”. W poszukiwaniu miejsca do parkowania objechaliśmy wiele ulic, w tym także nieoznakowaną ślepą, z bardzo kłopotliwym nawrotem. Wolne miejsce znaleźliśmy przy Biedronce, wolne od opłat przez 60 minut (!).

Godzina ze sporym zapasem wystarczyła na dojście do Kanału Resko i zakup kilku porcji tatara z łososia.

Wróciliśmy przez Zieleniewo, przez imponujące skrzyżowanie z trasą S6 w Rościęcinie oraz Gościno. Ta trasa, dłuższa zaledwie o ok. 3 km, jazdę przyjemną zapewnia na znacznie dłuższych odcinkach niż trasa wschodnia.

W niedalekiej przyszłości zamierzam dojechać i „uwiecznić” S6 nad Parsętą w Rościęcinie oraz jej imponujące bezkolizyjne skrzyżowania.

Pozdrawiam :).

Powrót do menu

Gdańsk.

Powrót do menu

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Gdynia.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Głąb Ponde Rosa.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Gniew.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Goleniów.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Gosań Klif.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Gościno.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Grodno Zachodniopomorskie.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Grzybowo.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Gubin.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Hajnówka.

W starej wersji www, we wstępie pisałem:

Mam nadzieję, że 15 października 2017 roku ukończę 77 lat. Co będzie dalej – pożyjemy, zobaczymy.

Wszystko jest prawie OK - niepokoi mnie tylko wrażenie, że czas płynie coraz szybciej. Narasta obawa, że nie zdążę zrealizować jesiennej podróży koleją transsyberyjską, zwiedzenia RPA, norweskich fiordów i spotkania z Durzyńskimi, którzy w ramach „zielonej karty” wyemigrowali do Stanów :-(.

Użyłem określenia „wszystko jest prawie OK”. To „prawie” w skrócie przedstawia się następująco:

- ogólny stan zdrowia w opiniach lekarzy - "stosowny do wieku". W opiniach zawartych we wszystkich wypisach ze szpitali, do których co pewien czas „stosownie do wieku” trafiam - zawsze „dobry”.

- od dwudziestu lat, po zerwaniu z ponad 40-letnim nałogiem nikotynowym oraz zainkasowaniu by-passów aortalno-wieńcowych mam mostek powiązany drutami widocznymi na zdjęciach rtg, blizny od kostek do kolan, 20-kilogramową nadwagę, przeciążone nią stawy biodrowe, usunięty woreczek żółciowy i stan po zakrzepicy żylnej.

 

Jasień Żarski.

Powrót do menu

Jelenia Góra.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Jeziory Wysokie.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Kamień Pomorski.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Karlino.

Wideo: Karlino w październiku 2010 /.

W roku 2006 i latach późniejszych, na pierwszej osobiście skonfigurowanej, maksymalnie uproszczonej www.wyprawypontonowe.pl zamieściłem tekst o Karlinie naszpikowany odnośnikami:

„Oficjalne wiadomości o Karlinie udostępniane są na systematycznie aktualizowanych stronach m.in. www.karlino.pl, www.parseta.pl, www.karlino.eu. Świetnie przygotowany przez firmę vtour.pl „Wirtualny spacer po mieście” dostępny jest pod adresem http://karlino.pl/spacer/.

Kilka uwag oraz sugestii wynikających z prywatnych obserwacji i poglądów, pozwalam sobie dodać poniżej.

Powrót do menu

Powrót do menu

Karpacz.

1977 przełom marca/kwietnia.

Powrót do menu

Kazimierz Dolny.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Kluczewo.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Kłodzko. 

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Kołczewo.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Kołobrzeg.

Wideo: Rondo Kardynała Ignacego Jeża r. 2013. / 2016 Zaskakujące ślady w Marinie /

Pozostałe materiały do uzupełnienia po obróbce i montażu. 

Powrót do menu

Koszalin.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Kowary.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Kraśnik Lubelski.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Krosino.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Książ.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Lipie.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Lubiechowo.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Lublin.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Powrót do menu

Lubsko.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Łazy.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Łeba.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Mielno > Unieście.

Urlop w Mielnie>Unieściu po raz pierwszy spędziliśmy dopiero w roku 1973, w rok po podjęciu pracy w POM Karlino. Wcześniej, w zimie 1962/63 byłem tam bodajże dwukrotnie, ale bardzo krótko. Pracowałem wówczas w Wojewódzkim Zjednoczeniu Przedsiębiorstw Państwowego Przemysłu Terenowego w Koszalinie. w Pracowni Konstrukcyjnej. Zjednoczenie mieściło się w starej zabudowie z ogrzewaniem piecowym. Pracownia z podwójnym rzędem stołów kreślarskich zajmowała długą salę z jednym piecem ustawionym na jej początku. W mroźną zimę, nawet przy piecu rozgrzanym niemal do czerwoności, temperatura na końcu sali bywała bliska zeru. Szew Pracowni rzucał wówczas na biurko swoją futrzaną uszankę, zarządzał zrzutkę. Mnie, jako najmłodszego wysyłano po rum do herbaty a sam powiadamiał kadry, że pracę przerywamy. Zwykle wracaliśmy do domów, ale nie zawsze. Zdarzyło się, co najwyżej dwukrotnie, że rozgrzani "herbatą z prądem" jechaliśmy do Mielna na wydmowe ślizgawki. Z ówczesnej zabudowy zapamiętałem bardzo mało. W zimie, w dzień powszedni, była to po prostu senna osada.

W roku 1973 urlop otrzymałem na tyle niespodziewanie, że w eleganckim ośrodku wypoczynkowym administrowanym przez Wojewódzkie Zjednoczenie Przedsiębiorstw Mechanizacji Rolnictwa w Koszalinie, przekształconym od dnia 01-01-1974 w Zjednoczenie Technicznej Obsługi Rolnictwa, miejsca od dawna były zajęte. Wynajęliśmy pokój w prywatnym domku na granicy Mielno-Unieście. W roku 2020 po domku nie ma żadnych śladów.

Urlop spędzaliśmy spokojnie, z drobnym wyjątkiem. Pewnego dnia odwiedzili nas nowi, wielce rozrywkowi znajomi z Karlina. Wieczorem. po plażowaniu powędrowaliśmy na tańce. Było wesoło, głośno, alkoholowo, ale dla nas nieco za krótko. Skończyły się na długo przed świtem. Noc była gorąca i czarna jak smoła więc poniosło nas jeszcze na plażę. Spokojne, lustrzane morze kusiło, zachęcało do odświeżenia się. Błyskawicznie znaleźliśmy się w wodzie. Na pustej plaży pozostały tylko nasze "balowe" stroje. Kompletne. Wracając nieśliśmy je, aby nie zmokły. Dlaczego przechodziliśmy pomiędzy namiotami, przez rozległe namiotowe pole, już nie pamiętam, ale chyba przechodziliśmy nieco za głośno. W kilku namiotach zapalono latarki. Pamiętam, że na każde oświetlenie czwórki golasów odpowiadaliśmy przyłożeniem palca do ust i uspakajającym gestem "baj, baj".

Kolejny urlop w Mielnie spędziliśmy w "naszym" Ośrodku Mewa we trójkę, z 20-miesięcznym Pawełkiem. Pogoda dopisała, było wspaniale - jak zwykle nad morzem :).

.Później bywałem/bywaliśmy w Mielnie, Unieściu, nad jeziorem Jamno i przy Kanale Jamneńskim wielokrotnie służbowo i prywatnie. Często w zimie. W pozostałych porach roku w rolnictwie dzieje się dużo - wiosenne siewy, sianokosy, żniwa, wykopki.

Dwa zimowe powroty z Ośrodka Mewa wydźwięk miały szczególny. Gdy po zakończonym spotkaniu mieliśmy wracać do swoich miejscowości okazało się, że kilkudniowe opady śniegu i nadmorskie wichury odcięły nas od świata. Na drodze dojazdowej potworzyły się nieprzejezdne zaspy. Do odśnieżonej drogi krajowej w Mścicach spróbowano dowieźć nas wojskową amfibią. Amfibia, po przejechaniu 1/3 odległości osiadła podwoziem na zaspach tak skutecznie, że pozostały odcinek przewędrowaliśmy pieszo. Horror.

Drugi przypadek dotyczył końcowych lat siedemdziesiątych i ...wysokiej wody. Silne wiatry od morza wtłoczyły do j. Jamno tak ogromne masy wody, że w komunikatach radiowych odradzano jazdę do Mścic przez Strzeżenice. Sugerowano jazdę przez Łazy, Osieki, Kleszcze, Suchą Koszalińską, drogą również zalaną ale podobno przejezdną. Owszem, małym Fiacikiem przejechałem, ale wciąż  słyszę chrobot lodu łamanego przez autko i własne modły aby nie było głębiej i nikt nie nadjechał z przeciwka. Nikt nie nadjechał więc przypuszczam, że pod nieprzezroczystym lodem przejechałem środkiem drogi, w bezpiecznej odległości od zdradliwych, piaszczystych poboczy. Uff!!

23-09-2020r, podczas okazyjnych odwiedzin Mielna, Unieścia i Kanału Jamneńskiego zapisanego na mapach Google jako Jamieński Nurt odnotowałem kolejne zmiany. Restauracja i Hotel Meduza zabudowała zieloną niegdyś skarpę od strony ulicy 1 Maja. Teraz na poziomie Promenady Przyjaźni usytuowano oszklony segment kawiarniano-restauracyjny, na poziomie ulicy 1 Maja - lokale z Misiowymi Lodami, Goframi, Sokami, Kawą i Letnimi Napojami. Szkoda, że nie zwróciłem uwagi na Sztuczne palmy ustawione niegdyś wzdłuż Promenady Przyjaźni. W lokalnych mediach kpiono z nich bardzo często :).

Podczas jazdy w stronę Jamieńskiego Nurtu (do tej nazwy nie mogę przywyknąć) mile zaskakuje główna, przejazdowa ulica Unieścia. W roku 2020 jest teraz szeroka, ma wykolorowane ścieżki dla rowerzystów i nową, równą (!) nawierzchnię.

Po zakończeniu segregowania materiałów odzyskanych z uszkodzonego dysku przez Klinikę Danych w Warszawie, album i opis uzupełnię.

 

Powrót do menu

Mikołajki.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Międzyzdroje.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Mrzeżyno.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Myczkowce.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Narewka.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Niechorze.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Nieszawa.

Wideo: Nieszawa 2010 /

Pozostałe materiały - postprodukcji i uzupełnienia.

Powrót do menu

Nosówko.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Nysa.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Opole.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Osówko.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Poczernino.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Podczele.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Polanica Zdrój.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Polanów.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Polańczyk.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Połczyn Zdrój.

Wideo: / Połczyn Zdrój 2020 /

Zdjęcia jesienne opublikowane powyżej pochodzą z dnia 15.11.2020. Mam poza nimi wiele wcześniejszych. Muszę je zlokalizować wśród materiałów odzyskanych i przygotować do publikacji, więc cdn. Okazje do fotografowania w większości powstawały samorzutnie ponieważ w Połczynie droga dojazdowa rozgałęzia się na trzy często wykorzystywane prze mnie kierunki - kontynuacja drogi 163 oraz drogi 172 i 173. Korzystałem z nich wielokrotnie w wyjazdach służbowych w głąb Polski i nie mniej często, w wyjazdach rekreacyjnych na liczne, piękne jeziora Pojezierza Drawskiego. Także na jesienne grzyby!

Bywało, że podczas powrotów z regionów południowych celowo - ale tylko nieznacznie, bo Połczyn nie jest wielki - zbaczałem z trasy przelotowej, aby rozprostować "kości", nieco odpocząć i zrobić drobne zakupy. Do dzisiaj pamiętam niesmak i wszystkie przekroczenia szybkości, gdy po wjeździe do centrum kupiłem żywego karpia, spokojnie pływającego w sklepowym "akwarium". Chciałem go dowieźć do domowej wanny jeszcze żywego!!

Muszę tu wcisnąć karpiową dygresję. Wczoraj skończyłem tłumaczenie obszernego artykułu z australijskiej Guardian&Tribune, w którym autor opisuje m.in. poczynania naszego syna Michała, międzynarodowego instruktora wędkarstwa muchowego, od lat plasującego się w światowej czołówce rzutów odległościowych i rzutów do celu. Michał relaksuje się połowem karpi na muchę, ale złowionych ryb - zgodnie z prawem stanu Queensland - nie może ani zabrać ze sobą ani na powrót oddać wodzie. Grozi za to grzywna do 220 tysięcy $ !! Tam karp i tilapia, traktowane są jako najgroźniejsze szkodniki inwazyjne. Autor przytacza wypowiedzi tamtejszych przyrodników - są zgodne w sprawie zagrożenia dla gatunków rodzimych ale także zgodne w sprawie bezskuteczności rozwiązań prawnych. Sama kara zagrożenia nie zlikwiduje a podobno - jak twierdzi autor - w Nowej Południowej Walii (NSW) niewiele pomogły nawet odłowy karpia i tilapii  z przeznaczeniem na nawozy.

/Przypominam sobie z młodości, co publicznie mówiono o stonce i jak zachęcano społeczeństwo do odpłatnego zbierania owego "wroga rozsianego na Polskę Ludową przez zachodnich kapitalistów"!! :).

Spośród zdarzeń pozostałych, najsilniej utkwiła w mojej pamięci scenka z udziałem śp. teściowej. Przyjechałem z nią, aby odwiedzić Irenę przebywającą na turnusie sanatoryjnym. Trafiliśmy akurat na obchód, musieliśmy poczekać. Skorzystaliśmy z pięknej pogody i ławeczki stojącej przy ulicy, na zewnątrz Uzdrowiska. Nasze bezsłowne oczekiwanie najwyraźniej fałszywie zinterpretował jakiś amator dojrzałych jabłek. Elegant przysiadł po stronie teściowej, zaczął prawić dusery. Słuchałem kątem ucha z rozbawieniem, bo - muszę przyznać - czynił to z wielką wprawą. Ale także z natarczywym uporem. Grzeczną prośbę teściowej, aby przestał i zechciał oddalić się, zignorował, nawijał dalej.

Patrząc mu w oczy, z przyjaznym uśmiechem zapytałem, "czy Mamie pomóc?" Podrywacz, słysząc mój zwrot "Mamo", na krótko zdębiał. Szybko ochłonął, z wcześniejszą swadą zaczął nawijać od innej strony. Oddalił się dopiero po moim uśmiechniętym, ale zdecydowanym "ssssss". Słowa kończyć nie musiałem.

Materiały uzupełnię w miarę ich odnajdywania i przywracania właściwego nazewnictwa.

Powrót do menu

Prosino.

Materiały foto-wideo do postprodukcji + komentarz - do opracowania.

Powrót do menu

Przasnysz.