Autorzy większości stron poświęconych Parsęcie - przynajmniej tych, które zdążyłem poznać przed spisaniem niniejszego komentarza - wprowadzili do Internetu ogromnie dużo interesujących opisów. Czytałem je z przyjemnością, porównywałem z przeżyciami i wrażeniami własnymi, z własnym odbiorem Parsęty, a teraz -  ...teraz nie mogę się powstrzymać, aby nie dorzucić swoich trzech groszy. Obawiam się tyko, że jak już zacznę, to na tych trzech wcale się nie skończy.

 

 

Górny odcinek Parsęty przez wiele lat pobudzał moją wyobraźnię. Zwykle podczas wędrówek brzegami dolnego jej biegu, szczególnie wtedy, gdy na miejscu, w którym akurat zamierzałem złowić "swoją" rybę, zastawałem obcych wędkarzy, wyobrażałem sobie, że tam, u góry, nie zastanę nikogo, zatrzymam się gdzie zechcę i "swoją" rybę, bez pośpiechu, spokojnie złowię. Nie będzie to - co prawda - dziesięciokilowy łosoś, ale pełnowymiarowy, pięknie wybarwiony pstrąg na pewno.

 

Czas na sprawdzenie tych wyobrażeń wygospodarowałem dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych, po wcześniejszym sprawdzeniu wielu innych potoków, rzek i jezior, nad którymi, lub obok których w tamtym okresie przejeżdżałem samochodem, pokonując latem około siedmiu tysięcy kilometrów miesięcznie. Wędkarski strój i sprzęt miałem pod ręką  zawsze, a przerwy na spacer ze spinningiem lub krótka kąpiel w upalny dzień zawsze orzeźwiały mnie na tyle, że bezpiecznie jechać mogłem dalej.

 

 

Właśnie na jeden z takich powrotów wybrałem trasę Szczecinek-Parsęcko-Radomyśl-Parsęta. Na pierwszy postój wybrałem pobocze w pobliżu samotnych, skrajnych zabudowań Radomyśla. Akurat tam, w prawo od asfaltu, w dół, odbiega polna droga z rachitycznym mostkiem na rzece.

 

Parsęta w sąsiedztwie gospodarstwa Radomyśl 1 i Stacji Badawczej UAM w Poznaniu.

Wideo: Parsęta 001 /.

 

 

 

      

 

 

Gdy po zmianie przyodziewku, sprawnie, z wieloletnią wprawą dokonanej w ustawionym na poboczu drogi samochodzie, uzbrojony w lekki spinning z przyciemnionym Meppsem po raz pierwszy dotarłem do mostka, zmarkotniałem. Płytka, brązowa woda, dość ponura mimo słonecznego dnia sceneria i  grząskie brzegi, do wędkowania nie zachęcały. Schodzić nad wodę, czy jechać dalej?

 

 

Moje wahania przerwało coś, co stosowniej byłoby przedstawić przy użyciu pędzla i farb. Pospolity za mostkiem obraz zaczął nabierać życia. Spoza wzgórza wyłaniać zaczęły się krowy - szły spokojnie, powoli wkraczały w nieciekawe za mostkiem tło. Za czwórką dorosłych człapał duży kundel, za nim wciąż niespokojnie podążała trójka krowiej młodzieży a wśród niej uwijał się długowłosy kundelek, nieco mniejszy od dorosłego kota. Grupę, w niewielkim oddaleniu, zamykała młoda, mocno zbudowana szesnastolatka (?) w jasnej sukieneczce. Szła pewnie i lekko, zamyślona i obojętna, jakby to, co działo się przed nią, biegło naturalnym, od dawna utartym trybem, bez potrzeby jakiejkolwiek interwencji z jej lub czyjejkolwiek strony.

 

 

Dorosłe krowy ze starym psem przeszły przez dziurawy, sfatygowany mostek spokojnie. Młodzież, której konieczność dojenia była jeszcze najzupełniej obca, na powrót do obory wyraźnie nie miała ochoty - rozbiegła się przed mostkiem, każde w innym kierunku. Ale nad tym czuwał długowłosy malec. Błyskawicznie, z uporem najprawdziwszego psa pasterskiego obiegał wyrośniętego cielaka od ogona i ostro rozszczekany, doskakiwał mu do pięt tak długo, aż niesforne zwierzę przybrało pożądany przez psa kierunek. Dał niezły popis. Trwało to dobrą chwilę, a kiedy wszystkie przepędził przez mostek, podbiegł do mnie, obwąchał moje buty i przez chwilę, bez merdania ogonem, uważnie popatrzył mi w oczy. Nie słyszałem, ale wręcz czułem, jak swoim spojrzeniem mówi: - Hej, Ty! Wszedłeś na mój teren bez zaproszenia, więc uważaj.  Żadnych numerów, bo poradzę sobie z Tobą tak, jak radzę sobie z krowami!

 

 

Powiedział to wzrokiem i pobiegł dalej, bo krowia młodzież, korzystając z chwili spokoju, próbowała za mostkiem ponownie umknąć mu spod jazgotliwego nadzoru.

 
 

Sceny niby banalne, ale właśnie wtedy i właśnie w tamtym otoczeniu stanowiły tak harmonijną całość, tak doskonale, naturalnie pasowały do tła, że oglądanie ich sprawiło mi naprawdę dużą przyjemność.

 

 

Z dziewczyną, po jej grzecznym dzień dobry, chwilę rozmawiałem. Zdążyła powiedzieć, że w gospodarstwie, przy którym pozostawiłem samochód, przebywa zawsze w czasie przerw w nauce, ale wędkarzy w jego pobliżu nigdy wcześniej nie widywała. A brązowa woda? - taką pamięta od zawsze.

 

 

Takie informacje do wędkowania nie zachęcały, ale - skoro stałem już w pełnym rynsztunku nad wodą, powędrowałem w dół rzeczki w chwilę po tym, jak idąca za krowami dziewczyna zniknęła za zakrętem drogi. Dopiero wtedy, bo zanim zniknęła, musiała iść pod górę, wprost na słońce, które niedyskretnie i nieco bezwstydnie, prześwietlało jej lekką sukienkę stwarzając w tle swojej poświaty obrazy ...niepowtarzalne :).

 

 

 

Sprawdzając błystką każdy dołek i wykrot przewędrowałem brzegiem około pół kilometra. Po złowieniu i wypuszczeniu pierwszego, siedemnastocentymetrowego pstrążka, nabrałem przekonania, że warto próbować dalej bo przecież, przynajmniej teoretycznie, jeśli w rzece są ryby małe, to - być może - w pobliżu są także rodzice albo co najmniej starsze rodzeństwo.

 

 

Teoria nie sprawdziła się. Pewnie dlatego, że opiekunowie, jak u ludzi, siedzą sobie dalej w zacisznym miejscu i plotkują, jednym tylko okiem zerkając na to, co na płyciźnie lub placu zabaw wyczyniają maluchy. 

 

 

Kiedy na kolejnych dołkach moją błystkę połknąć próbowały trzy następne, pięknie wybarwione, mocno wyprofilowane pstrążki, z których żaden nie był większy od pierwszego, dałem im spokój. Odpinanie ich z kotwiczki bolało nawet mnie a takie chwile wciąż odnawiają moją niechęć do wędkarzy - "szlachetnych sportowców", łowiących ryby tylko po to, by je zważyć, sfotografować i wypuścić. Kiedykolwiek czytam lub oglądam takie sytuacje, zawsze nabieram nieprzepartej chęci aby kiedyś usłyszeć to, co taki "sportowiec" miałby do powiedzenia, gdyby coś lub ktoś wbił mu podczas posiłku hak (bezzadziorowy!) pod brodę, przeciągnął po wertepach do głębokiej wody, obmierzył, zważył, strzelił wspólną podwodną fotkę, cmoknął w czoło i nieprzytomnego delikatne ułożył na brzegu :).

 

 

Po dziesięciu latach odwiedziłem te miejsca z kamerą. W pierwszy, bezlistny jeszcze dzień wiosny, wzrok sięgał znacznie dalej niż latem, ale żadnych poważniejszych zmian nie dostrzegłem. Na dziurawym uprzednio mostku ułożono nowe okrąglaki, woda nadal płynie brązowa. A pstrągi, które wypuściłem? Gdyby pozostały w swoich kryjówkach tak długo, byłyby to już całkiem pokaźne sztuki. Prawdopodobnie dorastając schodziłyby niżej, na głębszą wodę, ale i tak wybór miały niewielki. Niżej rzekę przegradza potężna zastawa przy Stacji Badawczej UAM w Poznaniu. A trudno być optymistą, szczególnie po obejrzeniu prezentowanej niegdyś w Internecie reklamy "elektrycznej wędki", w której facet uzbrojony w akumulator, przetwornicę i podbierak poraża prądem, wybiera i sypie do wora całe mnóstwo pstrągów różnej wielkości. 

 

Po letnim, wstępnym rozpoznaniu okolicy "krowiego mostka", jeszcze w tym samym dniu, sprawdziłem okolice Stacji Badawczej w Storkowie. To Stacja Bazowa Geoekologiczna Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po ustawieniu samochodu na poboczu, za tablicą Wierzchowo-Grzmiąca, pomaszerowałem obejrzeć zastawy i rzekę poniżej. Zaskoczyła mnie duża wysokość zapory i rozległa, a raczej długa, piaszczysta płycizna poniżej. Woda na płyciźnie co najwyżej do kostek, w zaporze brak przepławki dla ryb.

 

 
 

Po upływie dziesięciu lat próbowałem utrwalić stan bieżący na taśmie - nie udało się, stchórzyłem. Przy drodze, którą uprzednio doszedłem do zapory, zastałem dwie tablice: - "Agroturystyka" + nr telefonu, i drugą "Uwaga Zły Pies". Pod wymalowanym na tablicy numerem nikt się nie zgłosił, więc zrezygnowałem. Wolałem nie prowokować sytuacji podobnej do zdarzenia znad Brdy. Gdy wiele lat temu poniżej Tucholi, w okolicy miejscowości Świt, w przyzwoitej, prawie 50-metrowej odległości obchodziłem samotne gospodarstwo, z jego opłotków wypadły trzy rozszczekane psy, dwa kundle małe i jeden wielki jak cielak. Ustawiłem się do nich bokiem i znieruchomiałem, bo uczono mnie kiedyś, że nieruchomego człowieka pies nie ugryzie. Bzdura, albo ten pies nie był normalny. Gdyby charakter miał wojownika, to przy swoim "wzroście" i wadze bez trudu przegryzłby mi szyję. Ale charakter okazał podły, pewnie taki, jak charakter właściciela. W pełnym biegu chapnął mnie za udo, tuż poniżej krawędzi wędkarskiego buta biodrowego, odskoczył i patrzył tępo, jak obszczekują mnie kundle małe.

 

 

Kątem oka widziałem, że cała scenę obserwuje z daleka stojąca na podwórzu kobieta. (O nie! Lepiej pasuje - jakaś wredna baba.) Co w strachu i bólu do niej wywrzeszczałem, nie pamiętam, ale było to coś o zastrzeleniu i wcale nie zdziwiłbym się, gdyby naprawdę zabrzmiało to tak: - Na co pani czeka?!! Mam te psy zastrzelić???!

 

 

Nie wiem, czy domyśliła się, że z wędką to strzelać sobie mogę co najwyżej okiem, np. za jej córką, ale psy odwołała. W bucie, przy górnej krawędzi pozostało niewielkie nacięcie, a na lewym udzie niewielkie zadrapanie i ogromne, bolesne siniaki, które przybierały tęczowe kolory prawie przez dwa tygodnie.

 

 

 

Powracam do wątku podstawowego. Po stwierdzeniu, że poniżej zastawy szukanie ryby w jej pobliżu sensu nie ma, spróbowałem powyżej mostu drogowego. Znalazłem lukę w zaroślach, posłałem do wody błystkę. Ledwie dotknęła powierzchni, nastąpił atak. Kołowrotek zagrał najmilszą dla wędkarza melodię, ale bardzo krótką, bo niemalże w tej samej chwili nad wodę wystrzelił prawie czterdziestocentymetrowy potokowiec. Przez chwilę trząsł w powietrzu całym swoim ciałem, błystki nie zrzucił, spadł z nią do wody i powoli zaczął zbliżać się jednocześnie i do mnie, i do brzegu. Łosoś w takich sytuacjach zwykle od brzegu ucieka, pstrąg się zbliżył, wprowadził żyłkę pod wiszące nad wodą gałęzie i bez większego oporu dał się prowadzić do chwili, gdy zauważył przed sobą właściwą. Ponownie wystrzelił nad wodę, tym razem do przodu, przeskoczył nad gałązką jak nad poprzeczką, przewinął przez nią żyłkę i po sprawie. Ryba została w wodzie a błystka na gałęzi. Ależ mądrala! Ale trudno się dziwić, skoro przez wiele lat mieszkał przy uniwersyteckiej stacji naukowej...

 

 

Po oddaniu rybie zasłużonych honorów obiecałem jej, i to pewnie nie tylko w myślach, że jeszcze po nią wrócę. Obietnicy dotrzymałem, ale tej ryby nie zobaczyłem już nigdy. Przy następnym podejściu wodę zastałem stojącą, szeroko rozlaną. Akurat ktoś coś kombinował na zastawie. W podejściu kolejnym, po dziesięciu latach, miałem już tylko aparat fotograficzny i kamerę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Parsętę w obrębie mostu drogowego na trasie Barwice – Grzmiąca (droga nr 171) odwiedzałem kilkakrotnie, ale nigdy, z różnych powodów, nie sprawdziłem go wędką. Tam pstrągi po prostu czuję przez skórę, obawiam się jednak, że jest to niewymiarowa drobnica, może nieco większa niż przy krowim mostku, ale podobna do tej, która raz po raz atakowała moją błystkę powyżej hodowli w Żarnowie, gdzie teren jest trochę podobny, ale woda płytka.

 

Teren wokół hodowli sprawdziłem dokładniej kilkakrotnie. Przed hodowlą wyniki mizerne – im dalej od niej w górę rzeki, tym płycej i tylko niewymiarowa drobnica. Ale nawet tam trafiałem na puste słoiki z dziurkowanymi pokrywkami. Dowody na to, że i tam krąży ktoś, kto większe sztuki wyławia metodą na robala.

 

 
 

Znacznie ciekawiej jest poniżej hodowli. W odległości około jednego kilometra od niej, biegnąca skrajem lasu droga rozdziela się. Sprawdziłem odnogę lewą, przecinającą rzekę w miejscu, z którego zabudowania hodowli są jeszcze widoczne. Przez dziurawy most Passatem wolałem nie przejeżdżać, aby nie powtórzyć sytuacji z lat siedemdziesiątych, spoza Bolkowa. Wówczas, pod kołami mojego Malucha rozjechały się luźno ułożone na mostku poprzeczne okrąglaki, Maluch osiadł na nich podwoziem i nieźle musiałem się namęczyć, aby z pomocą żony wydostać się z pułapki. W Żarnowie byłem sam, a Passat to przecież nie Maluch.

 

 

Teren w obrębie mostka spodobał mi się tak bardzo, że na jego bliższe rozpoznanie (i tylko jego) zaplanowałem ekstra wypad. Oczywiście kosztem czasu, który spędzić mógłbym nad  brzegami dolnej Parsęty, bez pokonywania 80-kilometrowej trasy.

 

 

Konkretnej daty nie pamiętam, ale kilka szczegółów wskazuje, że była to połowa maja.

 

 

Wyjechałem późnym popołudniem, z mnóstwem wyposażenia i planem spędzenia nocy nad rzeką. Na biwak wybrałem placyk przed mostkiem, mocno przeorany przez dziki, zaledwie kilka metrów od brzegu rzeki. Natychmiast po pierwszym rzucie błystki miałem pierwszego pstrąga. Niewiele później jeszcze dwa, wszystkie ponadwymiarowe, w doskonałej kondycji. Przed zachodem słońca zdążyłem je przygotować do smażenia i dopiero wtedy okazało się, że mam wszystko, co było do tego potrzebne, za wyjątkiem soli. Machnąłem na ów brak ręką, tyle, że bez entuzjazmu. Sól dodaje smaku, to fakt, ale podobno szkodzi :).

 

 

Aby niesolone pstrągi smakowały lepiej, odłożyłem smażenie na koniec wszystkich czynności przed snem. Ustawiłem do gotowania pełen czajnik wody (mineralnej, z 5-litrowego pojemnika :)), rozłożyłem siedzenia w Passacie (kombi), z wyposażenia uzyskanego w latach siedemdziesiątych w Solinie za zwycięstwo w dyscyplinie rzutowej ogólnopolskich mistrzostw pracowników przedsiębiorstw technicznej obsługi rolnictwa rozłożyłem w nim wygodne legowisko i dopiero wtedy, już przy gorącej herbacie, powróciłem do smażenia. Co za wspaniałe chwile! Po słonecznym, bezchmurnym dniu bezwietrzna rozgwieżdżona noc, odrobina światła z płomienia gazowego i ogromna cisza, w którą dyskretnie wkradały się odgłosy nieopodal płynącej rzeki, cichutki syk gazu i zachęcające skwierczenie rozgrzanego oleju. No i ten zapach smażonych pstrągów!

 
 

Bardziej romantycznie byłoby przy płonącym ognisku, ale nie rozpalam go nigdy, gdy noc w terenie spędzam sam. Staram się zawsze ograniczać używanie i światła i ruchu. Gdy w ciemności zastygam, wyostrzają się zmysły. Wtedy słyszę a czasem  nawet i widzę np. maleńkie gryzonie próbujące myszkować w moim plecaku a szansy na to, by - mimo pełnej, nawet bardzo ciemnej nocy - ktokolwiek lub cokolwiek zbliżyło się do mnie niepostrzeżenie, po prostu nie ma. Dotyczy to nocy bezwietrznej, a takie bywają najczęściej. Noce wietrzne spędzam w domu.

 

 

Za Żarnowem długo bez ruchu nie można było usiedzieć. Po gorącej herbacie i pstrągowej kolacji umknąłem do śpiwora, bo ciepła odzież, którą przezornie zabrałem z domu, szybko przestała wystarczać. Temperatura w nocy spadła tak mocno, że w śpiworze podzwaniałem zębami nawet wtedy, gdy kolejno wciągnąłem do śpiwora i ubrałem wszystkie, nawet zapasowe części garderoby.

 

 

Po takiej nocy nawet świt nie sprawił przyjemności. Szybka, gorąca herbata i resztki ostatniego pstrąga trochę pomogły, ale ryby pokazały mi środkowy palec. Przewędrowałem co najmniej kilometr bez brania, a im dalej odchodziłem od mostka, tym trudniej było wyszukać w zwartych zaroślach miejsce do wyrzutu błystki. Tam, pod gałęzie, ale również nie wszędzie, dałoby się wprowadzić co najwyżej woblerka. Niestety, woblerów nie zabrałem z domu, ale obiecałem sobie, że sprawdzę to przy kolejnej okazji, kiedy ulegnę pokusie aby sprawdzić niższy odcinek rzeki, w obrębie ujścia dopływu prowadzącego wody z licznych, na mapach nie nazwanych, leśnych strumieni rejonu Grzmiącej. Wierzę, że tamten odcinek jest bardziej atrakcyjny. Podobno drogą prowadzącą od hodowli dojechać można do zniszczonego mostu, do którego dojechać można również od strony Krosina. Wniosek nasuwa się sam. Konieczne są dwa wyjazdy.

 

 

Skoro wędkowanie o świcie, po którym spodziewałem się tak wiele, zakończyło się niczym, około ósmej zwinąłem "obozowisko". Kiedy mijałem zabudowania hodowli, coś podkusiło mnie, aby przez chwilę sprawdzić rzekę powyżej. W miejscu, w którym na fotkach widać sterczącą z brzegu rurę, po pierwszym rzucie błystkę zaatakował 37-centymetrowy potokowiec i była to jedyna ryba, z którą powróciłem do domu. Pozostał niedosyt i wielka ochota na kolejny przyjazd.

 

 

Sprawdzone uprzednio miejsca odwiedziłem po dziesięciu latach z kamerą. Plac przed mostkiem zryty jest jeszcze bardziej i niedostępny, mostek elegancko odnowiony, za nim na drodze ślady samochodu terenowego a po prawej, w oddali myśliwska ambona. No i przede wszystkim nad wodą mocno wydeptana ścieżka a przy niej porzucone słoiki z dziurkami w pokrywkach. 

ŻARNOWO odwiedziłem również w kwietniu 2016, podczas Maratonu Kajakowego Parsęta 2016. Po zarejestrowaniu zjazdu uczestników oraz ich przygotowań do startu poniżej przepławki, na dalsze nagrywania podjechałem do mostka znanego z pobytów wcześniejszych. Szczegóły na podstronie Wydarzenia oraz w playliście https://www.youtube.com/playlist?list=PLgiEZBss-8aRzh3qD_7UNvBm1rHBa06B9.

Rejestrowanie maratonów wymaga zachowań specjalnych. Po zarejestrowaniu ostatniego uczestnika trzeba ostro zwijać sprzęt i mknąć na kolejne, atrakcyjne widokowo miejsce lub punkt kontrolny. W kolejnych miejscach postoju liczba rejestrowanych zawodników maleje - stawka rozciąga się a czekanie na uczestnika ostatniego uniemożliwiłoby zarejestrowanie zwycięzców. Początek bywa najłatwiejszy.

Po zarejestrowaniu zawodnika zamykającego stawkę startową spróbowałem odszukać punkt kontrolny w Krosinie. Wcześniej Parsętę w Krosinie oglądałem tylko z mostu. Wygląd rozlewisk, trudny teren, zarośnięte brzegi, na wolnych przestrzeniach dwumetrowe pokrzywy i brak wydeptanych ścieżek sugerowały, że tam muszą być ryby. Pokusa dla wędkarzy o bardzo dobrej kondycji. Chciałem to kiedyś sprawdzić. Nie zdążyłem. Moja "dobra kondycja" to pojęcie z czasów raczej odległych :(.

Punkt kontrolny odnalazłem wg wskazówek tubylców, w górze rzeki, w sporej odległości od zarośniętego mostu. Teren okazał się przyjazny nie tylko dla kajakarzy. Dla wędkarzy również. Ale, jak wspomniałem wyżej, mimo ogromnych chęci, na wędkarskie sprawdzenie tamtego odcinka Parsęty po roku 2019 nie wystarczy mi mocy. Jeżeli w przyszłości poniesie nas na tradycyjny wiosenny objazd okolicy akurat w tamtym kierunku, chętnie od nowa uwiecznię aktualny stan pięknej Leśniczówki usytuowanej po prawej stronie drogi, przed mostem na Parsęcie, po stronie Połczyna Zdroju. To najładniejszy fragment Krosina.

Starych zdjęć Leśniczówki sprzed lat około dwudziestu, oraz zdjęć z Maratonu Kajakowego w swoich przepastnych archiwach odnaleźć nie mogę. Nieostrożnie przechowuję je na dyskach zewnętrznych. Jeden z nich, z materiałami o objętości ok. 4TB nie daje się uruchomić a odzyskanie jego zawartości to koszt wielotysięczny :(.  Teraz przymierzam się do przechowywania plików w chmurze, ale przy wielkości moich zasobów okrągła suma też będzie konieczna, tyle że "na okrągło", w ratach miesięcznych. 

 

 

Wideo: W styczniuW lutym / W marcu .

W latach siedemdziesiątych, w styczniu na Parsęcie obowiązywał zakaz połowu łososia i troci wędrownej, jako że okres ochronny trwał od 1 września do 31 stycznia. Obecnie obowiązuje okres skrócony tj. od 1 października do 31 grudnia. Natychmiast po wprowadzeniu zmiany pojawiły się relacje jej entuzjastów, którzy pierwszego stycznia, już przed świtem, jeszcze w ciemnościach, zajmowali najlepsze (tarliskowe) miejsca, a z błyskawicznie rozchodzących się wiadomości nie tylko lokalnych dowiadywaliśmy się, że niektórzy szczęściarze (?) z "noworocznej" wyprawy powracali z medalowymi, nawet ponad 10-kilogramowymi okazami.

Na podstawie własnych styczniowych wyników w słuszność zmiany zwątpiłem. Przeciętnie co trzecia złowiona przeze mnie samica uwalniała spore ilości ikry :(.

W styczniu, lutym a niekiedy także i w marcu wędkarze nawiedzający brzegi Parsęty mają do pokonania kilka charakterystycznych dla tych miesięcy utrudnień. Są to przede wszystkim - obmarzająca linka i przelotki zestawu,, spływająca kra oraz dość częsty, niebezpieczny pas przymarzniętego do brzegów lodu.

Doświadczeni wędkarze na wszystko mają własne sposoby, ale niespodzianki zdarzają się nawet najlepszym. Spośród kilku, podaję dwa przykłady najostrzej zapamiętane.

Zbyszek D., entuzjasta z Karlina, który w woderach dociera do brzegów nawet podczas wysokiej wody i próbuje spiningować z ekstra-długim kijem, wszedł w lutym na taflę przybrzeżnego lodu o jeden krok za daleko. Na szczęście na łuku rzeki, po stronie płytkiej. Po załamaniu lodu wylądował w wodzie "tylko" do piersi, więc wygramolił się samodzielnie...

Śp. Felka Cz. i jego kompana - obaj z Radlina - także w lutym, spotkałem około południa na leśnym odcinku Parsęty. Świetni, bardzo doświadczeni wędkarze, bezskutecznie (jak ja) próbowali coś złowić od rana. Decyzja o przerwie na odpoczynek przy małym ognisku zapadła błyskawicznie. Bardzo przydały się moje kanapki, sól, kilka naprędce zabranych z domu cebul i ...spora "zimowa" piersiówka. W przepięknej zimowej scenerii, w odległości kilkunastu kroków od mocno oblodzonych brzegów rzeki czas upływał niepostrzeżenie ale - każda piersiówka ma dno.

Po kolejce na lewą i prawą nogę zapowiedziałem, że odchodzę na chwilę po swoją rybę. Kompani na tak - w ich przekonaniu - bezmyślną zapowiedź nawet nie zareagowali. Świetnie pamiętam ich rozdziawione miny, gdy rzeczywiście, po krótkiej chwili z rybą powróciłem. Mała (2,70 kg) troć, już przy pierwszym rzucie zaatakowała blachę, wcześniej, przed spotkaniem, wydobytą z wody z cudzego zaczepu. Zawsze tak jest, od kiedy zamieszkałem nad Parsętą - kiedykolwiek wydobędę z wody cudzą blachę, łowię na nią tylko jedną rybę i blachę tracę bezpowrotnie na zaczepie przy pierwszej, kolejnej serii rzutów. Brzmi to dziwnie, ale potwierdziło się przez 47 lat wielokrotnie :(.

Felek, upewniwszy się dotykiem, że ryba nie jest przywidzeniem, ruszył po swoją.

(Ja za nim, bo chciał wiedzieć, w jakim miejscu ryba zaatakowała). Na pochylonej ku nurtowi tafli lodu wypatrzył wystającą gałązkę, oparł na niej wykroczną nogę, wykonał rzut. Gałązka trzasnęła, Felek pojechał. Gdy jego gumofilce wjeżdżały do wody, zdążyłem padającego do tyłu chwycić za kołnierz kurtki. Skończyło się szczęśliwie, z niewielką ilością wody w jednym tylko bucie.

 

Z w/wymienionym Zbyszkiem wiążę także zupełnie odmienne wspomnienie. Podczas prezentacji własnych blach, często praktykowanej wśród znających się wędkarzy, podarował mi dziwnie pracującą błystkę obrotową z miedzianym odwłokiem wykonanym z dyszy palnika gazowego. Błystka stawiała duży opór, jej wąskie skrzydełko wirowało pod kątem co najmniej 45º. Zamierzałem pozbyć się jej przy najbliższej okazji, ale kiedyś, na dobrym łowisku, po daremnym wypróbowaniu kilku innych blach sprawdziłem i ją. Przy pierwszym rzucie złowiłem piękną rybę, później, w kilkudniowych odstępach czasu, kolejno jeszcze dziewięć. Po złowieniu dziesiątej, tak szczęśliwą obrotówkę straciłem na wrednym, podwodnym zaczepie, na szerokim odcinku rzeki w sąsiedztwie karlińskiej oczyszczalni ścieków.

 

Fotografie zamieszczone powyżej sugerują, że często w miesiącach zimowych mamy wysoką wodę i powodzie. Nie tylko. Rzeka występuje z brzegów praktycznie o każdej porze roku. Zawsze wtedy, gdy silne wiatry północne i północno-zachodnie blokują Parsętę wodami Bałtyku. Powodzie bywają kłopotliwe szczególnie wtedy, gdy zbiegną się w czasie z wysoką falą, powstającą w wyniku roztopów lub długotrwałych opadów. Wtedy wędki zwykle zostawiam w domu - zamieniam je na aparat fotograficzny, kamerę i ... ponton. Pływanie nad miejscami zwykle niedostępnymi przez okrągły rok, sprawia ogromną frajdę.

W dni mroźne zdarza się, że na ostro meandrującej rzece tworzą się zatory lodowe a wokół nich rozległe rozlewiska. Bywa, że zanim woda opadnie, powstają ogromne płyty (nawet 10-centymetrowej grubości) które w miarę opadania wody pękają i przyjmują niecodzienne pozycje. Wielokrotnie, z ogromną przyjemnością, z synami i grupką ich kolegów, objeżdżaliśmy na łyżwach takie wielokilometrowe połacie. Ukoronowaniem zawsze był wjazd do lasu, gdzie pod lodem przezroczystym jak dokładnie umyta szyba mogliśmy obserwować najdrobniejsze szczegóły dna. (Takie miejsca wybieraliśmy na niewielkie ognisko, posiłek i odpoczynek). 

 

"Kaprysy Parsęty" opiszę oddzielnie a niniejszym zapewniam, że mimo przeróżnych, kłopotliwych zachowań, rzeka jest przepiękna. Miesiące zimowe, obok wspomnianych utrudnień, mają także "plusy dodatnie". Główny, to absolutny brak wszędobylskich, uciążliwych, kąśliwych owadów :).

Ale, ale. Podstawową wadę rejonu Karlina i niemalże całego Dorzecza Parsęty jest jego zimowy, rozmiękły mikroklimat. Dla człowieka, który przez całe dzieciństwo, często przy 30-stopniowym mrozie, słyszał nocą głośno pękające drzewa, deszczowe zimy są trudne do zniesienia. Takie, brązowo-szaro-bure, są - niestety - częstsze.

Do odnalezienia zimy normalnej wystarczy przejechać ok. 60 km, np. do Bobolic!

Chotla 2005 w Słoninie

 

 

Grabowa 2004

Panasonic 2019

Rzeki.

 

Bug.

Klip - materiał zarejestrowany w roku 1994 podczas przerwy w długotrwałej podróży samochodem. Fotografii brak.

Chotla.

Grabowa.

Wideo: Grabowa 2004Komentarz TVP3.

Do komentarza TVP3 niewiele można dodać - głównie to, że ostatecznie powróciliśmy bardzo zmęczeni, pogryzieni przez wielkie gzy, mocno podrapani, z opuchniętymi (??) podudziami. Kiedy bardzo ostrożnie (aby nie trafić np. na podwodny szpikulec) schodziliśmy do wody na czas przerzutu pontonów przez powalone do rzeki drzewa, skręcało nas jej zimno, chwilę później pociliśmy się przy intensywnym wiosłowaniu. Do dzisiaj - w myślach - gratuluję sobie decyzji o pozostawieniu w samochodzie silników i akumulatorów. Dzięki niej spływaliśmy tylko na wiosłach...

Dębosznica.

Widok z mostu na drodze nr 102. Kilkaset metrów od mostu, w dole rzeki - hodowla pstrąga. Bliżej, osłonięte obecnie młodymi drzewami, "trwają" ruiny spalonego zajazdu Ponderosa, niegdyś przytulnego, z wielkim, zawsze (?) czynnym kominkiem.

Drawa.

Fotografie oraz materiał wideo pochodzą z upalnego dnia 20-07-2006.

Dość długo czekaliśmy z pontonami na ekipę TVP3 Szczecin>Koszalin, od wczesnego rana nagrywającą sceny na poligonie. Skracaliśmy oczekiwanie kąpielą na niewielkim odcinku Drawy, czystym ale płytkim. Jeden z członków ekipy, ostro przypieczony poligonowym słońcem, widząc nas leniwie leżących na wodzie, z rozbiegu zanurkował obok nas. Stanął na nogi błyskawicznie - na żwirowym dnie pozostawił spory fragment poligonowej opalenizny :(.

Fotografie z objazdu rozpoznawczego. W dniach objazdu - bez rewelacji. Agresywnie atakował pstrągowy drobiazg. Szybko zrezygnowałem - maluchy są śliczne, ale okaleczanie ich wyłącznie po to, by je obejrzeć i zestresowane wypuścić do wody, ciągle uważam za barbarzyństwo.

Z wojskowym, poligonowym przewodnikiem, krótko opłynęliśmy niewielki odcinek Drawy niechętnie udostępniany cywilom poniżej mostu. Stamtąd, poprzez jezioro Dębno Wielkie popłynęliśmy w górę rzeki. 

Rzeka powyżej jeziora jest przepięknie czysta. Ryby, doskonale widoczne ponad fragmentami jasnego, piaszczystego dna, nie zwracały uwagi na naszą obecność. Pływały obok i pod nami spokojnie - czyżby tak dalece nawykły do poligonowego zgiełku i obecności ciężkiego sprzętu pokonującego przeszkody wodne?

Za sprawą kajakarskiej grupy studenckiej, spływającej w dół wąskiej rzeki, mieliśmy sporo atrakcji zupełnie odmiennych. Płynąc w górę, na licznych meandrach rzeki stanowiliśmy dla nich ogromną niespodziankę. Szczególnie dla dziewcząt roznegliżowanych do skrajnego minimum. Przepływając niemalże burta w burtę, reagowały różnie, ale w każdym przypadku wyglądały wspaniale :).

Nad Drawą, mój niezawodny towarzysz wypraw pontonowych miał okazję przekonać się o wadze moich ostrzeżeń. Zawsze żądam, aby przy każdym, dalekim od brzegu opuszczeniu jednoosobowo używanego pontonu, zawsze utrzymać go na uwięzi. Gdy po odjeździe zleceniodawców wypłynęliśmy odświeżyć się, Andrzej ostrzeżenie zbagatelizował. Dmuchnął nieco silniejszy wiatr, jego ponton zaczął uciekać szybciej, niż Andrzej pływa. Po zabraniu kompana do mojego pontonu podjęliśmy pościg na pełnej mocy silnika elektrycznego. Trochę to trwało...

Dziwna.

Materiały do obróbki i montażu.

Gwda.

Materiały do obróbki i montażu.

Ina.

Wideo: Ina-Puszcza Goleniowska 2003.

Pozostałe materiały do obróbki i montażu.

Liśnica.

Materiały do obróbki i montażu.

Lubsza.

Materiały do obróbki i montażu.

Mulgrave Australia.

Wideo: Australia cz.12 Cairns Mulgrave River.

Pozostałe materiały do obróbki i montażu.

Narew.

Materiały do obróbki i montażu.

Materiały do obróbki i montażu.

Narewka.

Materiały do obróbki i montażu.

Odra.

Materiały do obróbki i montażu.

Parsęta. 

W marcu.

W kwietniu.

W maju.

Materiały do obróbki i montażu.

We wrześniu. 

Wideo:  We wrześniu foto / We wrześniu wideo /.

W listopadzie.

W grudniu.

Perebel.

Wideo:  Hajnówka-Topiło 2016 samochodem.

Perebel to element przyrody do określenia dość trudny. Oficjalne to rzeka, z zaporą i sztucznymi basenami wykorzystywanymi niegdyś do przechowywania ogolonych z gałęzi kloców, do czasu ich przerobu w Hajnowskich Zakładach Drzewnych. Poniżej zapory to już tylko mizerny strumyk zanikający w leśnych bagnach. W latach pięćdziesiątych próbowałem odnaleźć jakieś konkretne jej ujście - bezskutecznie.

Pozostałe materiały do obróbki i montażu.

Perznica.

Piława.

Materiały do obróbki i montażu.

Wideo: Piława Zimą 2003.

Pozostałe materiały - do obróbki i montażu.

Radew.

Rega.

Wideo: 2003 Spływ Pontonami z TVP32017 Orkan Grzegorz / 2017 Orkan Grzegorz slajdy /

Pozostałe materiały - do obróbki i montażu.

Wideo: Rega w marcu 2004.

Pozostałe materiały - do obróbki, montażu i uzupełnienia.

Wideo: Statek Król Eryk I / Tramwaj Wodny.

Dolny odcinek rzeki, od Darłowa do ujścia w Darłówku, zobaczyłem po raz pierwszy w roku 1963, podczas pierwszego pobytu służbowego w ówczesnych Sławieńskich Zakładach Przemysłu Terenowego. Nocowałem wówczas w Darłówku, w hotelu istniejącym na jej wschodnim brzegu, w niewielkiej odległości od dawnego, łańcuchowego mostu zwodzonego i morskiej latarni. W mgliste dni (i noce!) przeciwmgłowy buczek latarni nieprzerwanie słał w morze swoje sygnały, w hotelowej restauracji koncertowała Kasia Sobczyk, a dojazd do Darłowa wiosną, gdy na asfalcie pojawiały się tysiące żab wędrujących do kanału portowego (?) był nieuniknionym obrzydlistwem.
Z uśmiechem wspominam przygodę z darłowskim wędkarzem, panem Duve, który w miejscowej kawiarni, w pobliżu Wysokiej Bramy chętnie darzył nas opowiadaniami o własnych nieprawdopodobnych wędkarskich sukcesach i przeżyciach z jego wyjątkowo inteligentnym (tak twierdził) psem. W jednym z nich mocno przesadził. Twierdził niemalże przysięgając, że podczas wędkowania nad jeziorem Bukowo, w pobliżu jego stanowiska ustawiła i opuściła swój kabriolet młoda, elegancka para. Zajęty wędkowaniem, przez długą chwilę widział ich kątem oka. Zdziwił się mocno, gdy widząc ich ciągle, usłyszał, że silnik ich auta niespodziewanie zaczął pracować. …Okazało się, że za kierownicą rozsiadł się jego znudzony bezczynnością pies. Pies niewątpliwie wjechałby do jeziora, ale Duve – na szczęście – zdążył go odwołać.

W następnym dniu, gdy we trójkę przechodziliśmy ulicą Powstańców Warszawskich (obecnie) zauważyliśmy Duve spinningującego poniżej mostu. Do głośnego powitania dodałem, że dajemy mu trzy rzuty. Jeżeli nie złowi ryby, przestaniemy wierzyć we wszystko, co dotychczas nam opowiedział – jeżeli złowi, we wszystko uwierzymy. Pierwszy rzut pusty skwitowaliśmy głośnym uuuuu! Drugi – jeszcze głośniejszym i dłuższym. Przy trzecim, na ,środku rzeki nastąpił atak. Walka oglądana z mostu trwała długą chwilę. Duve wyholował pięknego, ponad siedmiokilgramowego łososia. Taką akcję i taką rybę widziałem po raz pierwszy.

W ostatnich latach siedemdziesiątych, już jako prezes miejskiego koła PZW w Karlinie i członek Zarządu Okręgu PZW w Koszalinie, uczestniczyłem w zawodach spinningowych powyżej Darłowa. Nawykły do uciążliwego pokonywania trudnodostępnych brzegów Parsęty, szukanie ryb łososiowatych w rzece pozbawionej nabrzeżnej roślinności pochopnie uznałem za nieporozumienie. Później i teraz w stronę Wieprzy chylę kapelusza - w zawodach kilka ryb złowiono, zwycięzcy zostali wyłonieni, a jeszcze później oglądałem fotografie z bardziej odległych od Darłowa odcinków, podobnych do ulubionej Parsęty :).

Materiały do obróbki i montażu.

Świna.

Materiały do obróbki i montażu.

Trzebiegoszcz.

Materiały do obróbki i montażu.

Unieść.

Materiały do obróbki i montażu.

Bug

Chotla

Dębosznica

Drawa

Dziwna

Grabowa

Gwda

Ina

Leśna

Liśnica

Lubsza

Łomnica

Mulgrave

Narew

Narewka

Odra

Parsęta

Perebel

Perznica

Piława

Radew

Rega

Świna

Trzebiegoszcz

Unieść

Wieprza

Wisła

Dunajec

Dunajec.

Materiały do obróbki i montażu.

Leśna.

Łomnica. 

Wieprza.

Wisła.

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do menu

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Powrót do listy

Krępa

Wideo: Krępa 2003.

Opis z dawnej www.wyprawypontonowe.pl:

 

Zdarza się, że karlińscy wędkarze, którzy u schyłku nocy wyjeżdżają w prawie studwudziestokilometrową trasę, aby jeszcze przed świtem, jako pierwsi, zająć upatrzone stanowiska na przyujściowym odcinku Gowienicy lub Iny, mają zły dzień. W dni normalne, objuczeni ogromną ilością złowionych płoci i okoni, powracają do Karlina dopiero przed zmierzchem. W dniu pechowym, gdy upatrzone stanowiska zastają zajęte, albo ryby zwyczajnie nie biorą - poirytowani  ...jadą nad Krępę, gdzie dojazd jest trudny, stanowiska trudnodostępne ale spokój i wyciszenie uzyskać mogą najłatwiej (???).

 

Po jednym z wielu opowiadań o Krępie, serwowanych przez sąsiada, nie wytrzymałem. Uznałem, że muszę ją poznać. Z pontonu. Trudnodostępne brzegi, nieliczni wędkarze, którym ponton mógłby przeszkadzać, widziane z brzegu liczne podobno ataki okoni i szczupaków - każdy z tych czynników z osobna stanowił wystarczający powód do zorganizowania wyjazdu. Dobór wyposażenia jasny i jednoznaczny - ponton, spinning, kamera. Decyzja zapadła a  Roman, Olek  i Boguś przyjęli zaproszenie bez najmniejszego wahania.
 

Roman obiecał pomoc na pontonie, Olek i Boguś - wędkowanie z brzegu i oko na pozostawiony na nim sprzęt.

 
 

Wyjazd ustaliliśmy na 7 maja 2003 - środę, czyli dzień, w którym przekarmione przez weekendowych wędkarzy ryby, teoretycznie znów zgłodnieć powinny.

 
 

Postój zaplanowaliśmy przy ostatnim moście. Aby do niego dojechać, na wysokości wsi Święta skręcić należy  z drogi 113 w prawo, w drogę leśną . Na miejscu okazało się, że dróg takich jest kilka i do dnia dzisiejszego nie wiem, czy moi "przewodnicy" wskazali właściwą. Wskazując jedną z wielu, miny mieli niepewne. Ale dojechaliśmy - ...bardziej po świeżych śladach cudzych opon niż według koleżeńskich wskazówek.

 
 

Przy moście zastaliśmy kilka samochodów. Właściciele przyjechali znad Iny, gdzie ryby od świtu brać nie chciały. Pewnie nie będą brały i na Krępie, ale to już zmartwienie Bogusia i Olka. Roman i ja mieliśmy spinningi i kamerę.

 
 

W porannym słońcu, w bezwietrznym dniu, rzeka prezentowała się pięknie. Leniwy nurt, mocno zarośnięte brzegi, za mostem tablica informacyjna rezerwatu Olszanka i kompletna cisza, wypełniona wyłącznie głosami przyrody. Relaks w wielokrotnym stężeniu. Wrażenia nieco zbliżone do tych sprzed lat prawie sześćdziesięciu, doznawanych nad rzeczkami Puszczy Białowieskiej, tyle tylko, że Krępa od rzeczek puszczańskich jest dużo większa.

 
 

Określenie "kompletna cisza, wypełniona wyłącznie głosami przyrody" to określenie bardzo pojemne. Płynąc w górę rzeki, za pierwszym, prawie 90-stopniowym zakrętem w prawo, zatrzymaliśmy się  w pobliżu Bogusia, który ulokował się właśnie tam, z wędką spławikową. Chwilę później z wody wynurzyły się ogromne ilości żab. Na widok pontonu umknęły, teraz, ośmielone naszym bezruchem, zaczęły nadrabiać przerwę w koncercie. Żabie koncerty  słyszałem często, w różnych częściach kraju, zawsze z pewnej odległości, ale takiego jak na Krępie - nigdy. Nigdy z samego centrum i w tak ogromnym nasileniu. Żabiniec opuściliśmy czym prędzej, bo z siedzącym na pontonie Romanem porozumieć się mogłem tylko głosem podniesionym a pokrzykiwania do siedzącego na brzegu Bogusia, do otoczenia po prostu nie pasowały.

 
 

Za następnym zakolem minęliśmy zacumowaną przy prawym brzegu, małą pogłębiarkę rzeczną. Wyglądała na porzuconą, i to od bardzo dawna.

 
 

Dalej, w odległości około 700 metrów od mostu, minęliśmy przycumowaną przy prawym brzegu, wielką rybacką łódkę, ze starym, muzealnym silnikiem spalinowym. Łódka i silnik wcale do Krępy nie pasowały (bardziej do Odry), podobnie jak niepozorny, rachityczny barak, stojący w buszu, w niewielkiej odległości za łodzią. Nad baraczkiem unosił się dym. Przez chwilę obserwowaliśmy otoczenie, nieco głośniej wymienialiśmy uwagi, ale nie pojawił się nikt, więc popłynęliśmy dalej, do ostatniego zakola, od którego, na znaczną odległość rzeka płynęła po prostej, przez trzcinowiska. W naturze i na zdjęciach satelitarnych ów prosty odcinek wygląda jak twór sztuczny i taki pewnie jest, podobnie jak stawy -wyrobiska przy drodze 113.

 
 

Na początku prostej wypatrzyliśmy wolną od trzcin platforemkę, z mizernym drzewkiem umożliwiającym cumowanie. Przez kilkanaście minut próbowaliśmy złowić coś z brzegu, bez niepokojenia ryb pontonem. Efekt taki sam, jak z pontonu, czyli zero, bo dwa niewymiarowe

 
 

 

Powrót do menu

 

Krępa.

W styczniu. 

Po upływie kilku tygodni, gdy pontonami spływaliśmy Iną z ekipą TVP3 i przewodnikiem, nasz młody przewodnik odbywający praktykę zawodową w Nadleśnictwie Kliniska stwierdził z nieukrywaną wrogością, że nasz rozmówca z Krępej to wysokiej rangi oficer UB, który  ma na sumieniu wiele ludzkich istnień. ??? 

 

Po kilku latach, z telewizyjnego filmu dokumentalnego dowiedzieliśmy się, że nierozpoznanym przez nas rurociągiem, pogłębiarki pracujące na Odrze zrzucają  urobek do rezerwatu Olszanka, tworząc w nim iście księżycowy krajobraz.

 

W 2011 roku dotarła do nas informacja, że most, po którym swobodnie chodziliśmy w roku 2003, prowadzący do rezerwatu Olszanka, rozpadł się. 

 

1 października 2014 od anonimowego  korespondenta otrzymałem wiadomość, której kopię podaję w całości:

Witam, piszę do Pana celem uzupełnienia informacji o rzece na stronie www.wyprawypontonowe.pl jak i zapytania. Ale po kolei. Most na Krępie zawalił się chyba latem w 2005 roku. Jednak nie był to przypadek, górne jego filary zostały podcięte z obu stron palnikiem po czym most samoczynnie pod własnym ciężarem załamał się w połowie i spadł do rzeki. Sprawcy nie są znani, jedni mówią że to sprawka Lasów Państwowych po to aby nikt nie wchodził tamtędy do rezerwatu Olszanka, inni mówią że zrobili to kłusownicy, most był jedyną drogą na drugą stronę którą Policja mogła ścigać sprawców nie legalnych polowań, a zdarzały się takowe nawet z broni maszynowej co czasem było słychać w tej głuszy. Obecnie jego pozostałości zostały uprzątnięte, jedyną po nim pamiątką jest jego część ze strony rezerwatu, tam są pozostałości konstrukcji ze śladami cięć i nikt nie jest zainteresowany jego odbudową. Druga sprawa, za mostem mieszkał wysoki rangą wojskowy w stopniu pułkownika, nazywał się A.W. Nie wiem czy był pracownikiem UB o czym pierwsze słyszę, ale na pewno był emerytowanym wojskowym którego odwiedzali czasem oficerowie pułku myśliwskiego "Kraków" z siedzibą w podgoleniowskich Glewicach. Również frontowcy jak on sam. Po wojnie przesiedział z wyrokiem śmierci kilka lat, po śmierci Stalina zrehabilitowany powrócił do służby. Dalszych informacji na jego temat nie mam poza tym że mieszkał tam z własnego wyboru. Teraz pytanie, czy posiada Pan zdjęcia tego mostu na Krępie w całości? Jeśli tak proponuję wymianę na obecne zdjęcia pozostałości mostu jak i samej już mocno zarośniętej rzeki. Zdjęcie chciałbym umiescić również na stronie internetowej, oczywiście z podaniem danych autora. Pozdrawiam i czekam na odpowiedź.

Podczas dalszej wymiany korespondencji i materiałów foto, oraz po osobistym przeglądzie ogólnodostępnych akt IPN, uzyskałem jedynie niezbyt sensownie powiązane, pozbawione szczegółów informacje o pułkowniku A.W. z KBW, później ABW (?), skazanym na śmierć po wojnie i ułaskawionym po śmierci Stalina. Zapisano, że po ułaskawieniu powrócił do służby ale bez szczegółów kiedy, gdzie i na jak długo. Równolegle informowano mnie, że za mostem do rezerwatu Olszanka mieszkał często niepokojony, krótkowzroczny staruszek, który strzelał z dubeltówki do osób, które zbliżały się do jego chatki bez przyzwolenia. Rozbieżne wiadomości i brak konkretów zniechęciły mnie tak dalece, że od dalszych poszukiwań odstąpiłem. Trochę szkoda - to mógł być dobry temat ciekawej książki... 

Fotografie przesłane przez anonima:

+

Punkva

Punkva.

Wideo: Spływ rzeką podziemną 2013 /

Pozostałe materiały do obróbki i montażu.

Powrót do listy

Wideo:  W kwietniuW maju .

Po wieloletnich doświadczeniach twierdziłem (i trwam w tym przekonaniu nadal), że kwiecień i maj to wędkarsko najsłabsze miesiące na Parsęcie. W latach 2018-19 docierały do mnie informacje, że od kilku lat sytuacja ulega zmianie. Cierpliwi wędkarze łowią trocie także w tych miesiącach.

W kwietniu i maju częściej sięgałem po aparat i kamerę. Dopiero na przełomie maja i czerwca powracałem do spiningu aby doznać najsilniejszych w sezonie emocji. Do Parsęty właśnie wtedy wpływały najpiękniejsze okazy - srebrne, szerokie, bardzo silne. Absolutnie niepodobne do ryb spływających po tarle. Mimo upływu ponad 40 lat, do chwili obecnej pamiętam, a nawet widzę rybę złowioną poniżej mostu szczecińskiego przez śp. Władka Wesołowskiego. Ważyła ok. 6,5 kilograma ale wyglądała tak, jakby do ogromnego łba ktoś przytroczył szaroczarną damską pończochę. Przez kilkadziesiąt lat troci złowiłem wiele - podobnej nigdy... 

Uwaga. Aby nie powtarzać się w opisach najczęściej odnoszonych do wydarzeń wędkarskich, zmieniam układ podstrony. Skoro rozpocząłem prezentację rzeki w

Powrót do listy

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Wideo: W listopadzie /.

Wideo: W grudniu /.

Powrót do menu

Powrót do menu

O Parsęcie.

szczupaczki, które zaatakowały przy brzegu, powróciły do wody. Zdziwiło nas coś innego. W niewielkiej odległości od nas, wśród albo za pasem bardzo gęstych, ponad dwumetrowych trzcin, słyszeliśmy męską rozmowę. Skąd tam ludzie? Sprawdzać nie próbowaliśmy - pewnie to wędkarze nad jakimś kolejnym, widocznym tylko z góry, potorfowym wyrobisku (??).

 

W powolnym spływie powrotnym czesaliśmy rzekę bardzo dokładnie, wszystkim, co mieliśmy pod ręką. Wahadłówki, obrotówki, woblery, twistery.  Niespełna dwukilowego szczupaka zliczył tylko Roman, na żółte, nieduże kopyto.

W łodzi rybackiej zauważyliśmy tym razem swobodnie półleżącego, na oko - pięćdziesięcioparolatka. Ćmił bez pośpiechu papierosa. Na pozór absolutnie wyluzowany, bacznie obserwował nasze poczynania. Po wymianie pozdrowień podpłynęliśmy do jego burty. Przez kilka minut rozmawialiśmy o Krępej. W spojrzeniu, sposobie bycia i formie wypowiedzi dało się wyczuć człowieka o mocnym charakterze i wysokiej inteligencji. Nieźle pobudził naszą wyobraźnię opowiadaniem o ciągach odrzańskiego szczupaka na tarliska w ciepłych wodach wyrobisk, dostępnych powyżej miejsca, w którym zawróciliśmy. Wprawdzie ciągi odbywają się o innej porze roku, ale żal, że do wyrobisk nie dopłynęliśmy, pozostał. Jeżeli kiedykolwiek jeszcze odwiedzę Krępę, popłynę właśnie tam.

Po miłej pogawędce z nieznajomym popłynęliśmy w dół rzeki, trochę na silniku, zatrzymując się w bardzo atrakcyjnych miejscach poniżej mostu. Na długim odcinku, od prawego brzegu, 1/3  lustra rzeki pokrywał gruby, pływający kożuch zwartej  niskiej roślinności. Z niego, w miarę naszego spływania, przecięło nam trasę kilka świetnie pływających zaskrońców, a po ustawieniu pontonu przy brzegu kożucha i wyrzucie błystki, Roman z trudem utrzymał się na nim. Coś ogromnego przewaliło się pod nami, na styku pontonu z kożuchem tak mocno, że Roman, aby uniknąć nurkowania, przysiadł na cztery litery i już tylko z takiej pozycji spinningował do końca naszego pływania.   Ujście Krępy do Odry rozlewa się dość szeroko. Na wodzie  rozkładają się pojedyńcze liście grążeli a niemal spod każdego z nich umykały na nasz widok potężne ryby, pozostawiając pobudzające wyobraźnię wiry. To prawdopodobnie na takie ryby często ustawiają się znawcy tamtejszego terenu, bo lewy brzeg obstawiony był licznymi wędkarskimi "widełkami".

Widok Odry trochę nas zaskoczył, a po kilkugodzinnym pływaniu wzdłuż Krępy - nawet onieśmielił. Rzeka jest w tym miejscu potężna, płynie z ogromną mocą, Police na drugim, bardzo odległym brzegu, a po prawej, nieco bliżej, coś, czego z daleka nie potrafiliśmy zidentyfikować. Od brzegu, na znaczną odległość ku środkowi rzeki, ciągnie się dość wysoko nad jej lustrem potężny rurociąg, do którego co pewien czas podpływają trudne do rozpoznania jednostki. Sądziliśmy nawet, że to jakieś zdalne pobieranie np. paliwa albo towarów podawanych pneumatycznie.

Cdn.

W kwietniu.

W lutym.

poszczególnych miesiącach roku, kończę ją bez opisów. Opisy przenoszę do części "O Parsęcie". Zapraszam...
Parsęta w okolicy wsi Doble i Kolonii Motarzyn.
Parsęta przy drodze 171 i Hodowli Pstrąga w Żarnowie. 

Parsętę w okolicach wsi Doble ktoś bardzo ładnie opisał opowiadając w Internecie, jak wspaniałe łososie i pstrągi można tam złowić. Pojechałem to sprawdzić - jakżeby inaczej!

Aby ograniczyć zbędne przy wędkowaniu kontakty z tubylcami, zaparkowałem po zachodniej stronie rzeki, za mostem, w znacznej od ni          ego odległości. Dostęp do rzeki okazał się bardzo trudny. Wodery grzęzły w bagnie tak mocno, że trudno je było wyciągać. Twardy brzeg okazał się tak zarośnięty, że wyszukanie miejsca do zarzucenia błystki zajmowało więcej czasu niż samo prowokowanie nią ryby. Przyznaję, że każde z takich miejsc sprawiało wrażenie kryjówki potężnej internetowej ryby, ale czym innym jest wrażenie, a czy innym rzeczywistość.
W pierwszym z takich miejsc, z dołka za piaszczystą łachą, zaatakował niewymiarowy szczupak. Jakiś cudaczny albinos. Bardzo cienki, jasny, jakby wyblakły i niemal przezroczysty. Przypisałem ów wygląd łasze jasnego piasku spoza której zaatakował. Wymoczka wypuściłem - był szybko uwolniony z zaczepu, wiec odpłynął dziarsko. Nadzieje na złowienie normalnej ryby wzrosły. 
Po powrocie na most i przejściu na mało zadrzewiony, twardy brzeg od strony wsi, przewędrowałem w dół rzeki prawie dwa kilometry. Rzeka wygląda na rybną, prezentuje się pięknie. Dotarłem do wchodzącego w nurt ogrodzenia z żerdzi, za którym pasły się wielkie byki. Dalej rzeka meandrowała pięknie, kusiła tajemniczymi, ciemnymi wirami ale byki przerwały skubanie trawy i gapiły się na mnie tak, jakby miały wielką ochotę poganiać mnie po łące. Zrezygnowałem. Wróciłem do samochodu bez ryby i kilku blach utraconych na zaczepach we wcześniej nierozpoznanej rzece. Ale z przekonaniem, że brak ryby to wyłącznie wynik niewłaściwej pory dnia.
Przekonanie osłabło, gdy w drodze powrotnej, wg mapy, podjechałem do Kolonii Motarzyn pod ostatnie, samotne gospodarstwo nad rzeką. Przy samochodzie otoczyły mnie rozszczekane kundle, chyba z pięć, ale wszystkie przyzwoite. Przestrzegały niepisanych zasad - dopóki stałem bez ruchu, nie atakowały. Stałem tak długą chwilę. Kilka osób wyległo na podwórze, ktoś odwołał psy. Do mnie, z jazgotliwym kundelkiem dołączył gospodarz, aktualny właściciel gospodarstwa. Niewysoki, ale bardzo gadatliwy men. Cały czas towarzyszył mi nad wodą, obserwował moje rzuty i wciąż nawijał a jego pies cały czas szczekał. Przy takim hałasie trudno było spodziewać się ataku ryby. Słuchałem obu bardzo niechętnie, ale cierpliwie. Dowiedziałem się, że gospodarz mieszka nad rzeką od bardzo dawna, że kiedyś było w niej dużo ryb ale stopniowo i dokładnie wyginęły gdy w Doblu zaczęła działać i zatruwać wodę hodowla pstrąga (???), że wędkarze pojawiają się coraz rzadziej i wracają bez ryb, że nad rzeką w pobliżu jego zabudowań coraz częściej biwakują kajakarze, że jego domostwo nawiedzili przedstawiciele Gminy Białogard i namawiali do podpisania zgody na utworzenie zbiornika przeciwpowodziowego w Osówku gwarantując przydział nowego mieszkania w mieście.
Zadowoleni (?) że pogadaliśmy, pożegnaliśmy się jak starzy znajomi. Wracać tam nie zamierzałem, ale los lubi sprawiać niespodzianki. Podczas rejestrowania Maratonu Kajakowego, na rzecz tego miejsca zrezygnowałem z poszukiwań punktu kontrolnego w Doblu. Trwam w przekonaniu, że był to wybór słuszny - żaden punkt kontrolny nie zastąpi dzikiej scenerii na wysokości Kolonii. WIDEO. 

Parsęta w okolicy mostu 167.

Parsętę w okolicy mostu 167 poznałem trochę lepiej. Przede wszystkim podczas letnich wędrówek brzegiem zachodnim, od mostu w dół, na odległość około 3 kilometrów. Odwiedzałem go wielokrotnie, zwykle z dobrymi wynikami. Widywałem tam obce ślady, ale konkurenta nie spotkałem nigdy.

Brzeg dolny od strony Tychowa okazał się dla mnie za trudny. Przerośnięte i powiązane pnączami chaszcze tworzą zwarte ściany. Trzeba je albo obchodzić mocno nadkładając drogi, albo z trudem przedzierać się przez nie, najlepiej z maczetą. Przy pierwszym podejściu napracowałem się, ale warto było chociażby po to aby zobaczyć, co na leniwym dole, na prawie 90-stopniowym zakręcie próbował wykombinować około 60-centymetrowy potokowiec.

Zwykle w takim miejscu lubi stać duża ryba. Aby taką sprowokować, zastosowałem dużą, łososiową obrotówkę z miedzianym skrzydełkiem. W wodzie skrzydełko przewinęło się, zablokowało na strzemiączku, a błystka zamiast przyzwoicie wirować, zbliżała się ociężałymi majtnięciami. Chcąc powtórzyć rzut, przyspieszyłem zwijanie żyłki. Gdy unosiłem błystkę nad wodę, w powietrze tuż za nią, prawie spod moich nóg wystrzelił pstrąg. Zaskoczył mnie tak, że bezmyślnie, odruchowo szarpnąłem wędką. Błystka umknęła mu sprzed nosa w ostatnim momencie. Chlapnął do wody pewnie nie mniej zaskoczony niż ja, Ale zaprezentował się wspaniale.

Miejsce to sprawdzałem dokładnie podczas każdego wędkowania - pstrąg po raz drugi nie pokazał się.