Krzykiem, machaniem rybą, gestami rąk i nóg, koniska odgoniłem. Świadome swojej mocy odeszły bez pośpiechu. Zdziwiło mnie, że przy pyskach miały jakieś metalowe elementy uprzęży (?). Porysowały nimi maskę samochodu aż do białego metalu.

Nieco później na moje auto z roku 1987 trafił się amator rajdów. Po niewielkim liftingu tłukł je bezlitośnie po przeróżnych bezdrożach. Jak w przypadku pozostałych  aut rozstałem się z nim z niemałym żalem. Nadwozie miał powiązane z podwoziem tak silnie, że podczas jazdy stanowiliśmy całość. Wszelkie przechyły przenosiły się dokładnie na mnie. W Pajero z roku 1998 (następnym) już tego nie ma - auto i kierowca reagują niezależnie od siebie (?!).

Po kilkakrotnym rozpoznaniu, w rejonie Rościęcina odwiedzałem przede wszystkim trzy miejsca. W położonym najwyżej złowiłem kilka troci, w tym mój osobisty rekord życiowy - samiec 7,95 kG. Zwykle ryby atakowały w pierwszym, celnie wykonanym rzucie. Tylko raz atak nastąpił w rzucie piątym, gdy błystkę posłałem daleko w dół rzeki, tam gdzie nurt zwalnia a jego część porasta wodna roślinność. Zaatakował szczupak wyrównujący wagą mój wcześniejszy rekord 5,10 kG.

Podczas przechodzenia do odległego o około 200 m następnego atrakcyjnego miejsca, gdzie brzeg się wypiętrza a rzeka znacząco rozszerza i wypłyca, zwykle wykonuję kilka rzutów kontrolnych. Zdarzyło się, że po rzucie kolejnym, pod przeciwległym brzegiem nastąpiło nagłe zatrzymanie błystki. Po podcięciu ruszyło w dół rzeki ociężale jak lokomotywa wykonując nieliczne, dziwne targnięcia. Po wysnuciu kilkudziesięciu metrów żyłki, daleko ode mnie ale w pobliżu mojego brzegu ciężar zelżał, błystka powróciła do zestawu. Do chwili obecnej nie wiem, co to było - mocarna ryba, czy powyginany konar uwolniony z dna rzeki :(.

Oba następne miejsca uznane za atrakcyjne odwiedzałem przede wszystkim we wrześniu i październiku, z zestawem lipieniowym i podbierakiem z mocno przedłużoną rękojeścią. Na szerokiej płyciźnie lipienie brały mizerne ale woda wprost gotowała się obecnością dużych ryb. Jakich - ustalić nie zdołałem. Tam przydałby się doświadczony mucharz.

W miejscu trzecim, odległym o kolejnych kilkadziesiąt metrów, brały tylko lipienie duże, ostro broniące się przed sprowadzaniem do brzegu. Tam długi podbierak był po prostu konieczny.

Teraz, tj. w roku 2020, wyprawy na pstrąga i lipienia straciły sens. Nowy gospodarz wód dorzecza Parsęty - Związek Miast i Gmin Dorzecza Parsęty z siedzibą w Karlinie "opracował" nowy regulamin połowów i nadał mu moc obowiązującą na czas nieokreślony. W myśl tegoż regulaminu mogę złowić dziennie jednego lipienia lub jednego pstrąga! Mam 80 lat. Za młodu wędrowałem wzdłuż rzeki pokonując wielokilometrowe odległości ale zawsze ze świadomością, że nie muszę ale mogę złowić kilka takich ryb a nigdy nawet nie zaświtała w mojej głowie myśl, aby złowić ich kilkadziesiąt. Przy takiej świadomości powracałem znad rzeki szczęśliwy nawet wtedy, gdy nie złowiłem żadnej. Uszczęśliwiał mnie sam pobyt nad rzeką, rozpoznanie i sprawdzenie jej nowych odcinków, także kolejne potwierdzenie własnych umiejętności. Teraz część własnego pstrągowego wyposażenia rozdałem, reszta wisi na kołku. Powód jest oczywisty, zawsze ten sam. Nigdy we własnym życiu nie traktowałem wędkarstwa jako podstawowego źródła emocji. W nierównej walce człowiek-ryba zawsze miałem bodziec dodatkowy - złowię kolację albo obędę się wspomnieniem smaku :).

Łowienie i oddawanie ryb wodzie traktuję jak pospolite barbarzyństwo. Ryba w tym układzie walczy z bólem i strachem, walczy o życie i jej wypuszczenie w niczym tego faktu nie zmienia. Bardziej rozumiem wędkarskich sportowców - ich najważniejszym bodźcem jest chęć pokonania pozostałych zawodników - nie ryby!! Stąd tak często zwolennikom mody NO KILL sugeruję skoki spadochronowe lub przynajmniej ring. Zawsze istnieje emocjonująca świadomość, że spadochron się nie otworzy... 

 

Poniżej Rościęcina rzeka mocno rozszerza się i wypłyca. Na wysokości kołobrzeskich ogrodów działkowych, na płaskim brzegu na krótko zatrzymują się uczestnicy MSK. Wszyscy zakładają wydane przez organizatorów jednolite koszulki aby po takim "przezbrojeniu" wpłynąć jednolitą armadą na tereny miasta. Pomiędzy bulwarami rozgrywają głośno dopingowany wyścig australijski obserwowany przez licznych kołobrzeżan i turystów. Kiedykolwiek towarzyszyliśmy uczestnikom uzbrojonym w kamery pontonem, po wyścigu rozstawaliśmy się. Około 200-osobowa armada wracała w górę rzeki aby po wpłynięciu na Kanał Drzewny dopłynąć na przygotowane dla kajakarzy lądowisko obok Hali Milenium, my płynęliśmy w dół, aby po wpłynięciu na tereny Mariny lądować przy jej slipie, przy którym zwykle czekało na nas auto ze spec-przyczepą. Więcej szczegółów w playliście https://www.youtube.com/playlist?list=PLgiEZBss-8aQOzQHerpJjj4JROPIJALut.

raczyła honorować Straż Leśna (?). Strażnicy zachowywali się tak, jak ruscy wartownicy na moście nad Piławą, strzegący niegdyś wjazdu na tereny Bornego Sulinowa. NIE LZIA i koniec. A szkoda. Tam zawsze coś się dzieje. Widywałem młodzież skaczącą do wody z rozbujanej liny podwieszonej wysoko na przybrzeżnym drzewie a nawet osoby zjeżdżające z tamy na tyłkach, wprost do wody kłębiącej się pod tamą. Pod wpływem wyobraźni skóra nieco marszczyła się nam na plecach ale mam nadzieję, że wcześniej sprawdzano, czy w spienionej wodzie nie utkwił np konar.

Najdalszy odcinek Piławy, jaki miałem przyjemność poznać i zarejestrować, to jej fragment powyżej mostu w Nadarzycach. W tamtejszej Agroturystyce spędziliśmy trzy dni z ekipą TVP3 Szczecin zgrywającą materiał o Zalewach Nadarzyckich do programu Pomorskie Krajobrazy. Zalewy, które na mapach drukowanych w Polsce do roku 1993 "nie istniały" (wg naszego informatora), okazały się miejscem przepięknym, o którym równie pięknie opowiadali tamtejsi gospodarze pola biwakowego i przystani wędkarskiej.

Na realizację objazdu planowanego od bardzo dawna poświęciliśmy zaledwie cztery godziny. Zaczęliśmy późno, po odebraniu wyników ze Szpitala w Koszalinie, pętlę objazdową zamknęliśmy we wczesnowiosennych ciemnościach. Temat główny - Radew, uzupełniający - Elektrownia Żydowo. Zdjęcia rozpoczęliśmy od Mostowa, krótko rozpoznanego kilkadziesiąt lat wcześniej. Zastaliśmy przyzwoity plac postojowy z tablicami informacyjnymi, niedaleką wiatą i miejscem na duże ognisko. Rozlewisko powyżej mostu drogowego tylko bardziej zarosło. Drogę i most poszerzono, wydzielono z  nich spacerowy deptak do zabudowań za rzeką. Jednostronny deptak wyłożony kostką brukową, osłonięto barierkami od strony jezdni. Poniżej mostu zaistniały zmiany mało znaczące - obok rozsypujących się pomostów powstały nowe, solidniejsze.

Podczas jazdy drogą 168, na rozjeździe słabo oznakowanych dróg rozchodzących się pod bardzo ostrym kątem, zjechałem w lewo. w stronę Rekowa. Zatrzymałem się na skraju lasu, po przejeździe kilku kilometrów. Zachęcająco wyglądający las okazał się kompletnie pusty - bez jakichkolwiek śladów grzybobrania. Pierwszy z nadjeżdżających samochodów przemknął obok nas nawet nie zwalniając. Zatrzymała się i udzieliła konkretnych informacji dopiero Pani nadjeżdżająca autem dostawczym. Po nawrocie bezproblemowo dojechaliśmy do mostu 168. Radew jest pod nim wąska, niezbyt głęboka ale obecność atrakcyjnych ryb możliwa. Sprawdzenie było niemożliwe przede wszystkim z uwagi na okres ochronny.

Przed dojazdem do Drzewian przejeżdżałem przez Stare Borne. Widok wysokich murów omotanych na górze drutem kolczastym wydał się mi skądś znany. Przypuszczam, że w czasach, gdy przejeżdżałem w miesiącu 5-6 tysięcy km (zawsze ze spinningiem)  już je widziałem. Okoliczności nie kojarzę.

W Drzewianach wjechaliśmy na drogę 205, w stronę Polanowa. Bez pośpiechu jechaliśmy trasą przecinającą mocno sfałdowany teren. Cel - Elektrownia Wodna w Żydowie - był coraz bliżej. Gdy dojechaliśmy, natychmiast zrodziły się dziesiątki pytań. Teraz, przy obróbce materiałów wyrzucam sobie, że nie spróbowałem przynajmniej na część z nich uzyskać odpowiedzi telefonicznej. Numer łatwo można odnaleźć w telefonie a informacje odnalezione pod adresem https://media.energa.pl/pr/357240/goscinna-elektrownia-zydowo potwierdzają przyjazny stosunek Zarządu do osób zainteresowanych obiektem.

Z informacji opublikowanych na stronie https://energa-oze.pl/obiekty/elektrownie-wodne-duze/20062/esp-zydowo wynika, że rzeka Radew ma swój początek w jeziorze Kamiennym, odległym od dolnego jeziora Kwiecko o około 1,5 kilometra. Różnica poziomów pomiędzy nimi sięga 82 metrów. Oglądając tamtejszy teren trudno jest w to uwierzyć. 82 metry to jednak na odcinku półtora kilometrowym bardzo dużo. Uwierzyć trudno m.in. dlatego, że w Internecie od początku jego istnienia pojawiło się mnóstwo bzdur i błędów. Nawet w materiałach dotyczących ESP Żydowo. Wg strony https://pomorzezachodnie.travel/Poznawaj-Przyroda-Jeziora/a,12064/Jezioro_Kwiecko wysokość dolnego jeziora Kwiecko to 1,1 km, maksymalna głębokość dochodzi do 4 m a wahania lustra wody utrudniające życie wędkarzom sięgają 6 m! Precyzja zerowa, ale podobno zdarza się nawet najlepszym... Oczywiście prawdy można się domyślić a z innych materiałów wynika, że jest wielce interesująca. W przypadku jeziora Kamienne wahania zwierciadła wody sięgają 3,7 m a powierzchni od 78,5 do 99 ha. Jezioro Kwiecko powierzchnię swoją prawie podwaja - od 73 do 140 ha.  Chciałbym takie zmiany sfilmować. Próbować zamierzam.

Wideo: Rega w marcu 2004.

Rega to chyba jedna z najbardziej pokręconych rzek. Od roku 1978, tj. od daty nabycia pierwszego samochodu, ciągle albo widzę ją z drogi, albo nad nią przejeżdżam. Jadę przez Świdwin - Rega, przez Łobez - Rega, przez Resko - Rega, przez Płoty - Rega, przez Gryfice - Rega, przez Trzebiatów - Rega, przez Mrzeżyno - oczywiście Rega. Dalej już tylko Bałtyk.

Wiele z w/w miejsc sprawdzałem spinningiem. Odcinki górne zestawem pstrągowym, dolne łososiowym, atakowanym także przez szczupaki i okonie. Wyniki na odcinkach górnych przyzwoite, na dolnych zerowe, ale były to próby niewystarczające do formułowania opinii. Kilka lat temu oglądałem w necie wędkarskie relacje akurat z tego odcinka, który przepłynęliśmy pontonami. Wyniki były rewelacyjne!

Informacji o Redze udzielał uczestniczący w wyprawie przedstawiciel Federacji Zielonych „GAJA", lekarz, gorący fan rzeki, zagorzały przeciwnik budowy zbiornika przeciwpowodziowego na odwiedzonym przez nas odcinku. Jego argumenty przedstawiono w poświęconym Redze filmie z cyklu „Pomorskie Krajobrazy" - większość tych argumentów podzielam, a w ich uzupełnieniu proponuję zwrócić uwagę na sposób, w jaki decydenci oraz zwolennicy budowy zbiorników p.powodziowych na Redze i Parsęcie informowali społeczeństwo o rzeczywistych efektach tych kosztownych inwestycji. Zwykle zapominali (?) dopowiedzieć, że zbiorniki na przymorskich odcinkach rzek tylko złagodzą, ale nigdy nie wyeliminują zagrożenia. Do wystąpienia powodzi poniżej zbiorników wystarczy porządny, długotrwały sztorm na Bałtyku. Oczywiście najpoważniejsze kłopoty powstają, gdy sztormowa cofka spotka wysoką falę (np. z roztopów lub intensywnych opadów), nadpływającą z dorzecza. Zbiorniki miałyby ją powstrzymać. Na Parsęcie skończyło się na budowie zapory ze zwężkami Venturiego, Do bliższego rozpoznania pozostają efekty inwestycji na Kanale Jamneńskim (na mapie Google - Jamieński Nurt), tj. wrota sztormowe na Kanale i rozległy falochron na Bałtyku, poniżej ujścia.

Skoro "zawadziłem" o mapę Google, warto przyjrzeć się zbliżeniu Regi. Pokazano na niej ogromną ilość odnóg, martwych nurtów, zatok, rozlewisk, które przy niskim stanie wody po prostu znikają albo przynajmniej stają się niewidoczne. Podczas spływu, przed krótkim wejściem w górę rzeki Mołstowa, mijaliśmy tylko jedno rozległe rozlewisko, po którym brodził mężczyzna z solidnym kołkiem (?).  Drugiego mężczyznę, tym razem w pełni uzbrojonego wędkarza, spotkaliśmy dopiero przy moście kolejowym. Do czasu spotkania, ryby ani brania nie miał.

Na przełomie wieków XX/XXI, albo jeszcze wcześniej - w każdym razie w okresie "przedkomórkowym" - po uzgodnieniu z tamtejszymi wędkarzami, po raz pierwszy rozegraliśmy nasze Spinningowe Mistrzostwa Koła poniżej Trzebiatowa. Koledzy kilka ryb złowili, ja żadnej. Trzebiatowski odcinek zniechęcił mnie bardzo skutecznie. Po każdym, nawet najdrobniejszym zaczepie, po wydobyciu podwodnej trawy lub gałązki musiałem oczyszczać błystkę ze śliskich, przezroczystych, długich farfocli(?). Obrzydlistwo!! Sędziował wielce sympatyczny kolega Lucjan.

Po zawodach, w niewielkiej odległości od Kołobrzegu, na terenach użytkowanych do ćwiczeń wojskowych zorganizowaliśmy postój z ogniskiem, posiłkiem, oficjalnym podsumowaniem i wręczeniem nagród. Było gwarno i wesoło do czasu, gdy ktoś zapytał, co dzieje się z Luckiem. Leżał w pobliżu z twarzą w trawie, siny. Nie oddychał. Akcja ratownicza natychmiast nabrała rozpędu. Dwaj koledzy pobiegli na drogę 102 aby zatrzymywać samochody jadące do Kołobrzegu, prosić o wezwanie pogotowia i czekać na ratowników, by wskazać im drogę. Pozostali, na zmianę, do zmęczenia, wykonywali sztuczne oddychanie i masaż serca. Wydawało się, że trwa to wieczność, narastało zwątpienie. Lucek wciąż nie oddychał. 

Kolejni koledzy kontynuowali akcję aż do przyjazdu pogotowia. Odetchnęliśmy z ulgą, gdy ratownicy po potwierdzeniu właściwego prowadzenia akcji i przywróceniu Luckowi funkcji życiowych, zabrali go do szpitala. Niestety. Po dwóch tygodniach nasz powszechnie lubiany kolega w szpitalu zmarł. Zmiany związane z niedotlenieniem mózgu okazały się zbyt duże.

nie sprawdziłem osobiście. Wędrowałem w mrozie i skwarze, w słońcu i deszczu, podrapany, poparzony, pogryziony przez komary i przeróżne krwiopijne robactwo. Przedzierałem się przez jeżyny, pokrzywy, trzciny i bagna i ...wcale tego nie żałuję. Złowione ryby były tylko wspaniałym zwieńczeniem, wcale nie koniecznym. Przeprosiny za chwile spędzone beze mnie i prośba o wyrozumiałość należą się wyłącznie mojej rodzinie (!).

Lewy brzeg Parsęty od ujścia Pokrzywnicy do betonowych fragmentów elektrowni wodnej oddziela od doliny Pokrzywnicy wysoki wał przeciwpowodziowy, szczelnie zarośnięty splątanymi jeżynami, pozbawiony wędkarskich ścieżek. Wysokie, strome skarpy znacząco zmniejszają ilość stanowisk umożliwiających spinningowanie. Na jednej z takich skarp, nieco powyżej przeciwległegwzgórza spróbowałem sprawdzić głęboki dół na zakolu, przy mojej skarpie. Z góry widziałem bardzo wyraźnie, jak po pierwszym rzucie, od dna do mojej "karlinki" wychodzi ogromna ryba. Zbliżyła się na odległość kilkunastu centymetrów, prawdopodobnie dostrzegła mnie i błyskawicznie zniknęła w toni. Odruchowo zasalutowałem i dopiero wtedy zacząłem myśleć normalnie. Gdyby zaatakowała błystkę, niechybnie zjechałbym razem z nią ze skarpy.

Zanim wybudowano obwodnicę Karlina, do opisywanego odcinka Parsęty docierałem pieszo przez most szczeciński i dalej w górę rzeki, albo maluchem z drogi lokalnej prowadzącej m.in. przez Zwartowo - na polny "parking" przy starorzeczu, dalej pieszo, przez kanał łączący je z rzeką. Środek kanału przegradza spora betonowa płyta. Jej przeznaczenia ani dawnej funkcji nie znam. Opływają ją po obu stronach wąskie, łatwe do przeskoczenia pasy wody. Ktoś opowiadał mi, że właśnie z tej płyty obserwował, jak ciągną na tarło ławice dużych 2-2,5-kilogramowych miętusów. Dokąd płynęły - z kanału do rzeki, czy odwrotnie - nie wiem, a informacje internetowe są po prostu niejednoznaczne.

Najdalej lewym brzegiem doszedłem do około dwustu metrów powyżej linii WN, niemal prostopadle przecinającą błękit nad rzeką. Na temat linii krążyły niegdyś po Karlinie opowiadania mało prawdopodobne. Mawiano, że tzw. "elektrycy" używali jej do "gotowania" rzeki. Wszystko, co do czasu rozwalenia najbliższej trafostacji zdążyło się ugotować, wybierali z rzeki na handel. Nie dowierzałem do czasu, gdy po całodziennej i nocnej, nie zapisywanej na bieżąco pracy, o godzinie drugiej nad ranem zgasło światło. Wielogodzinne, niezapisane w PC opracowanie straciłem bezpowrotnie. Rano w Energetyce dowiedziałem się tylko, że poważne uszkodzenia "zaistniały" w trafostacji (?), a około godziny dziewiątej "roznosiciel" zapytał przez domofon, czy kupię świeże ryby z Parsęty. Domyślając się źródła, przytaknąłem. Potwierdziły się moje podejrzenia. Roznosiciel miał w torbie różnej wielkości pstrągi i lipienie, miękkie, jakby nieświeże albo podgotowane. Poprosiłem, aby poławiaczom przekazał moją wściekłość.

Do łowisk na brzegu prawym dostęp jest łatwiejszy, ścieżki są wydeptane, a wystarczy za mostem białogardzkim iść ku nim wzdłuż brzegów Radwi i później Parsęty, albo na ukos przejść przez zalewową łąkę i rozpocząć wędkowanie powyżej betonowych fragmentów nigdy nie dokończonej elektrowni. Oczywiście można do tego miejsca dojechać wyboistą drogą, ale dla spiningisty to wątpliwe rozwiązanie skoro środek transportu trzeba pozostawić na kilka godzin bez opieki. W tym tkwi podstawowy powód braku zdecydowanej reakcji wędkarzy na obecność i działania napotykanych nad rzeką kłusowników. Zdarzało się, że rowery, motocykle a nawet mniejsze autka odnajdowano w rzece.

Z wojskowym, poligonowym przewodnikiem, krótko opłynęliśmy niewielki odcinek Drawy niechętnie udostępniany cywilom poniżej mostu. Stamtąd, poprzez jezioro Dębno Wielkie popłynęliśmy w górę rzeki. 

Rzeka powyżej jeziora jest przepięknie czysta. Ryby, doskonale widoczne ponad fragmentami jasnego, piaszczystego dna, nie zwracały uwagi na naszą obecność. Pływały obok i pod nami spokojnie - czyżby tak dalece nawykły do poligonowego zgiełku i obecności ciężkiego sprzętu pokonującego przeszkody wodne?

Za sprawą kajakarskiej grupy studenckiej, spływającej w dół wąskiej rzeki, mieliśmy sporo atrakcji zupełnie odmiennych. Płynąc w górę, na licznych meandrach rzeki stanowiliśmy dla nich ogromną niespodziankę. Szczególnie dla dziewcząt roznegliżowanych do skrajnego minimum. Przepływając niemalże burta w burtę, reagowały różnie, ale w każdym przypadku wyglądały wspaniale :).

Nad Drawą, mój niezawodny towarzysz wypraw pontonowych miał okazję przekonać się o wadze moich ostrzeżeń. Zawsze żądam, aby przy każdym, dalekim od brzegu opuszczeniu jednoosobowo używanego pontonu, zawsze utrzymać go na uwięzi. Gdy po odjeździe zleceniodawców wypłynęliśmy odświeżyć się, Andrzej ostrzeżenie zbagatelizował. Dmuchnął nieco silniejszy wiatr, jego ponton zaczął uciekać szybciej, niż Andrzej pływa. Po zabraniu kompana do mojego pontonu podjęliśmy pościg na pełnej mocy silnika elektrycznego. Trochę to trwało...

Widok z mostu na drodze nr 102. Kilkaset metrów od mostu, w dole rzeki - hodowla pstrąga. Bliżej, osłonięte obecnie młodymi drzewami, "trwają" ruiny spalonego zajazdu Ponderosa, niegdyś przytulnego, z wielkim, zawsze (?) czynnym kominkiem.

Autorzy większości stron poświęconych Parsęcie - przynajmniej tych, które zdążyłem poznać przed spisaniem niniejszego komentarza - wprowadzili do Internetu ogromnie dużo interesujących opisów. Czytałem je z przyjemnością, porównywałem z przeżyciami i wrażeniami własnymi, z własnym odbiorem Parsęty, a teraz -  ...teraz nie mogę się powstrzymać, aby nie dorzucić swoich trzech groszy. Obawiam się tyko, że jak już zacznę, to na tych trzech wcale się nie skończy.

 

 

Górny odcinek Parsęty przez wiele lat pobudzał moją wyobraźnię. Zwykle podczas wędrówek brzegami dolnego jej biegu, szczególnie wtedy, gdy na miejscu, w którym akurat zamierzałem złowić "swoją" rybę, zastawałem obcych wędkarzy, wyobrażałem sobie, że tam, u góry, nie zastanę nikogo, zatrzymam się gdzie zechcę i "swoją" rybę, bez pośpiechu, spokojnie złowię. Nie będzie to - co prawda - dziesięciokilowy łosoś, ale pełnowymiarowy, pięknie wybarwiony pstrąg na pewno.

 

Czas na sprawdzenie tych wyobrażeń wygospodarowałem dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych, po wcześniejszym sprawdzeniu wielu innych potoków, rzek i jezior, nad którymi, lub obok których w tamtym okresie przejeżdżałem samochodem, pokonując latem około siedmiu tysięcy kilometrów miesięcznie. Wędkarski strój i sprzęt miałem pod ręką  zawsze, a przerwy na spacer ze spinningiem lub krótką kąpiel w upalny dzień zawsze orzeźwiały mnie na tyle, że bezpiecznie jechać mogłem dalej.

 

 

Właśnie na jeden z takich powrotów wybrałem trasę Szczecinek-Parsęcko-Radomyśl-Parsęta. Na pierwszy postój wybrałem pobocze w pobliżu samotnych, skrajnych zabudowań Radomyśla. Akurat tam, w prawo od asfaltu, w dół, odbiega polna droga z rachitycznym mostkiem na rzece.

 

 

 

Parsęta w sąsiedztwie gospodarstwa Radomyśl 1 i Stacji Badawczej UAM w Poznaniu.

Wideo: Parsęta 001 /.

 

 

 

      

 

 

Gdy po zmianie przyodziewku, sprawnie, z wieloletnią wprawą dokonanej w ustawionym na poboczu drogi samochodzie, uzbrojony w lekki spinning z przyciemnionym Meppsem po raz pierwszy dotarłem do mostka, zmarkotniałem. Płytka, brązowa woda, dość ponura mimo słonecznego dnia sceneria i  grząskie brzegi, do wędkowania nie zachęcały. Schodzić nad wodę, czy jechać dalej?

 

 

Moje wahania przerwało coś, co stosowniej byłoby przedstawić przy użyciu pędzla i farb. Pospolity za mostkiem obraz zaczął nabierać życia. Spoza wzgórza wyłaniać zaczęły się krowy - szły spokojnie, powoli wkraczały w nieciekawe za mostkiem tło. Za czwórką dorosłych człapał duży kundel, za nim wciąż niespokojnie podążała trójka krowiej młodzieży a wśród niej uwijał się długowłosy kundelek, nieco mniejszy od dorosłego kota. Grupę, w niewielkim oddaleniu, zamykała młoda, mocno zbudowana szesnastolatka (?) w jasnej sukieneczce. Szła pewnie i lekko, zamyślona i obojętna, jakby to, co działo się przed nią, biegło naturalnym, od dawna utartym trybem, bez potrzeby jakiejkolwiek interwencji z jej lub czyjejkolwiek strony.

 

 

Dorosłe krowy ze starym psem przeszły przez dziurawy, sfatygowany mostek spokojnie. Młodzież, której konieczność dojenia była jeszcze najzupełniej obca, na powrót do obory wyraźnie nie miała ochoty - rozbiegła się przed mostkiem, każde w innym kierunku. Ale nad tym czuwał długowłosy malec. Błyskawicznie, z uporem najprawdziwszego psa pasterskiego obiegał wyrośniętego cielaka od ogona i ostro rozszczekany, doskakiwał mu do pięt tak długo, aż niesforne zwierzę przybrało pożądany przez psa kierunek. Dał niezły popis. Trwało to dobrą chwilę, a kiedy wszystkie przepędził przez mostek, podbiegł do mnie, obwąchał moje buty i przez chwilę, bez merdania ogonem, uważnie popatrzył mi w oczy. Nie słyszałem, ale wręcz czułem, jak swoim spojrzeniem mówi: - Hej, Ty! Wszedłeś na mój teren bez zaproszenia, więc uważaj.  Żadnych numerów, bo poradzę sobie z Tobą tak, jak radzę sobie z krowami!

 

 

Powiedział to wzrokiem i pobiegł dalej, bo krowia młodzież, korzystając z chwili spokoju, próbowała za mostkiem ponownie umknąć mu spod jazgotliwego nadzoru.

 
 

Sceny niby banalne, ale właśnie wtedy i właśnie w tamtym otoczeniu stanowiły tak harmonijną całość, tak doskonale, naturalnie pasowały do tła, że oglądanie ich sprawiło mi naprawdę dużą przyjemność.

 

 

Z dziewczyną, po jej grzecznym dzień dobry, chwilę rozmawiałem. Zdążyła powiedzieć, że w gospodarstwie, przy którym pozostawiłem samochód, przebywa zawsze w czasie przerw w nauce, ale wędkarzy w jego pobliżu nigdy wcześniej nie widywała. A brązowa woda? - taką pamięta od zawsze.

 

 

Takie informacje do wędkowania nie zachęcały, ale - skoro stałem już w pełnym rynsztunku nad wodą, powędrowałem w dół rzeczki w chwilę po tym, jak idąca za krowami dziewczyna zniknęła za zakrętem drogi. Dopiero wtedy, bo zanim zniknęła, musiała iść pod górę, wprost na słońce, które niedyskretnie i nieco bezwstydnie, prześwietlało jej lekką sukienkę stwarzając w tle swojej poświaty obrazy ...niepowtarzalne :).

 

 

 

Sprawdzając błystką każdy dołek i wykrot przewędrowałem brzegiem około pół kilometra. Po złowieniu i wypuszczeniu pierwszego, siedemnastocentymetrowego pstrążka, nabrałem przekonania, że warto próbować dalej bo przecież, przynajmniej teoretycznie, jeśli w rzece są ryby małe, to - być może - w pobliżu są także rodzice albo co najmniej starsze rodzeństwo.

 

 

Teoria nie sprawdziła się. Pewnie dlatego, że opiekunowie, jak u ludzi, siedzą sobie dalej w zacisznym miejscu i plotkują, jednym tylko okiem zerkając na to, co na płyciźnie lub placu zabaw wyczyniają maluchy. 

 

 

Kiedy na kolejnych dołkach moją błystkę połknąć próbowały trzy następne, pięknie wybarwione, mocno wyprofilowane pstrążki, z których żaden nie był większy od pierwszego, dałem im spokój. Odpinanie ich z kotwiczki bolało nawet mnie a takie chwile wciąż odnawiają moją niechęć do wędkarzy - "szlachetnych sportowców", łowiących ryby tylko po to, by je zważyć, sfotografować i wypuścić. Kiedykolwiek czytam lub oglądam takie sytuacje, zawsze nabieram nieprzepartej chęci aby kiedyś usłyszeć to, co taki "sportowiec" miałby do powiedzenia, gdyby coś lub ktoś wbił mu podczas posiłku hak (bezzadziorowy!) pod brodę, przeciągnął po wertepach do głębokiej wody, obmierzył, zważył, strzelił wspólną podwodną fotkę, cmoknął w czoło i nieprzytomnego delikatne ułożył na brzegu :).

 

 

Po dziesięciu latach odwiedziłem te miejsca z kamerą. W pierwszy, bezlistny jeszcze dzień wiosny, wzrok sięgał znacznie dalej niż latem, ale żadnych poważniejszych zmian nie dostrzegłem. Na dziurawym uprzednio mostku ułożono nowe okrąglaki, woda nadal płynie brązowa. A pstrągi, które wypuściłem? Gdyby pozostały w swoich kryjówkach tak długo, byłyby to już całkiem pokaźne sztuki. Prawdopodobnie dorastając schodziłyby niżej, na głębszą wodę, ale i tak wybór miały niewielki. Niżej rzekę przegradza potężna zastawa przy Stacji Badawczej UAM w Poznaniu. A trudno być optymistą, szczególnie po obejrzeniu prezentowanej niegdyś w Internecie reklamy "elektrycznej wędki", w której facet uzbrojony w akumulator, przetwornicę i podbierak poraża prądem, wybiera i sypie do wora całe mnóstwo pstrągów różnej wielkości. 

Po letnim, wstępnym rozpoznaniu okolicy "krowiego mostka", jeszcze w tym samym dniu, sprawdziłem okolice Stacji Badawczej w Storkowie. To Stacja Bazowa Geoekologiczna Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po ustawieniu samochodu na poboczu, za tablicą Wierzchowo-Grzmiąca, pomaszerowałem obejrzeć zastawy i rzekę poniżej. Zaskoczyła mnie duża wysokość zapory i rozległa, a raczej długa, piaszczysta płycizna poniżej. Woda na płyciźnie co najwyżej do kostek, w zaporze brak przepławki dla ryb.

 

 

 

Po upływie dziesięciu lat próbowałem utrwalić stan bieżący na taśmie - nie udało się, stchórzyłem. Przy drodze, którą uprzednio doszedłem do zapory, zastałem dwie tablice: - "Agroturystyka" + nr telefonu, i drugą "Uwaga Zły Pies". Pod wymalowanym na tablicy numerem nikt się nie zgłosił, więc zrezygnowałem. Wolałem nie prowokować sytuacji podobnej do zdarzenia znad Brdy. Gdy wiele lat temu poniżej Tucholi, w okolicy miejscowości Świt, w przyzwoitej, prawie 50-metrowej odległości obchodziłem samotne gospodarstwo, z jego opłotków wypadły trzy rozszczekane psy, dwa kundle małe i jeden wielki jak cielak. Ustawiłem się do nich bokiem i znieruchomiałem, bo uczono mnie kiedyś, że nieruchomego człowieka pies nie ugryzie. Bzdura, albo ten pies nie był normalny. Gdyby charakter miał wojownika, to przy swoim "wzroście" i wadze bez trudu przegryzłby mi szyję. Ale charakter okazał podły, pewnie taki, jak charakter właściciela. W pełnym biegu chapnął mnie za udo, tuż poniżej krawędzi wędkarskiego buta biodrowego, odskoczył i patrzył tępo, jak obszczekują mnie kundle małe.

 

 

Kątem oka widziałem, że cała scenę obserwuje z daleka stojąca na podwórzu kobieta. (O nie! Lepiej pasuje - jakaś wredna baba.) Co w strachu i bólu do niej wywrzeszczałem, nie pamiętam, ale było to coś o zastrzeleniu i wcale nie zdziwiłbym się, gdyby naprawdę zabrzmiało to tak: - Na co pani czeka?!! Mam te psy zastrzelić???!

 

 

Nie wiem, czy domyśliła się, że z wędką to strzelać sobie mogę co najwyżej okiem, np. za jej córką, ale psy odwołała. W bucie, przy górnej krawędzi pozostało niewielkie nacięcie, a na lewym udzie niewielkie zadrapanie i ogromne, bolesne siniaki, które przybierały tęczowe kolory prawie przez dwa tygodnie.

 

 

 

Powracam do wątku podstawowego. Po stwierdzeniu, że poniżej zastawy szukanie ryby w jej pobliżu sensu nie ma, spróbowałem powyżej mostu drogowego. Znalazłem lukę w zaroślach, posłałem do wody błystkę. Ledwie dotknęła powierzchni, nastąpił atak. Kołowrotek zagrał najmilszą dla wędkarza melodię, ale bardzo krótką, bo niemalże w tej samej chwili nad wodę wystrzelił prawie czterdziestocentymetrowy potokowiec. Przez chwilę trząsł w powietrzu całym swoim ciałem, błystki nie zrzucił, spadł z nią do wody i powoli zaczął zbliżać się jednocześnie i do mnie, i do brzegu. Łosoś w takich sytuacjach zwykle od brzegu ucieka, pstrąg się zbliżył, wprowadził żyłkę pod wiszące nad wodą gałęzie i bez większego oporu dał się prowadzić do chwili, gdy zauważył przed sobą właściwą. Ponownie wystrzelił nad wodę, tym razem do przodu, przeskoczył nad gałązką jak nad poprzeczką, przewinął przez nią żyłkę i po sprawie. Ryba została w wodzie a błystka na gałęzi. Ależ mądrala! Ale trudno się dziwić, skoro przez wiele lat mieszkał przy uniwersyteckiej stacji naukowej...

 

 

Po oddaniu rybie zasłużonych honorów obiecałem jej, i to pewnie nie tylko w myślach, że jeszcze po nią wrócę. Obietnicy dotrzymałem, ale tej ryby nie zobaczyłem już nigdy. Przy następnym podejściu wodę zastałem stojącą, szeroko rozlaną. Akurat ktoś coś kombinował na zastawie. W podejściu kolejnym, po dziesięciu latach, miałem już tylko aparat fotograficzny i kamerę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Parsętę w obrębie mostu drogowego na trasie Barwice – Grzmiąca (droga nr 171) odwiedzałem kilkakrotnie, ale nigdy, z różnych powodów, nie sprawdziłem go wędką. Tam pstrągi po prostu czuję przez skórę, obawiam się jednak, że jest to niewymiarowa drobnica, może nieco większa niż przy krowim mostku, ale podobna do tej, która raz po raz atakowała moją błystkę powyżej hodowli w Żarnowie, gdzie teren jest trochę podobny, ale woda płytka.

 

Teren wokół hodowli sprawdziłem dokładniej kilkakrotnie. Przed hodowlą wyniki mizerne – im dalej od niej w górę rzeki, tym płycej i tylko niewymiarowa drobnica. Ale nawet tam trafiałem na puste słoiki z dziurkowanymi pokrywkami. Dowody na to, że i tam krąży ktoś, kto większe sztuki wyławia metodą na robala.

 

 
 

Znacznie ciekawiej jest poniżej hodowli. W odległości około jednego kilometra od niej, biegnąca skrajem lasu droga rozdziela się. Sprawdziłem odnogę lewą, przecinającą rzekę w miejscu, z którego zabudowania hodowli są jeszcze widoczne. Przez dziurawy most Passatem wolałem nie przejeżdżać, aby nie powtórzyć sytuacji z lat siedemdziesiątych, spoza Bolkowa. Wówczas, pod kołami mojego Malucha rozjechały się luźno ułożone na mostku poprzeczne okrąglaki, Maluch osiadł na nich podwoziem i nieźle musiałem się namęczyć, aby z pomocą żony wydostać się z pułapki. W Żarnowie byłem sam, a Passat to przecież nie Maluch.

 

 

Teren w obrębie mostka spodobał mi się tak bardzo, że na jego bliższe rozpoznanie (i tylko jego) zaplanowałem ekstra wypad. Oczywiście kosztem czasu, który spędzić mógłbym nad  brzegami dolnej Parsęty, bez pokonywania 80-kilometrowej trasy.

 

 

Konkretnej daty nie pamiętam, ale kilka szczegółów wskazuje, że była to połowa maja.

 

 

Wyjechałem późnym popołudniem, z mnóstwem wyposażenia i planem spędzenia nocy nad rzeką. Na biwak wybrałem placyk przed mostkiem, mocno przeorany przez dziki, zaledwie kilka metrów od brzegu rzeki. Natychmiast po pierwszym rzucie błystki miałem pierwszego pstrąga. Niewiele później jeszcze dwa, wszystkie ponadwymiarowe, w doskonałej kondycji. Przed zachodem słońca zdążyłem je przygotować do smażenia i dopiero wtedy okazało się, że mam wszystko, co było do tego potrzebne, za wyjątkiem soli. Machnąłem na ów brak ręką, tyle, że bez entuzjazmu. Sól dodaje smaku, to fakt, ale podobno szkodzi :).

 

 

Aby niesolone pstrągi smakowały lepiej, odłożyłem smażenie na koniec wszystkich czynności przed snem. Ustawiłem do gotowania pełen czajnik wody (mineralnej, z 5-litrowego pojemnika :)), rozłożyłem siedzenia w Passacie (kombi), z wyposażenia uzyskanego w latach siedemdziesiątych w Solinie za zwycięstwo w dyscyplinie rzutowej ogólnopolskich mistrzostw pracowników przedsiębiorstw technicznej obsługi rolnictwa rozłożyłem w nim wygodne legowisko i dopiero wtedy, już przy gorącej herbacie, powróciłem do smażenia. Co za wspaniałe chwile! Po słonecznym, bezchmurnym dniu bezwietrzna rozgwieżdżona noc, odrobina światła z płomienia gazowego i ogromna cisza, w którą dyskretnie wkradały się odgłosy nieopodal płynącej rzeki, cichutki syk gazu i zachęcające skwierczenie rozgrzanego oleju. No i ten zapach smażonych pstrągów!

 
 

Bardziej romantycznie byłoby przy płonącym ognisku, ale nie rozpalam go nigdy, gdy noc w terenie spędzam sam. Staram się zawsze ograniczać używanie i światła i ruchu. Gdy w ciemności zastygam, wyostrzają się zmysły. Wtedy słyszę a czasem  nawet i widzę np. maleńkie gryzonie próbujące myszkować w moim plecaku a szansy na to, by - mimo pełnej, nawet bardzo ciemnej nocy - ktokolwiek lub cokolwiek zbliżyło się do mnie niepostrzeżenie, po prostu nie ma. Dotyczy to nocy bezwietrznej, a takie bywają najczęściej. Noce wietrzne spędzam w domu.

 

 

Za Żarnowem długo bez ruchu nie można było usiedzieć. Po gorącej herbacie i pstrągowej kolacji umknąłem do śpiwora, bo ciepła odzież, którą przezornie zabrałem z domu, szybko przestała wystarczać. Temperatura w nocy spadła tak mocno, że w śpiworze podzwaniałem zębami nawet wtedy, gdy kolejno wciągnąłem do śpiwora i ubrałem wszystkie, nawet zapasowe części garderoby.

 

 

Po takiej nocy nawet świt nie sprawił przyjemności. Szybka, gorąca herbata i resztki ostatniego pstrąga trochę pomogły, ale ryby pokazały mi środkowy palec. Przewędrowałem co najmniej kilometr bez brania, a im dalej odchodziłem od mostka, tym trudniej było wyszukać w zwartych zaroślach miejsce do wyrzutu błystki. Tam, pod gałęzie, ale również nie wszędzie, dałoby się wprowadzić co najwyżej woblerka. Niestety, woblerów nie zabrałem z domu, ale obiecałem sobie, że sprawdzę to przy kolejnej okazji, kiedy ulegnę pokusie aby sprawdzić niższy odcinek rzeki, w obrębie ujścia dopływu prowadzącego wody z licznych, na mapach nie nazwanych, leśnych strumieni rejonu Grzmiącej. Wierzę, że tamten odcinek jest bardziej atrakcyjny. Podobno drogą prowadzącą od hodowli dojechać można do zniszczonego mostu, do którego dojechać można również od strony Krosina. Wniosek nasuwa się sam. Konieczne są dwa wyjazdy.

 

 

Skoro wędkowanie o świcie, po którym spodziewałem się tak wiele, zakończyło się niczym, około ósmej zwinąłem "obozowisko". Kiedy mijałem zabudowania hodowli, coś podkusiło mnie, aby przez chwilę sprawdzić rzekę powyżej. W miejscu, w którym na fotkach widać sterczącą z brzegu rurę, po pierwszym rzucie błystkę zaatakował 37-centymetrowy potokowiec i była to jedyna ryba, z którą powróciłem do domu. Pozostał niedosyt i wielka ochota na kolejny przyjazd.

 

 

Sprawdzone uprzednio miejsca odwiedziłem po dziesięciu latach z kamerą. Plac przed mostkiem zryty jest jeszcze bardziej i niedostępny, mostek elegancko odnowiony, za nim na drodze ślady samochodu terenowego a po prawej, w oddali myśliwska ambona. No i przede wszystkim nad wodą mocno wydeptana ścieżka a przy niej porzucone słoiki z dziurkami w pokrywkach. 

ŻARNOWO odwiedziłem również w kwietniu 2016, podczas Maratonu Kajakowego Parsęta 2016. Po zarejestrowaniu zjazdu uczestników oraz ich przygotowań do startu poniżej przepławki, na dalsze nagrywania podjechałem do mostka znanego z pobytów wcześniejszych. Szczegóły na podstronie Wydarzenia oraz w playliście https://www.youtube.com/playlist?list=PLgiEZBss-8aRzh3qD_7UNvBm1rHBa06B9.

Rejestrowanie maratonów wymaga zachowań specjalnych. Po zarejestrowaniu ostatniego uczestnika trzeba ostro zwijać sprzęt i mknąć na kolejne, atrakcyjne widokowo miejsce lub punkt kontrolny. W kolejnych miejscach postoju liczba rejestrowanych zawodników maleje - stawka rozciąga się a czekanie na uczestnika ostatniego uniemożliwiłoby zarejestrowanie zwycięzców. Początek bywa najłatwiejszy.

Po zarejestrowaniu zawodnika zamykającego stawkę startową spróbowałem odszukać punkt kontrolny w Krosinie. Wcześniej Parsętę w Krosinie oglądałem tylko z mostu. Wygląd rozlewisk, trudny teren, zarośnięte brzegi, na wolnych przestrzeniach dwumetrowe pokrzywy i brak wydeptanych ścieżek sugerowały, że tam muszą być ryby. Pokusa dla wędkarzy o bardzo dobrej kondycji. Chciałem to kiedyś sprawdzić. Nie zdążyłem. Moja "dobra kondycja" to pojęcie z czasów raczej odległych :(.

Punkt kontrolny odnalazłem wg wskazówek tubylców, w górze rzeki, w sporej odległości od zarośniętego mostu. Teren okazał się przyjazny nie tylko dla kajakarzy. Dla wędkarzy również. Ale, jak wspomniałem wyżej, mimo ogromnych chęci, na wędkarskie sprawdzenie tamtego odcinka Parsęty po roku 2019 nie wystarczy mi mocy. Jeżeli w przyszłości poniesie nas na tradycyjny wiosenny objazd okolicy akurat w tamtym kierunku, chętnie od nowa uwiecznię aktualny stan pięknej Leśniczówki usytuowanej po prawej stronie drogi, przed mostem na Parsęcie, po stronie Połczyna Zdroju. To najładniejszy fragment Krosina.

Starych zdjęć Leśniczówki sprzed lat około dwudziestu, oraz zdjęć z Maratonu Kajakowego w swoich przepastnych archiwach odnaleźć nie mogę. Nieostrożnie przechowuję je na dyskach zewnętrznych. Jeden z nich, z materiałami o objętości ok. 4TB nie daje się uruchomić a odzyskanie jego zawartości to koszt wielotysięczny :(.  Teraz przymierzam się do przechowywania plików w chmurze, ale przy wielkości moich zasobów okrągła suma też będzie konieczna, tyle że "na okrągło", w ratach miesięcznych. 

 

 

Powrót do menu

Wideo: W styczniuW lutym / W marcu / Parsęta-Radew Rozlewiska 2020.

W latach siedemdziesiątych, w styczniu na Parsęcie obowiązywał zakaz połowu łososia i troci wędrownej, jako że okres ochronny trwał od 1 września do 31 stycznia. Obecnie obowiązuje okres skrócony tj. od 1 października do 31 grudnia. Natychmiast po wprowadzeniu zmiany pojawiły się relacje jej entuzjastów, którzy pierwszego stycznia, już przed świtem, jeszcze w ciemnościach, zajmowali najlepsze (tarliskowe) miejsca, a z błyskawicznie rozchodzących się wiadomości nie tylko lokalnych dowiadywaliśmy się, że niektórzy szczęściarze (?) z "noworocznej" wyprawy powracali z medalowymi, nawet ponad 10-kilogramowymi okazami.

Na podstawie własnych styczniowych wyników w słuszność zmiany zwątpiłem. Przeciętnie co trzecia złowiona przeze mnie samica uwalniała spore ilości ikry :(.

W styczniu, lutym a niekiedy także i w marcu wędkarze nawiedzający brzegi Parsęty mają do pokonania kilka charakterystycznych dla tych miesięcy utrudnień. Są to przede wszystkim - obmarzająca linka i przelotki zestawu,, spływająca kra oraz dość częsty, niebezpieczny pas przymarzniętego do brzegów lodu.

Doświadczeni wędkarze na wszystko mają własne sposoby, ale niespodzianki zdarzają się nawet najlepszym. Spośród kilku, podaję dwa przykłady najostrzej zapamiętane.

Zbyszek D., entuzjasta z Karlina, który w woderach dociera do brzegów nawet podczas wysokiej wody i próbuje spiningować z ekstra-długim kijem, wszedł w lutym na taflę przybrzeżnego lodu o jeden krok za daleko. Na szczęście na łuku rzeki, po stronie płytkiej. Po załamaniu lodu wylądował w wodzie "tylko" do piersi, więc wygramolił się samodzielnie...

Śp. Felka Cz. i jego kompana - obaj z Radlina - także w lutym, spotkałem około południa na leśnym odcinku Parsęty. Świetni, bardzo doświadczeni wędkarze, bezskutecznie (jak ja) próbowali coś złowić od rana. Decyzja o przerwie na odpoczynek przy małym ognisku zapadła błyskawicznie. Bardzo przydały się moje kanapki, sól, kilka naprędce zabranych z domu cebul i ...spora "zimowa" piersiówka. W przepięknej zimowej scenerii, w odległości kilkunastu kroków od mocno oblodzonych brzegów rzeki czas upływał niepostrzeżenie ale - każda piersiówka ma dno.

Po kolejce na lewą i prawą nogę zapowiedziałem, że odchodzę na chwilę po swoją rybę. Kompani na tak - w ich przekonaniu - bezmyślną zapowiedź nawet nie zareagowali. Świetnie pamiętam ich rozdziawione miny, gdy rzeczywiście, po krótkiej chwili z rybą powróciłem. Mała (2,70 kg) troć, już przy pierwszym rzucie zaatakowała blachę, wcześniej, przed spotkaniem, wydobytą z wody z cudzego zaczepu. Zawsze tak jest, od kiedy zamieszkałem nad Parsętą - kiedykolwiek wydobędę z wody cudzą blachę, łowię na nią tylko jedną rybę i blachę tracę bezpowrotnie na zaczepie przy pierwszej, kolejnej serii rzutów. Brzmi to dziwnie, ale potwierdziło się przez 47 lat wielokrotnie :(.

Felek, upewniwszy się dotykiem, że ryba nie jest przywidzeniem, ruszył po swoją.

(Ja za nim, bo chciał wiedzieć, w jakim miejscu ryba zaatakowała). Na pochylonej ku nurtowi tafli lodu wypatrzył wystającą gałązkę, oparł na niej wykroczną nogę, wykonał rzut. Gałązka trzasnęła, Felek pojechał. Gdy jego gumofilce wjeżdżały do wody, zdążyłem padającego do tyłu chwycić za kołnierz kurtki. Skończyło się szczęśliwie, z niewielką ilością wody w jednym tylko bucie.

 

Z w/wymienionym Zbyszkiem wiążę także zupełnie odmienne wspomnienie. Podczas prezentacji własnych blach, często praktykowanej wśród znających się wędkarzy, podarował mi dziwnie pracującą błystkę obrotową z miedzianym odwłokiem wykonanym z dyszy palnika gazowego. Błystka stawiała duży opór, jej wąskie skrzydełko wirowało pod kątem co najmniej 45º. Zamierzałem pozbyć się jej przy najbliższej okazji, ale kiedyś, na dobrym łowisku, po daremnym wypróbowaniu kilku innych blach sprawdziłem i ją. Przy pierwszym rzucie złowiłem piękną rybę, później, w kilkudniowych odstępach czasu, kolejno jeszcze dziewięć. Po złowieniu dziesiątej, tak szczęśliwą obrotówkę straciłem na wrednym, podwodnym zaczepie, na szerokim odcinku rzeki w sąsiedztwie karlińskiej oczyszczalni ścieków.

 

Fotografie zamieszczone powyżej sugerują, że często w miesiącach zimowych mamy wysoką wodę i powodzie. Nie tylko. Rzeka występuje z brzegów praktycznie o każdej porze roku. Zawsze wtedy, gdy silne wiatry północne i północno-zachodnie blokują Parsętę wodami Bałtyku. Powodzie bywają kłopotliwe szczególnie wtedy, gdy zbiegną się w czasie z wysoką falą, powstającą w wyniku roztopów lub długotrwałych opadów. Wtedy wędki zwykle zostawiam w domu - zamieniam je na aparat fotograficzny, kamerę i ... ponton. Pływanie nad miejscami zwykle niedostępnymi przez okrągły rok, sprawia ogromną frajdę.

W dni mroźne zdarza się, że na ostro meandrującej rzece tworzą się zatory lodowe a wokół nich rozległe rozlewiska. Bywa, że zanim woda opadnie, powstają ogromne płyty (nawet 10-centymetrowej grubości) które w miarę opadania wody pękają i przyjmują niecodzienne pozycje. Wielokrotnie, z ogromną przyjemnością, z synami i grupką ich kolegów, objeżdżaliśmy na łyżwach takie wielokilometrowe połacie. Ukoronowaniem zawsze był wjazd do lasu, gdzie pod lodem przezroczystym jak dokładnie umyta szyba mogliśmy obserwować najdrobniejsze szczegóły dna. (Takie miejsca wybieraliśmy na niewielkie ognisko, posiłek i odpoczynek). 

 

"Kaprysy Parsęty" opiszę oddzielnie a niniejszym zapewniam, że mimo przeróżnych, kłopotliwych zachowań, rzeka jest przepiękna. Miesiące zimowe, obok wspomnianych utrudnień, mają także "plusy dodatnie". Główny, to absolutny brak wszędobylskich, uciążliwych, kąśliwych owadów :).

Ale, ale. Podstawową wadę rejonu Karlina i niemalże całego Dorzecza Parsęty jest jego zimowy, rozmiękły mikroklimat. Dla człowieka, który przez całe dzieciństwo, często przy 30-stopniowym mrozie, słyszał nocą głośno pękające drzewa, deszczowe zimy są trudne do zniesienia. Takie, brązowo-szaro-bure, są w Karlinie częstsze.

Do odnalezienia zimy normalnej wystarczy przejechać ok. 60 km, np. do Bobolic, lub nieco dalej - do Słupska. Wielokrotnie zdumiewały mnie mocno zaśnieżone pojazdy wjeżdżające do mokrego Karlina właśnie z tamtych kierunków...

 

 

2017-04-30-DSC_3544-Poniżej-mostu wąskotorówki-Sm2

 

 

IMGP4459sm2 Dębosznica 2013

 

 

Chotla-w-Słoninie-20050416m2

 

 

Chotla-w-Słoninie-20050416-2m2

 

 

FB

YT

Rzeki.

Bug.

Klip - materiał zarejestrowany w roku 1994 podczas przerwy w długotrwałej podróży samochodem. Fotografii brak.

Chotla.

Grabowa.

Wideo: Grabowa 2004Komentarz TVP3.

Do komentarza TVP3 niewiele można dodać - głównie to, że ostatecznie powróciliśmy bardzo zmęczeni, pogryzieni przez wielkie gzy, mocno podrapani, z opuchniętymi (??) podudziami. Kiedy bardzo ostrożnie (aby nie trafić np. na podwodny szpikulec) schodziliśmy do wody na czas przerzutu pontonów przez powalone do rzeki drzewa, skręcało nas jej zimno, chwilę później pociliśmy się przy intensywnym wiosłowaniu. Do dzisiaj - w myślach - gratuluję sobie decyzji o pozostawieniu w samochodzie silników i akumulatorów. Dzięki niej spływaliśmy tylko na wiosłach...

Powrót do menu

Powrót do menu

Dębosznica.

Drawa.

Fotografie oraz materiał wideo pochodzą z upalnego dnia 20-07-2006.

Dość długo czekaliśmy z pontonami na ekipę TVP3 Szczecin>Koszalin, od wczesnego rana nagrywającą sceny na poligonie. Skracaliśmy oczekiwanie kąpielą na niewielkim odcinku Drawy, czystym ale płytkim. Jeden z członków ekipy, ostro przypieczony poligonowym słońcem, widząc nas leniwie leżących na wodzie, z rozbiegu zanurkował obok nas. Stanął na nogi błyskawicznie - na żwirowym dnie pozostawił spory fragment poligonowej opalenizny

:(.

Fotografie z objazdu rozpoznawczego. W dniach objazdu - bez rewelacji. Agresywnie atakował pstrągowy drobiazg. Szybko zrezygnowałem - maluchy są śliczne, ale okaleczanie ich wyłącznie po to, by je obejrzeć i zestresowane wypuścić do wody, ciągle uważam za barbarzyństwo.

Dziwna.

Materiały do obróbki i montażu.

Gwda.

15 kwietnia 2007 pobiliśmy rekord. Odwiedziliśmy i zebraliśmy materiały foto-wideo z jednej tylko rzeki ale z jej czterech odległych od siebie odcinków. Aby spełnić oczekiwania zleceniodawcy (TVP3 Szczecin/Koszalin) musieliśmy skorzystać z pomocy rodziny. Pomógł Paweł z żoną Magdą. Przemieszczaliśmy się dwoma samochodami. Gdy pontonami spływaliśmy rzeką, Magda i Paweł jechali samochodami i czekali na nas w umówionym miejscu. Pogoda dopisała, szczęście też, ale kłopoty były bardzo blisko. Miewałem duszę na ramieniu, gdy operator TVP z ciężką kamerą filmował wydarzenia w pozycji stojącej. Wystarczyłby moment nieuwagi i nawet drobne zderzenie z podwodną przeszkodą - niechybnie nurkowałby w rzece. Nieco podobna sytuacja powstała, gdy i operator i sternik stojąc uchwycili się powojennego mostu kolejowego. Na szczęście ponton nie zdążył im uciec spod nóg, mielibyśmy nazbyt atrakcyjną akcję ratunkową.

Kontaktu z wodą nie uniknął jeden z członków ekipy. Stojąc pewnie na dnie przy wodowaniu pontonu, przestawił nogę zaledwie o kilkanaście centymetrów. Trafił na uskok dna, wylądował w wodzie po pas :(.

Ina.

Wideo: Ina-Puszcza Goleniowska 2003.

Pozostałe materiały do obróbki i montażu.

Liśnica.

Materiały do obróbki i montażu.

Lubsza.

Materiały do obróbki i montażu.

Mulgrave Australia.

Wideo: Australia cz.12 Cairns Mulgrave River.

Pozostałe materiały do obróbki i montażu.

Narew.

Materiały do obróbki i montażu.

Materiały do obróbki i montażu.

Narewka.

Materiały do obróbki i montażu.

Odra.

Materiały do obróbki i montażu.

Parsęta. 

W marcu.

W kwietniu.

W maju.

Materiały do obróbki i montażu.

We wrześniu. 

Wideo:  We wrześniu foto / We wrześniu wideo /.

Powrót do menu

Powrót do menu

W listopadzie.