Autko zatrzymałem na wzgórzu. Zachwytu, w jaki wprawił mnie jesienny widok maleńkiej osady wciśniętej po obu stronach drogi pomiędzy dwa rozległe, piękne jeziora, wolę nie opisywać. To trzeba widzieć, i to wielokrotnie!

Tak się zaczęło. Po kilku latach dokupiłem pontony, osprzęt, kamerę i przyczepę, zmieniłem auto. Pojezierze Drawskie czekało :).

Na początek stałem się fanem i częstym bywalcem na jeziorach oraz zalewach połączonych Piławą - Komorze, Rakowo, Lubicko Wielkie i Małe, Brody, Strzeszyn, Kocie Małe i Duże, Pile, Długie (Dołgie), Zalewy Nadarzyckie. Wspaniały obszar w sąsiedztwie Bornego Sulinowa, owianego opowiadaniami pełnymi tajemnic przekazywanych zwykle odruchowo ściszanym głosem. Aby swobodnie penetrować tak rozległy obszar, w Gospodarstwie Rybackim Czaplinek corocznie wykupowałem pozwolenia na wędkowanie z łodzi na wszystkich jeziorach Gospodarstwa, każdy ponton uzbrajałem w bezszmerowy silnik elektryczny Minn Kota, dwa solidne akumulatory, kamerę na specjalnym ramieniu montowanym na ławce i - oczywiście - spinning z akcesoriami. Zaczynaliśmy zwykle o świcie, kończyliśmy o zmierzchu. W ciągłym przemieszczaniu się wciąż dalej i dalej, drapieżne ryby były mile widziane, ale nie najważniejsze. Głównym - obok silnika - elementem napędowym pozostawała prozaiczna ciekawość. Sprawdzić, co kryje się za kolejnym półwyspem lub w kolejnej zatoce, po prostu musiałem!

Podczas wypraw dwudniowych, po zniechęcającym rozpoznaniu warunków w ówczesnym strzeszyńskim Dworku, nocowaliśmy zwykle w prywatnym domku w Międzylesiu. Wokół ogniska przed domem, zwykle do późnej nocy i ostatniej kropli w ostatniej butelce, słuchaliśmy opowiadań międzylesian. Bywał wśród nich wiekowy tubylec, twierdzący, że mieszka w swoim domu od czasów przedwojennych. Po jego opowiadaniach trudno było pozbyć się wrażenia, że pływamy ponad rozległą podziemną budowlą o rozmiarze i przeznaczeniu objętym ścisłą tajemnicą. Wrażenie to umocniła sytuacja związana z j. Brody, zaistniała w  roku 1994.

W sierpniu 1994 przybył do nas z Hajnówki Mundas z żoną. Zabraliśmy ich na wypoczynek w WDW Rogowo. Po kilku dniach plażowania uzyskaliśmy zgodę żon na spędzenie popołudnia, nocy i dnia następnego nad jeziorami.

Koszmarną noc spędziliśmy nad j. Kocim, przy małym ognisku w nadbrzeżnej przesiece, przy brukowej drodze łączącej Strzeszyn z Międzylesiem, blisko miejsca, w którym droga skręca w lewo do Międzylesia a w prawo odbiega od niej droga leśna, ciągnąca się wzdłuż brzegu j. Kocie aż do kolejowego przejazdu. Parna noc i setki krwiożerczych komarów wlatujących do auta przy każdej próbie uchylenia szyb, przekreślały sen w izolacji.

Na zewnątrz, przy ognisku wcale nie było lepiej. Jękliwie bzyczące chmury nadlatywały nawet od strony ognia (?). Nie wytrzymałem! Na długo przed świtem podjąłem krzątaninę przy ognisku i kuchence gazowej. Mundka obudziłem, gdy zapach gorącego śniadania rozszedł się wśród szarówki na znaczne odległości. Braciszek, były polski komandos, wygramolił się z auta w doskonałym humorze, rozmazał na twarzy i rękach opite jego krwią komary, poczłapał na stronę. W jeziorze zmył krew i - nadal w doskonałym humorze - w ostrym tempie dobrał się do śniadania. Na szczęście wystarczająco obfitego. Na wodę wypłynęliśmy po kawie, wygaszeniu ognia i zamknięciu w aucie biwakowych akcesoriów, gdy z nocnej mgiełki pozostały tylko nieznaczące resztki a świt konkretniej rozjaśnił niebo i taflę jeziora.

Płynąc bezszelestnie w stronę przepustu łączącego j. Kocie Duże z Małym informowałem brata gdzie zwykle jakiej ryby szukam. Początkowo sprawdzał. Gdy we wskazywanych miejscach złowił to, co zapowiadałem, sprawdzania zaniechał. Długo milczał urzeczony pięknem terenu i ...sytuacji. Z zachwytem podobnym do mojego obserwował ciemne chmury drobnicy umykającej przed pontonem w kanałach łączących jeziora.

Bez konkretnego wędkowania, przełożonego na drogę powrotną, pokonaliśmy jeziora Kocie Duże, Kocie Małe, Strzeszyn i Brody. Wpłynęliśmy na odcinek Piławy, który w niewielkiej odległości od jeziora łączy się z ciekiem wypływającym z jezior Lubickie. Niska woda uniemożliwiała korzystanie z silnika więc Mundek próbował przedzierać się lewym brzegiem, ja, w tenisówkach, wsparty na pawęży, brodziłem popychając ponton przed sobą. Na jasnym, piaszczystym dnie, w miejscu łączenia się obu cieków, z daleka widziałem czarną okrągłą plamę. Moja wykroczna noga nie znalazła w niej oparcia. Poleciałem w dół, w obrzydliwą maź wypełnioną mułem i liśćmi. Dna nie wyczułem. Uczepiony pawęży, szybko spłynąłem z pontonem nad twarde dno. Świadom faktu, że zwykle na łączeniu cieków tworzą się wiry, zdarzenia nie oceniałem. Dopiero późniejsze opowiadania o j. Strzeszyn, Kocie, Pile, Zalewach Nadarzyckich i terenach Bornego Sulinowa, zestawione razem pobudzały wyobraźnię na tyle, że wcale nie zdziwiłbym się, gdyby bezdenna dziura na styku cieków z j. Komorze i Lubicko okazała się np. tajemnym włazem do podziemnych budowli :).

Z niewątpliwych przyjemności pływania po j. Brody zrezygnowałem definitywnie, gdy zniechęcenie przepełniła wiadomość o kolejnych zmianach ograniczających dotychczasowe swobody. W latach wcześniejszych wielokrotnie pozostawiałem auto pod pierwszym zalesionym wzgórzem po lewej stronie drogi prowadzącej do Strzeszyna. Ustawiałem je na granicy lasu i nieużytków. Było widoczne z daleka. Gdy po kilku (kilkunastu?) latach stanąłem w tym samym miejscu podczas corocznego jesiennego objazdu okolic z Ireną i jej sporo starszymi koleżankami, zaskoczył mnie zakres zmian. Rozległy teren sięgający jeziora Lubicko i toru kolejowego, oczyszczony z sosen samosiewek, miał wyrównaną roślinność wśród której z daleka, blisko jeziora, dostrzegliśmy stojące w dużej grupie dorodne kanie. Chwilę po tym, jak koleżanki powróciły z pięknymi kapeluszami, pod nasze auto podjechał elegancki samochód terenowy. Młody, nastroszony kierowca, bez słowa powitania zapytał, co w tym miejscu robimy. Gdy usłyszał, że chcąc uzyskać normalną odpowiedź winien przede wszystkim przedstawić się i wyjaśnić powód niezdrowej ciekawości - zreflektował się. Przedstawił się niewyraźnie z nazwiska ale jednoznacznie jako właściciel terenu.

Stanęło na tym, że pozostaniemy jeszcze kilkanaście minut a na miejsce wykorzystywane przez nas od czasów, gdy nie było go jeszcze na świecie, wjeżdżać przestaniemy, gdy teren prywatny jednoznacznie oznaczy.

Po szczegółowym zwiedzeniu Bornego Sulinowa o strzeszyńskich zmianach zebrałem nieco informacji. Nowi właściciele mieli podobno prowadzić eksperymentalną hodowlę bydła. Co z tego wynikło - nie wiem. Zachęcam natomiast do przeglądu aktualnych materiałów internetowych. Po wpisaniu w przeglądarce "Stary Młyn Strzeszyn" z przyjemnością znajduję historię posiadłości i fotograficzne dowody ogromnych, bardzo korzystnych zmian. Kłaniam się. Życzę dalszych udanych decyzji, rozwoju stadniny i hodowli. :).

 

Ps. Proszę nie nadawać scenie z grupą miejscowej dzieciarni na pontonie miana skrajnej nieostrożności. Krótko pływaliśmy w odległości kilku metrów od brzegu, na wodzie płytkiej :). Cdn.

Jeziora alfabetycznie: 

J. Broczyno.

J. Brody.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

J. Drawsko 2007

 

 

J. Brody 2005

 

 

J. Bukowo 2006

 

 

J. Darskowo 2004 

 

 

J. Dębno 2005 

 

 

FB

YT

Do rozpoznania jeziora Broczyno, obok którego wielokrotnie przejeżdżałem w okresie aktywności zawodowej, skłonił mnie widok stanowisk wędkarskich na jego brzegach i – jak zwykle – normalna wędkarsko-turystyczna ciekawość. Jezioro (raczej jeziorko) stało się celem jednej spośród wielu wypraw pontonowych, realizowanych z udziałem wiernego, bezkonkurencyjnego towarzysza, Andrzeja. Całe jezioro opłynęliśmy tylko jeden raz – to akwen nie dla nas. Zniechęca bliskość i niesiony wiatrem zapach nabrzeżnych wiejskich gospodarstw. W sondażowym, 

Powrót do menu

Powrót do menu

Wideo.   Jezioro pod wielu względami niegdyś atrakcyjne, chętnie i wielokrotnie przeze mnie odwiedzane dopóki ani ja nikomu, ani nikt mnie w takich odwiedzinach nie przeszkadzał. Istniało wygodne miejsce do parkowania nad wodą, mnóstwo sympatycznej dzieciarni garnącej się do rozmów i samorzutnej pomocy przy rozkładaniu pontonu.

Na tafli jeziora, daleko od brzegu, zapraszała do cumowania i swobodnego odpoczynku częściowo zacieniona, czysta niegdyś wysepka. Przez lat kilkadziesiąt zaszły tam wielce zniechęcające zmiany.

Wąski pas gruntu pomiędzy drogą i linią brzegową jeziora, w tym skrawek terenu na którym uprzednio parkowałem - sprzedano osobie prywatnej. Wzdłuż drogi oraz linii brzegowej ustawiono tabliczki informacyjne z zakazem wstępu, a przestrzegania zakazu twardo w imieniu właściciela pilnuje młodzian, który w swoich latach chłopięcych często mi towarzyszył z bardzo wówczas przyjazną  grupą miejscowej dzieciarni.

Urokliwą niegdyś wysepkę najpierw obrzydliwie zanieczyścili ludzie. Gdy z tego powodu

przestano ją odwiedzać, szybko dołączyły kormorany. Po raz ostatni widziałem ją jako siwe, szczelnie pokryte ptasimi odchodami, zamierające miejsce.

Mimo w/w utrudnień jezioro zachowało atrakcyjność wędkarską oraz ...nadal jest i pozostanie ważnym elementem dwóch szlaków kajakowych, łączących się nieco powyżej  jego tafli - szlak z j. Komorze ze szlakiem z j. Lubicko. 

Do osady Strzeszyn oraz jezior Brody i Strzeszyn, połączonych krótkim odcinkiem Piławy przepływającej pod brukową drogą strzeszyńską doprowadziła mnie zwykła ludzka ciekawość.

W latach 1972-78 wielokrotnie uczestniczyłem w jesiennych grupowych wyjazdach na grzybobranie w lasach Liszkowa, Jeziornej, Starowic. Zawsze z wielką przyjemnością. Od roku 1978, po nabyciu Malucha, częstotliwość takich wyjazdów (z rodziną, przyjaciółmi lub solo) znacząco wzrosła, zmieniły się cele.

J. Brody.

Zanim po raz pierwszy znalazłem się na jeziorze Bukowo, oglądałem je wielokrotnie - w latach sześćdziesiątych z okien samochodu podczas służbowych dojazdów do Darłowa i Darłówka, w latach siedemdziesiątych podczas pobytu na wczasach rodzinnych w Dąbkach oraz podczas prywatnych dojazdów rozpoznawczych do Dąbkowic, z krótkimi postojami przy moście nad kanałem łączącym jezioro z morzem. Moją ciekawość mocno zaostrzył widok ryb w kanale, reszty dokonały wędkarskie opowiadania koszalińskiego kolegi ze studiów, Czesława Kotlińskiego, który skutecznie łowił na Bukowie piękne okonie zimą spod lodu i atrakcyjne węgorze w miesiącach letnich.

Uwierzyłem, spróbowałem. Najpierw zimą, samotnie. Pamiętając ostrzeżenia o nagłych falach napływającej od strony morza gęstej mgły, w której podobno potrafili błądzić nawet tubylcy, planowałem przyłączyć się do najbliższej grupy wędkarzy miejscowych, dobrze znających teren. 

Ponieważ po stronie przystani w Dąbkach na lodzie nie było nikogo, a najbliższych ludzików wypatrzyłem daleko, w okolicach kanału, pojechałem do Dąbkowic. Lód przy trzcinach i pomoście, pomimo 20-centymetrowej grubości, okazał się bardzo kruchy - podczas wiercenia otworów strzelał gęsto we 

wszystkich kierunkach. Pod lodem niewiele wody i ciągłe zaczepy o podwodne zielsko. Dla samotnika taka sytuacja jest zwykle zniechęcająca a kiedy okazało się, że chcąc dołączyć do wędkarzy widzianych z przystani w Dąbkach musiałbym szeroko (?) obejść odpływ z jeszcze bardziej osłabionym lodem - zrezygnowałem.

J. Byszyno/Byszyńskie.

Wideo: - do uzupełnienia.

W latach siedemdziesiątych, nad jeziorem o powierzchni zaledwie 7 ha, odległym od Białogardu o około 11 km, istniał ośrodek wypoczynkowy z 40 domkami o różnym standardzie, działała restauracja. Zdarzało się, że lokowaliśmy w nim gości odwiedzających POM na dłużej - jedyny hotel w Białogardzie ciągle miewał wszystkie pokoje zajęte.

 

Po roku 2000 ośrodek zanikał w bardzo szybkim tempie. Po domkach pozostały (też na niedługo) tylko betonowe wylewki. Cdn...

J. Darskowo.

Zdjęcia z roku 2004, wykonane podczas poszukiwań dogodnego dojazdu do wód wcześniej wędkarsko nie rozpoznanych. Dojazd oraz skromne informacje n.t.  wędkarskich (i krajobrazowych) walorów mało zachęcające. Opłynięcie jeziora z kamerą i spiningiem odłożyłem na czas nieokreślony. W roku 2019 szanse na realizację oceniam jako nikłe :(.

J. Dębno (Damskie - nazwa lokalna, poniemiecka). 

Rynnowe jezioro śródleśne o powierzchni 56 ha i maksymalnej głębokości 7,5. Wygląda atrakcyjnie. W internecie znalazłem informację, że tradycyjnie odbywają się na nim zawody spławikowe i spinningowe. Zapisu o wynikach brak.

W dniu, w którym z Andrzejem kontrolnie opłynęliśmy je pontonem z kamerą i spinningami, drapieżniki nie brały. Kilka mizernych okonków oddaliśmy wodzie aby podrosły.

Nagranie wideo nadal pozostaje niedostępne. Uzupełnię je, gdy dostęp odzyskam...

J. Długie k. Liszkowa.

J. Dłusko k. Złocieńca.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Drawsko.

J. Hajka.

Jezioro odwiedziłem po wysłuchaniu wielu opowiadań o tamtejszych sukcesach wędkarskich. Musiałem (i chciałem) je sprawdzić. Do lustra wody dojechałem wyboistą leśną drogą, wyjeżdżoną wzdłuż prawego brzegu. Po wynalezieniu "dogodnego" stanowiska w znacznej odległości od pozostającej w zasięgu wzroku Elektrowni. Szybko okazało się, że spiningowanie z brzegu nie ma tam sensu a wędkowanie z brzegu wymaga specjalnego sprzętu i końskiej cierpliwości. Odległe dno rzeki oddziela od przybrzeżnego, szerokiego pasa płytkiej wody wał podwodnej roślinności dawnego, zatopionego brzegu. Przygodni informatorzy potwierdzili, że zasłyszane sukcesy są oczywiste, ale podczas wędkowania z łodzi...

J. Jamno.

Materiały wideo:  ŁODZIE PROA na Jamnie 2013ŁODZIE PROA na Jamnie 2013-14  - pozostałe materiały do obróbki i montażu.

J. Kaleńsko.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Kamienica.

Na mapach Google jezioro ma nazwę Kamienica. W wykazie jezior Gospodarstwa Rybackiego "Mielno" nazwę ma podwójną Kamienica(Kamnica). Różne materiały internetowe różnie określają jego parametry. Najczęściej - jezioro rynnowe o powierzchni 70 ha i maksymalnej głębokości 12,2 m.

Odwiedzam/odwiedzamy je od roku 1978, z różnych powodów i przy różnych okazjach, w zależności od sytuacji na niebie, ziemi i ...w wodzie, w dwóch punktach dojazdowych - przy pomoście kąpielowym w Dargocicach oraz w punkcie czerpania wody przy trasie Gościno-Trzynik. W latach najwcześniejszych tylko w Dargocicach. Punktu drugiego wówczas nawet nie sprawdzałem - mówiono o nim, że Gospodarstwo Rybackie prowadzi tam hodowlę pstrąga tęczowego, więc teren dla zwykłych śmiertelników pozostaje niedostępny. 

Kąpielisko i modyfikowany co kilka lat pomost, w dniu, w którym zobaczyłem je po raz pierwszy, istniały podobno od dawna (?). Istniały także dwa ośrodki wypoczynkowe. Jeden, usytuowany na przyjeziornym wzgórzu, przy krawędzi bukowego lasu, drugi na dole, z drogą dojazdową w lewo od parkingu, nad brzegiem jeziora, z wejściem na rozległy pomost wielofunkcyjny. Pomost określony jako wielofunkcyjny (kąpiele słoneczne, wędkarstwo) rozsypał się, ale coś tam pewnie dzieje się także w roku 2020. Tak przypuszczam, bo w lipcu widziałem jadący w tamtym kierunku samochód a z tego co z dawnych lat zapamiętałem, możliwość nawrotu istniała tylko na terenie dolnych zabudowań.

Rozpoznawanie jeziora nabrało tempa po zakupie Malucha. W fazie pierwszej celem głównym było poranne łowienie ryb z pomostu, zanim pojawiali się hałaśliwi amatorzy kąpieli. Ostro, z głębokości 4-5 m, na pszenicę brały ładne płotki. Ówczesny, osadzony na palach pomost, otoczony bywał na zewnętrznym obrysie często "znikającymi", wciąż odnawianymi barierkami, chętnie wykorzystywanymi przez młodzież (i nie tylko) w skokach do wody. Wejście spokojne umożliwiały drabinki - po dwie na stronach wewnętrznej i zewnętrznej. Korzystali z nich głównie seniorzy 80+ i osoby, które nie ufały własnym pływackim umiejętnościom.

Drabinki wewnętrzne umożliwiały zejście na głębokość 180 cm, zewnętrzne na ok. 4 m. Piszę "około" ponieważ chyba nigdy tej głębokości dokładnie "nie zgłębiłem". Po urazach z dzieciństwa, nabytych w basenie pożarowym w Hajnówce i na rzeczce Orlance, źle reaguję na czarne dno a w kilkumetrowym zanurzeniu narastająco obawiam się, że do wypłynięcia nie zdołam utrzymać wdechu.

Drabinki zewnętrzne i kilkumetrowa głębokość okazały się wielce przydatne, gdy odwiedziła nas rodzina z Lubska - rodzice i dwie małolaty. Dziewczynki bały się głębokiej wody jak ognia (:)) więc poprosiłem, aby bardzo uważnie obserwowały moje poczynania. Zachowując przez cały czas otwarte oczy, po pionowym zanurzeniu się na zatrzymanym wdechu, puściłem drabinkę. Przez bardzo krótką chwilę opadłem o kilkadziesiąt cm, nastąpiło zatrzymanie i powrót ku powierzchni mimo, że nie wykonywałem w tym czasie żadnych pomocniczych ruchów. Samoczynne wynurzanie ustało gdy poczułem, że czubek mojej głowy styka się z lustrem wody. Lekki ruch rąk wystarczył do wynurzenia całej głowy i wymianę oddechu.

Wstrzymanie wszelkich ruchów po wymianie oddechu sprawiło, że sytuacja powtórzyła się. Obserwując drabinkę pozostającą przez cały czas w zasięgu moich rąk, samoczynne opadanie i wynurzanie powtórzyłem wielokrotnie. Później wielokrotnie powtórzyły to kuzynki. Wody już nie boją się, pływają swobodnie... 

W latach bodajże osiemdziesiątych, w lato niespodziewanie odwiedzili nas hajnowianie. Chcieli pomieszkać przez kilka dni nad jeziorem - Dargocice były najbliżej, mogliśmy odwiedzać ich codziennie, po pracy. Po wstępnych, wzajemnych rozpoznaniach ówczesny zarządca Ośrodka zaprosił nas na smażonego węgorza. Przygotował dużą michę 2-centymetrowych, pięknie pachnących plastrów, my - dużą flaszkę. Czas upłynął niepostrzeżenie. Musieliśmy nocować. Wspomnienia przemiłe, ale - mimo usilnych starań - nie potrafię odtworzyć ani tamtego wspaniałego smaku, ani zapachu snującego się po całym Ośrodku.

Rozpoznanie jeziora zmieniło się radykalnie, gdy w ramach wyprzedaży odkupiłem od jednostki WP pierwszy 5-komorowy ponton z napędem "hybrydowym" - wiosła albo silnik mocowany na pawęży wchodzącej w skład wyposażenia obok drabinkowej, zwijanej podłogi. Na wiosłach, później na dokupionym silniku elektrycznym opłynąłem je wielokrotnie. Początkowo dojeżdżałem z przyczepą do samej wody, po lewej stronie pomostu. Gdy dojazd zamknięto na poziomie parkingu, odległego od wody o kilkadziesiąt metrów, miejsce wodowania zmieniłem aby (tam i z powrotem pod górę) nie dźwigać ciężarów. Wybrałem miejsce przy trasie Gościno-Trzynik, dostępne po likwidacji hodowli pstrąga tęczowego.

Na pierwsze pływanie pontonem zabrałem spinning i wędkę spławikową. Po zacumowaniu przy pomoście dolnego Ośrodka, daleko wybiegającym w jezioro, złowiłem dwa dwukilowe leszcze z bardzo pękatymi brzuchami. Później, w lewej skrajnej zatoce zarośniętej grzybieniami - mizernego szczupaka. W zatoce i dalej, przy zwalonych do wody drzewach oglądanych wcześniej z daleka, z pomostu w Dargocicach, łososiową błystkę "karlinkę" atakowały tylko drobne okonki. Po uwolnieniu wracały do wody. Swojego "życiowego" 41-centymetrowego okonia złowiłem przy innej okazji, podczas jednego z kolejnych pływań.

Po oskrobaniu i rozcięciu pierwszego brzuchatego leszcza okazało się, że jego brzuch jest szczelnie wypełniony zwojami szerokiego na ok 5 mm, białawego tasiemca. Oba dość głęboko zakopałem w parku.

Wędki ze spławikiem użyłem na pontonie po raz kolejny (i ostatni), gdy w śródpolnych stawach k/Karwina nałowiłem podrywką drobnych karasi. Musiałem sprawdzić, czy skuszą się na nie okonie z Kamienicy. Nie skusiły się. Próbowałem lokować je na różnych głębokościach - bezskutecznie. Przygotowując się do powrotu z przybrzeżnego pomostu wędkarskiego zauważyłem podwieszoną pod nim puszkę z dwiema żywymi uklejkami. Na uklejki brania były natychmiastowe! Złowiłem 3 okazałe sztuki. Ostatni na ukleję martwą, wydobytą z okonia.

Aby nie zanieczyszczać jeziora rybami z innego akwenu, karaski rozsypałem w bezpiecznej odległości od brzegu.

Jedna z letnich pontonowych wypraw zakończyła się w sposób raczej niecodzienny. Rodzinę naszego syna Pawła odwiedził ich kolega z Gryfic, z atrakcyjną przyjaciółką. Dziewczyna świadoma swoich walorów prezentowała je z mistrzowską niby dyskrecją.

W upalny, bezchmurny dzień spłynęliśmy na jezioro trzema pontonami. W pierwszym kolega z dziewczyną, w drugim Paweł z żoną Magdą, w trzecim ja - ...z wędkami. Mimo, że bardzo lubię poddawać się działaniu słońca, na wędkarskie postoje wybierałem miejsca przynajmniej częściowo zacienione. Młodzi figlowali na wodzie otwartej. Spiekli się tak, że kolega o najwrażliwszej skórze, zdzierał ją z siebie wielkimi płatami..!

Na przełomie miesięcy listopad-grudzień 2020, po obejrzeniu na YT wielu filmów o jesiennych połowach metodą „drop shot”, nie wytrzymałem! Przezwyciężając starcze niesprawności dokonałem uzupełniających zakupów w świetnie zaopatrzonym Salonie Wędkarskim Esox na ulicy Dworcowej 6/5 w Białogardzie, zmontowałem zestaw wg YTubowych porad, wykupiłem 10-dniowe pozwolenie i …4 grudnia 2020 wyruszyłem do Dargocic z planem złowienia (i przywiezienia do domu!) 10-15 okoni (ilość zależna od wielkości, do degustacji z udziałem pięciu członków rodziny).

Dobry nastrój podczas jazdy trasą E28 – przez Kozią Górę, Malonowo, Karwin, Gościnko do skrzyżowania z drogą 162 i dalej drogą 162 przez Wartkowo podtrzymywało mi wspomnienie zabawnego zdarzenia sprzed lat, z wędkowania spod lodu. O podobnej porze dnia wszedłem na lód z kilkuletnim Michałem. Kilkanaście metrów od pomostu (czyli w łatwym zasięgu obecnego zestawu) spotkaliśmy dwóch schodzących z lodu wędkarzy. Zagadnięci radzili wracać, oszczędzić zimna synowi. Od rana próbowali coś złowić pod drugim brzegiem, obok zwalonych do wody drzew – bezskutecznie.

Jeden z powracających na chwilę rozmowy zatrzymał się przy nas. Zniecierpliwiony Michał wpuścił pod lód wykonaną przeze mnie błystkę. Po chwili zawołał – tato, zaczepiło się. Po moim – spróbuj delikatnie odczepić – wyciągnął …23-centmetrowego okonia. Nasz rozmówca wzruszył ramionami, machnął ręką i powędrował za kolegą do auta. Zanim odjechali, z dwóch sąsiednich otworów wydobyliśmy takich okoni jeszcze kilka. Potem nastała kompletna cisza, stado popłynęło gdzieś dalej.

Na pomoście, pozbawionym obecnie wszelkich barierek i drabinek, wypróbowałem zestaw. Pracował tak zachęcająco, że na udany połów nabrałem pewności. Traciłem ją po każdym rzucie, po każdej zmianie gumy. Straciłem kompletnie po obejściu całego pomostu i wachlarzowym przeczesaniu wody. Ale bez żalu. Okazało się, że nawet przy sięganiu do ustawionej na pomoście torby musiałem na nim przyklękać, więc uznałem, że przy ewentualnym manewrowaniu podbierakiem mogło być jeszcze gorzej. A mam w pamięci kolejne jesienne wydarzenie z lat bodajże osiemdziesiątych, z okresu, kiedy na przyujściowym końcu jeziora istniała hodowla pstrąga tęczowego. Brać wędkarską lotem błyskawicy obiegła wiadomość, że ktoś pomógł uciec z hodowli znacznej ilości hodowanych ryb. Około 2-kilogramowe sztuki agresywnie brały także przy pomoście w Dargocicach. Po zahaczeniu przepięknie wyskakiwały nad wodę. Było na co popatrzeć. Atakowały białe robaki już na 1,5-metrowym ich ustawieniu. Pewnego dnia przed pomostem obstawionym grupą wędkarzy pojawił się na maleńkim pontonie spinningista. Nie bacząc na to, że przeszkadza stojącym, z obojętną miną machał im przed nosami swoim kijem posyłając meppsa pomiędzy spławiki. Siedząc na burcie odchylił się do kolejnego wyrzutu. Pontonik wyskoczył mu spod tyłka, spinning poszedł na dno, puchowa kurtka wybrzuszyła się mu na plecach tak, że wyglądał na wodzie jak granatowa żaba nadmuchana przez słomkę.

Omijając pomost z gotowymi do pomocy wędkarzami, samodzielnie dopłynął do brzegu.

Po dokładnym ale bezskutecznym przeszukaniu wody zestawem, sięgnąłem po aparat. Pod kątem ok. 130 stopni od czoła pomostu, wyprowadzonym z jego prawego narożnika, w dużej odległości, w miejscu, w którym 41-centymetrową rybą ustanowiłem swój okoniowy rekord życiowy, zarejestrowałem spore stado mew, spokojnie siedzących na wodzie. Niektóre wzlatywały na krótko, siadały bez pikowania. Domysły snuć można różne. Po zachowaniu mew sądzę, że tam, w najgłębszym miejscu skoncentrował się narybek a trafiłem na ogólną sjestę. Objedzone po dziurki w nosie okonie drzemią, narybek korzysta z chwil spokoju, mewy czekają na kolejną aktywność wzlatując włącznie dla rozprostowania skrzydeł. Chcąc coś złowić - musiałbym tam dopłynąć. Ale to też nic pewnego, wędkarski kalendarz zapowiadał na 4 grudnia brania słabe...

Pełen zadowolenia z samotnego pobytu nad jeziorem, bez zniechęcenia zerowym wynikiem, zdecydowałem sprawdzić swój nowy zestaw nad małym leśnym jeziorkiem k/Sławoborza. Jeziorko jest małe na tyle, że można je sprawdzić dokładnie na całym obszarze. Okonie nie mają się gdzie ukryć a wiem, że są. Wiele lat temu łowiłem je spod lodu. Więcej pod przyciskiem "Leśne k Sławoborza".

Teren wokół jeziora Kamienica, poczynając od Wartkowa i drogi 162 jest pięknie pofałdowany. Kiedy w naszym rejonie spadnie dużo śniegu, a niemalże w całym województwie zachodniopomorskim zdarza się to rzadko, teren staje się atrakcyjny dla nizinnych narciarzy. Przy ostrzejszych stromiznach trzeba się sporo namęczyć, ale frajda ogromna. Kilkakrotnie pozostawiałem auto na drodze 162, na drodze za pałacem w Dargocicach i przy małym jeziorku bez nazwy pomiędzy Wierzbką Górną i Dolną. Zdarzało się, że po kilku godzinach jazdy wracałem do auta oszroniony jak św. Mikołaj, zmęczony ale szczęśliwy.

J. Kocie.

Wideo.

Jeziorko dwuczęściowe, Duże i Małe, połączone kilkumetrowym kanałem - górnym fragmentem Piławy. Po roku 1978 odwiedzałem je najczęściej - z pontonem i bez. Pontonem opłynąłem je wielokrotnie i rozpoznałem na tyle dokładnie, że zwykle wiedziałem, gdzie jakiej ryby szukać w nim należy o konkretnej porze roku. Na tak małym jeziorku, niemal na całym obwodzie otoczonym lasem, zawsze, przy każdej pogodzie, łatwo jest wybrać miejsce wędkowania dostosowane do własnego nastroju. Łowiłem tylko drapieżniki - piękne okonie i średnio 1,5-kilowe szczupaczki. Zdarzały się czasem kilkukilogramowe, ale rzadko. 

Często, podczas czyszczenia, u obu gatunków znajdowałem nadtrawiony chwast wodny - małe (ale dorosłe!) raczki, co najmniej 3-krotnie mniejsze od raków królewskich, łowionych w Narwi, na Rybakach. Skąd się tego draństwa tyle namnożyło - pojęcia nie mam. Podobno intensywnie niszczą ikrę ryb, a ich agresywny apetyt oglądałem na Piławie, poniżej j. Pile. Pojawiły się niemal natychmiast po wyrzuceniu do wody rybich wnętrzności! Ichtiolodzy niszczenia ikry nie potwierdzają.

Poza raczkami, u dużych okoni znajdowałem często czerwone niewielkie coś, co ostatecznie okazało się owocami nabrzeżnego krzewu (??).

Podczas pobytu przy lub na jeziorze, dość często spotykałem konkurentów i  wędkarzy stacjonarnych. Stacjonarni kotwiczyli swoje łodzie na skraju płycizny wybiegającej daleko ku środkowi jeziora. Jedni starali się łowić liny, inni okonie na żywca. To drugie korciło i mnie w latach najwcześniejszych, tj, w czasach, gdy każde przepłynięcie kanałem łączącym obie części jeziora powodowało, że sprzed pontonu umykały ogromne, przesłaniające dno stada 4-6-centymetrowej drobnicy.

Zachcianki nie zrealizowałem nigdy, m.in. z powodu zaskakujących zmian zachodzących w kanale i całym jeziorze. Niemalże z każdym kolejnym przepłynięciem przez kanał, stada drobnicy okazywały się znacząco mniejsze, aż zniknęły całkowicie. Podczas ostatniego rejsu z Piławy i j. Pile do Strzeszyna, drobnicy nie zauważyłem. Na 

J. Komorze.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Krosino.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Krzemno.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Leśne k. Dębnicy.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Leśne k. Sławoborza.

Jezioro po raz pierwszy zobaczyłem bodajże w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, po pełnych emocji opowiadaniach Stasia - emeryta dorabiającego w mojej firmie. Staś jeździł tam na karpie. Największy z tych, które wcześniej holował, oplótł żyłkę na podwodnej skarpie i utknął. Staś rozebrał się, na golasa popłynął z nadzieją, że po uwolnieniu zaczepu doholuje rybę do brzegu. Karp na widok golasa czegoś (?) przestraszył się. Wzmocniony strachem zerwał przypon i zniknął...

Mnie karpie nie kręcą. Na wędkarskim koncie mam tylko jeden rozpoznawczy epizod, także spod Sławoborza. Do Karlina dotarła wiadomość, że na Zalewie Sidłowo masowo łowione są karpie pochodzące z hodowli uznanej po niejasnych przepychankach z PZW, za nielegalną. Więcej o tym w opisie "Zalew Sidłowo", na podstronie "Kanały Zbiorniki Sztuczne".

Po dwóch próbnych odwiedzinach jeziora w lato, z dalszych prób zrezygnowałem - dla mnie za tłoczno i za głośno. Chętniej odwiedzałem je w zimie, gdy lód bywał wystarczająco mocny.

4 grudnia 2020 odwiedziłem je z zestawem Drop Shot licząc na to, że przeczeszę nim całe niewielkie jeziorko i gdzieś stado okoni trafię. Być może trafiłem, ale żadna z moich gum nie sprowokowała ich do ataku. Prawdopodobnie spokojnie trawiły efekty wcześniejszego obżarstwa.

Podczas obchodu jeziorka zauważyłem kilka tablic z nakazem wypuszczania do wody karpi o wadze przekraczającej 4 kg. No, no. Co kraj, to inny obyczaj. W Australii za wypuszczenie do wody jakiegokolwiek karpia grozi kara do 250 tysięcy australijskich dolarów. Polskie serce 

J. Lubicko.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Lubie.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Machliny.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Narrabeen w Australii.

Wideo: Narrabeen - Połowy na mrożoną krewetkę.

Zapis obejmuje fragment australijskiej przyrody. Komentarz z zaciśniętymi w zębach okularami i nieprofesjonalne próby "wędkarskie" świadczą o amatorszczyźnie, ukaranej przewagą ocen negatywnych.

 

J. Niesłysz.

Piękne, prawie 500-hektarowe jezioro w niewielkim zakresie poznałem od strony Niesulic. Konkretniej - od strony niegdysiejszego ośrodka wypoczynkowego Lubuskich Zakładów Termotechnicznych "ELTERMA" Świebodzin. Chwile spędzone w urokliwym miejscu, wśród ludzi przyjaznych, wspominam z wielką przyjemnością. Dzięki wędkarskiemu małżeństwu państwa Urbańskich uzyskałem stosowne "szkolenie" w połowach ryb określanych na miejscowy użytek jako płoć głębinowa. Kilka razy próbowałem odnaleźć takie ryby w kolorowych atlasach - nic nie zdołałem dopasować. Egzemplarze 30-centymetrowe były zawsze mniej spłaszczone, węższe, szersze w grzbiecie, bardziej  owalne i przede wszystkim silniejsze od podobnej wielkości płotek. Żerowały na powierzchni wody tylko o świcie, w dużych ławicach tak intensywnie, że tam, gdzie przemieszczały się, powierzchnia wody wyglądała jak ukrop. Każdy, kto bezgłośnie zdołał podpłynąć do ławicy na odległość wyrzutu kilku garści parzonej pszenicy, miewał pełne ręce roboty. Ryby za pszenicą schodziły do dna na głębokość 8-12 metrów ale często atakowały uzbrojony haczyk w locie, zanim przelotowy spławik zdążył wyprostować się. Szczęście trwało krótko. Po kilku braniach ławica przemieszczała się w nieznanym kierunku. Aby takiego zdarzenia doświadczyć, należało wypływać o szarówce, przed świtem. Tak cicho, aby nie budziły się śpiące w trzcinach kaczki...

Podczas jednej z podobnych wypraw, na wodzie, daleko od bazy dopadła mnie burza z silnym wiatrem. Licząc, że szybko minie, schroniłem się w przesmyku przy trzcinach, na kawałku spokojniejszej wody. Podczas ucieczki, na mojej wędce brzydko przewinęła się żyłka. Na spokojnej wodzie opuściłem zestaw na dno, zająłem się odwijaniem żyłki. Ze zdumieniem zauważyłem, że płasko leżący przy burcie łodzi spławik ucieka na środek przesmyku. Haczyk z pszenicą połknął 3-kilogramowy leszcz!

Aby na zakończenie burzy nie czekać bezczynnie, sypnąłem w pobliże łodzi garść pszenicy. Z opuszczonym na dno zestawem czekałem na kolejnego amatora. Wziął po kilku minutach, identyczny jak pierwszy. Miałem dość - burza, zamiast przycichnąć, rozdmuchała się jeszcze bardziej. Na falach oddzielających mnie od bazy pojawiły się białe grzywy. Musiałem wracać, ale chcąc płynąć bezpiecznie, prostopadle do fali

J. Pile.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Podborsko.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Porost.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Prosino.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Radacz.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Rakowo.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Resko Przymorskie.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Rosnowo.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Rybackie.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Rzepowo.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Siecino.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Strzeszyn.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Szwajcarii Połczyńskiej.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Trzesiecko.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Wilczkowo.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Wilkowo (Wilkowskie).

Nad jezioro Wilkowskie docierałem najczęściej pieszo, niezależnie od tego co było celem głównym - plażowanie, czy wędkowanie. Kąpiele słoneczne lubiłem od zawsze, nieco drażnił - również od zawsze - tłok i gwar plaży gminnej. To na niej wszystkie pogodne dni spędzał pieszy Świebodzin. Zmotoryzowani spędzali czas w miejscach przez siebie uznanych za ulubione, znane tylko nielicznym. W latach sześćdziesiątych miejsca takie znaleźć było łatwo. 50 lat później zostały zagospodarowane, zabudowane i ...tradycyjnie zatłoczone :(.

Od czasu, gdy zaprzyjaźniłem się z wędkarzem, właścicielem łodzi cumowanej w pobliżu plaży, wiele godzin spędzałem na jeziorze. Budziłem się zwykle o świcie, przez długą chwilę słuchałem szumu wysokiej osiki rosnącej za oknem i - w zależności od jego natężenia - albo maszerowałem nad jezioro, albo usypiałem na kilka kolejnych godzin.

Na jeziorze, na kierunku 10:30 od lewego narożnika ówczesnego pomostu, szukałem dużego podwodnego krzaka. Przy dużym wietrze i sfalowanej wodzie trudno go było odnaleźć, a ryby, zawsze ustawione na jego stronie podwietrznej, zwykle nie brały. W dni spokojne nadrabiały wszelkie zaległości. Zawsze brały 33-centymetrowe, pięknie wyzłocone, niemal identyczne wzdręgi. Przez pewien czas obserwował moje poczynania inny kolega, zakotwiczony nieopodal. Nie wytrzymał. Podpłynął, zapytał czy może popróbować obok. Zachęciłem go z przyjemnością, jednakowo ustawiliśmy zestawy i ...nic. U mnie brały nadal. u niego, w odległości kilkunastu cm - nie. Podzieliłem się z nim 

J. Zamarte.

Materiały do obróbki i montażu.

J. Żerdno.

Fotografie z roku 2008 - wideo w kolejce do montażu.

Jezioro Drawsko po raz pierwszy zobaczyłem w styczniu 1972 roku, podczas objazdu kilku miejscowości, w których Wojewódzkie Zjednoczenie Przedsiębiorstw Technicznej Obsługi Rolnictwa w Koszalinie oferowało mi pracę.

„Zobaczyłem”, to określenie raczej dalekie od stanu faktycznego. Owszem, omiotłem je wzrokiem nie wiedząc, na jaką wodę akurat patrzę. W trakcie objazdu sporego terenu województwa jezior i rzek mijaliśmy wiele – wszystkie w styczniowej, bezśnieżnej scenerii wyglądały szaro, nie budziły zainteresowania. Poza tym, całą uwagę koncentrowałem na przetrwaniu szalonej jazdy - kierowca służbowej Wołgi pokonywał zakręty pomiędzy Czaplinkiem i Połczynem jak człowiek, który nieco wcześniej zażył potrójną dawkę dopalacza.  Mój wypełniony śniadaniem żołądek rwał do przodu przy każdym hamowaniu, frunął na lewe lub prawe ramię na każdym zakręcie, wracał ku kości ogonowej przy każdym przyśpieszeniu – i tak, w krótkim czasie, około 130 razy, bo tyle zakrętów dzieli podobno wymienione miejscowości. Czyściutkich, wypachnionych siedzeń Wołgi nie zapaskudziłem, ale łatwo nie było (!).

Koncentracja uwagi na własnym żołądku miała także stronę dobrą - skutecznie stłumiła strach przed spotkaniem podobnego kierowcy jadącego z przeciwka…

Teraz, po wielu służbowych i prywatnych przejazdach o różnych porach roku, krętą trasę  Szwajcarii Połczyńskiej uważam za jedną z najpiękniejszych, szczególnie jesienią. Fotografowałem ją wielokrotnie z wielką przyjemnością, a wszystkie przyległe jeziora - za wyjątkiem Prosina (ścisły rezerwat ptasi!) - opłynąłem pontonami i wędkarskimi łodziami. Podczas pływań oraz wędrówek wzdłuż brzegów, zebrałem mnóstwo atrakcyjnych materiałów foto-video. Zapisane na twardym dysku pierwszego osobistego peceta przepadły, gdy padł pecet. Z trudem poniosłem koszty odzyskania dokumentacji firmowej - na odzyskanie plików foto-video "finansów" zabrakło :(. Pozostały tylko wspomnienia, a wśród nich wrażenia z pierwszego rodzinnego pikniku w Czaplinku.

Do Czaplinka pojechaliśmy drugiego czerwca we czworo, maluchem szczelnie wypełnionym całodziennym jadłem, bez konkretnego planu, z zamiarem wyszukania ustronnego miejsca i spędzenia reszty dnia nad jeziorem. Na chwilę zatrzymaliśmy się na czaplineckim nabrzeżu. Podczas rozpoznawczej i zdjęciowej krzątaniny zagadnął nas 20-letni tubylec - zapytał, czy zechcemy skorzystać z jego łodzi. Na przystępnych warunkach oferował nie tylko łódź – także siebie jako wioślarza.

Po przeładowaniu zapasów na łódź, spędziliśmy z nim na jeziorze wiele godzin, z konieczności - w podwójnej dawce. Podczas wspólnego biesiadowania pod starym, ogromnym bukiem na wyspie Bielawa, przez nieuwagę pozostawiłem w trawie kluczyki samochodowe. Stwierdziłem to dopiero w Czaplinku – musieliśmy popłynąć na wyspę jeszcze raz, a to odległość znaczna i duży wysiłek dla wioślarza. Jako winowajca, zażądałem przekazania wioseł - tubylec-Andrzej nie zgodził się. Całą trasę przewiosłował raz jeszcze, zacumował w Czaplinku z podbarwionymi krwią pęcherzami na dłoniach i bardzo z siebie zadowolony wymyślił kolejną przysługę. U znajomego rybaka zakupił nam jeszcze dwa kilogramy sielawy prosto z wędzarni !!

Niezapomniany, wspaniały zapach ciepłych ryb, szybko i tak intensywnie wypełnił nasze autko, że wracaliśmy z uchylonymi szybami. Do dzisiaj trwam w przekonaniu, że to właśnie ów ciągnący się za autkiem zapach odwracał ku nam głowy przechodniów.

Później, z pomocy Andrzeja przy zakupie sielawy korzystaliśmy kilkakrotnie. Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że wyjechał z rodziną. W nieznane…

 

Z opisanej, wspólnej wyprawy z Andrzejem, zawsze z uśmiechem wspominam inny fragment. Gdy przepływaliśmy blisko trzcin, nad miłym dla oczu dnem z żółtego piasku, rozebrany do kąpielówek Michał zapytał, czy może trochę popływać. Zgodę otrzymał, wskoczył do wody i natychmiast wyprysnął z niej wysoko, jak wystrzelony z armaty. Wyglądało to przekomicznie. Woda w tak dużym jeziorze, na początku czerwca, gdy nocą zdarzały się jeszcze przymrozki, była bardzo zimna…

Na jezioro Drawsko od zawsze wypływałem z respektem i stosowną powagą, wyniesioną z prawie czterokrotnie mniejszego jeziora Niesłysz (Ziemia Lubuska), na którym podczas gwałtownej burzy najadłem się tyle strachu, że wystarcza go na wszystkie inne rozległe wody.

Ale pływanie to jeszcze nie wszystko. Zdarzało się, że do nieoczekiwanych kłopotów doprowadzić potrafił nawet wybór niesprawdzonych dróg dojazdowych i nadmierna wiara w możliwości samochodu. W przypadku j. Drawsko także. Niechętnie wspominam decyzję dojazdu do samotnego gospodarstwa na zachodnim jego brzegu, za Męcidołem (Mącidołem). Widząc prowizoryczną tabliczkę-kierunkowskaz i szeroki 

wjazd, wjechałem na krętą, długą, rozmiękłą i bardzo wąską drogę-groblę, z której nie byłbym w stanie ani zawrócić, ani bezpiecznie wycofać się na wstecznym biegu. Jechałem przed siebie modląc się w duchu coraz usilniej, aby nikt nie nadjechał z przeciwka. Udało się dojechać do Szymalowa (?), popływać pontonem i powrócić bezpiecznie, ale rozpoznanie brzegu i tamtego fragmentu jeziora okazało się niewarte wyżej wspomnianych emocji.

Od zawsze wiosną, gdy nastają słoneczne dni a temperatura w zacisznych miejscach przekracza 25°C, w miasteczku usiedzieć jest trudno. Takie dni próbowaliśmy spędzać nad morzem, ale szybko okazało się, że w połowie odległości, na wysokości Dygowa - miejscowości, w której rozchodzą się trasy do Kołobrzegu i Ustronia Morskiego, wiosenna temperatura jest o 10 stopni niższa niż w Karlinie, a na plaży jest jeszcze zimniej. Wówczas - albo cieplejszych miejsc szukaliśmy nad jeziorami, albo po prostu objeżdżaliśmy nową, wcześniej nieznaną trasę. Częstym celem bywało Jezioro Drawsko.

W maju 1994 próbowaliśmy w Starym DrawskuPóźniej, podczas licznych podróży służbowych, często - dla odprężenia - zatrzymywałem się nad przydrożną zatoką w pobliżu Starego Drawska. Ze spinningiem zwiedziłem znaczny odcinek jej brzegów.

Jeszcze później, po zakupie terenowego Pajero, z zaznaczonego na mapie miejsca - w ramach wiosennego rozpoznania - spróbowałem objechać jezioro Żerdno. Więcej tego nie powtórzę. Za Nowym Drawskiem drogę twardą zastąpiła polna, wspięła się na zbocze, za zakrętem na końcu jeziora zmieniła się w niebezpieczny uskok z osypującym się, kamienistym podłożem. Odwrót był niemożliwy. Z dużym, niebezpiecznym 

przechyłem i duszą na ramieniu dodałem gazu. Po krótkiej chwili znalazłem się na rozległym, łagodnie opadającym, zachwaszczonym i zakrzaczonym bezdrożu. Gdy przez chwilę czekałem aż wstrzymany oddech i dusza powrócą do normy i na właściwe miejsce, daleko w dole zauważyłem dach i kominek jadącego traktora. Pokonanie nieużytku i przydrożnego rowu, w porównaniu z przejazdem po uskoku, wydało mi się już tylko ...przyjemnością.

J. Bukowo.

Okazję do dobrego rozpoznania dużego fragmentu jeziora uzyskałem dopiero w latach osiemdziesiątych, równolegle z członkostwem w Spółdzielni Rzemieślniczej w Białogardzie. Spółdzielnia, we wsi Uraz, w gospodarstwie posadowionym na wzgórzu przyległym do jeziora, wynajmowała połowę dużego domu odległego od linii brzegowej zaledwie o kilkadziesiąt metrów. Dom na wzgórzu widziany z tafli jeziora stanowił ważny punkt orientacyjny, ułatwiający - przy jednoczesnym uwzględnieniu co najmniej dwóch innych punktów charakterystycznych - dokładne ustalenie pożądanego miejsca kotwiczenia łodzi.

Z takich miejsc korzystałem rzadko – bardziej niż na rybach zależało mi na rozpoznaniu kolejnych obszarów jeziora i zarejestrowaniu ich na fotografiach oraz nagraniach wideo. Niestety - większość materiałów stamtąd, zapisanych na dysku peceta bez kopii zapasowej, straciłem, ale jeszcze teraz, po ponad trzydziestu latach, nawet bez przymykania oczu, widzę jak podczas posiłkowego postoju w bezwietrznym zakolu Zatoki Kluczewskiej, w niewielkiej odległości od mojej łodzi z tafli jeziora wyłania się opasły grzbiet potężnej ryby, jak podczas jesiennego opływania tejże zatoki, przy jej nasłonecznionym brzegu co chwilę wyskakują ponad powierzchnię obłoczki drobnicy atakowanej przez stada agresywnych okoni. Piękne to były chwile, piękne wrażenia i …cenne znajomości. Podczas krótkich, kilkudniowych pobytów w "ośrodku" poznałem wielu wspaniałych wędkarzy. W czterech dużych pokojach domu na wzgórzu zawsze przebywał ktoś, kto chętnie dzielił się doświadczeniami i udzielał porad. Jak zwykle – wszelkie opowiadania chłonąłem jak przysłowiowa gąbka.

Najmilej wspominam wędkarską rodzinę Hryniewiczów z Białogardu. Senior Witek przewijał i naprawiał silniki elektryczne w swoim małym warsztacie w Karlinie, a wędkowali z łodzi zwykle we trójkę – żona Witka, Witek i ich nastoletni syn. Na łodzi stanowili łatwą do rozpoznania z daleka, charakterystyczną trójcę.

Przyjemności zmieniły charakter po rozwiązaniu umowy najmu przez właścicieli gospodarstwa i wyprzedaniu łodzi przez Spółdzielnię. Jezioro odwiedzam nadal, tyle tylko, że z własnym przewoźnym sprzętem pływającym. Przykład z upalnego lata 1994 (po kliknięciu łącza :)).

Męcidół - określany w pełnych uznania opowiadaniach wędkarzy jako Mącidół - to rzeczywiście przepiękny i atrakcyjny dla wędkarzy obszar jeziora Drawsko. Urokliwe wyspy, zatoki i podwodne górki opłynąłem pontonem kilkakrotnie, zawsze z przyjemnością i dobrym wędkarskim wynikiem. Ma (miał?) jednakże dwie poważne wady. Wokół wygodnego punktu wodowania brak jest drewna na ognisko a śmieci i ilość butelek po alkoholu w jego obrębie wzbudza obawy o bezpieczeństwo pozostawianego bez nadzoru auta.

23-24.09.2007

Do rozpoznania Zatoki Henrykowskiej (Siemczyńskiej) i Rękawickiej przymierzałem się od kilku lat. Podczas corocznych objazdów jeziora, w trakcie których poszukiwałem nowych dróg dojazdowych oraz miejsc dogodnych do bezpiecznego biwakowania i dogodnego wodowania pontonów, w samym Siemczynie zatrzymywałem się kilkakrotnie. Z siemczyńskiego wzgórza - przy różnych porach dnia i stanach pogody - wykonałem sporo atrakcyjnych fotografii. Niestety, straciłem je z powodów wspomnianych powyżej. 

Decyzję o rozpoznaniu zatoki w dniach 23-25.09.2007 (niedziela-wtorek), podjęliśmy w połowie tygodnia, po bardzo pomyślnych na te dni prognozach meteo. Akurat po długim okresie zimna i pogody w kratkę, po kilkudniowych zbiorach i uprzątaniu działki, mieliśmy dość zimna, kataru i kaszlu. Zapowiedź zaledwie trzech słonecznych, ciepłych dni oraz późniejszego nawrotu opadów i zimna, przechyliła szalę - płyniemy!

Na wypadek, gdyby prognozy niezupełnie sprawdziły się, prawo wędkowania z łodzi wykupiłem na dwa jeziora - Drawsko i Kocie (na malutkim Kocim można wytrzymać na pontonie nawet gdy mocno dmucha) ale uciążliwe przygotowanie sprzętu pozostawiłem na niedzielę. I to był błąd, który mocno pomieszał nam plany.

Niedzielny poranek okazał się naprawdę piękny. Słońce, szybko rosnąca temperatura, babie lato, wspaniałe kolory chyba nieco przedwczesnej złotej jesieni i przede wszystkim niemal absolutny brak wiatru. Więc szybkie śniadanie, skok na rower, dojazd do Bazy a tam ...klapa. Wszyscy, na których pomoc w załadunku sprzętu mógłbym przy niedzieli liczyć - poza zasięgiem. Paweł z Magdą w Wenecji w podróży poślubnej, Roman (zawsze uczynny) w pracy, Olek w alkoholowym rejsie. Z niesmakiem, że zakłócam mu niedzielny wypoczynek, spróbowałem uzyskać pomoc Andrzeja, najlepszego towarzysza moich pontonowych wypraw. Kiedy na pytanie, czy mógłby mi pomóc, odpowiedział, że akurat rozwija biwak nad Piławą, o ponad sto kilometrów ode mnie, poddałem się. Rozładowałem z samochodu to, co załadować zdążyłem samodzielnie a Irenie przez telefon naplotłem, że przy niedzieli zrobimy tylko rozpoznawczy objazd

z aparatem, a pływanie odłożymy na poniedziałek, gdy w myśl zapowiedzi meteo, będzie jeszcze cieplej i piękniej. I tak się też stało.

Na pierwszy postój zdjęciowy wybraliśmy parking przy trasie złocienieckiej, bezpośrednio przylegający do skrajnej, południowej części jeziora, opisanej na parkingowych tablicach informacyjnych jako Zatoka Basen. Miejsce widokowo b. atrakcyjne. Po serii zdjęć i krótkim postoju zjechaliśmy z trasy złocienieckiej w pierwszą drogę prowadzącą w stronę jeziora. To droga polna, pełna potężnych wertepów. Doprowadziła nas do wzgórza z nielicznymi ruinami dawnej zabudowy i fragmentami drogi utwardzonej, dość ostro opadającej w stronę niewidocznego, ale wyczuwalnie bliskiego jeziora. Auto ustawiliśmy w sąsiedztwie placu zasłanego gruszkami świeżo opadłymi z bardzo starego drzewa. Podczas sesji zdjęciowej (i wyszukiwania najlepiej zachowanych gruszek) zbliżyła się ku nam 3-osobowa grupka starszych osób - dwie panie z panem. Nie widząc ani śladów ani pojazdu którym w to miejsce mogliby dojechać, po pozdrowieniu zapytałem nadchodzących o sytuację na dole, głównie o możliwość dojazdu i bezpiecznego nawrotu autem. Uprzejmie odpowiedzieli - ale po niemiecku :(. Sądzę, że do brzegu pod zwiedzanym wzgórzem po prostu dopłynęli.

Sprawdzając dwie inne, równie wyboiste drogi szybko nabrałem przekonania, że najrozsądniej będzie nadłożyć drogi (zaledwie ok. 5 km) i wybrać miejsce zaznaczone na planszy parkingowej jako Ośrodek WAJK. Leży co prawda nad Zatoką Rękawicką (ktoś na planszy, inaczej niż na mapie nazwał ją Kwiatowską), ale daje możliwość rozpoznania obu zatok naraz, Rękawickiej i Henrykowskiej, nazywanej także Siemczyńską. Wyboisty dojazd doprowadził nas do pięknego miejsca, ze stromym ale bezpiecznym dojazdem do wyłożonego betonowymi płytami slipu, z hangarem w niewielkiej odległości hangar oraz dużym pomostem, na którym ciągle przebywa ktoś, kto może dawać baczenie na pozostawiany na brzegu samochód i sprzęt. Miejsce idealne, strzał w dziesiątkę, ale rozpoznanie szczegółów wolałem odłożyć na później - trafiliśmy na weselne poprawiny, więc pętanie się obok gości weselnych a tym bardziej nagabywanie kogokolwiek, byłoby co najmniej niestosowne. Kiedy napotkana, uczynna i miła starsza pani powiedziała nam, że kierownik prawdopodobnie odsypia jeszcze wesele, dyskretnie opuściliśmy obiekt z przekonaniem, że właśnie tu wrócić należy.

Droga dojazdowa od Piaseczna do ładnie zabudowanego Ośrodka, do łatwych nie należy. W samym Piasecznie biegnie w niedużej odległości od dobrze widocznego i również pięknego jeziora Piasecznik Wielki. Widok na to jezioro jest szczególnie piękny z wysokiej skarpy, przed wjazdem do lasu. Na łagodnym stoku jakiś szczęściarz buduje duży dom - jeżeli dobrze wykorzysta teren, piękna będzie cała posesja i jej otoczenie.

Powracając z Ośrodka WAJK, zatrzymaliśmy się na krótko na parkingu przy Zatoce Basen, aby w nowym świetle uzupełnić zdjęcia. Podczas kolejnego, wcześniej planowanego postoju nad jeziorem Kocie, ze spinningiem, w woderach, obszedłem spory odcinek jego południowego brzegu. Po wymianie informacji z wędkarzami, którzy opływając jeziorko łodzią przez kilka godzin nie mieli żadnego brania zwinąłem sprzęt, ruszyliśmy w kierunku Silnowa i domu. 

Daleko nie ujechaliśmy - spokojne i gładkie niemal jak lustro jezioro Pile wyglądało tak pięknie, że przed sięgnięciem po aparat nie mogłem się powstrzymać. Irena na takie postoje zaczęła sarkać, więc stałem krótko i nie zatrzymałem się później, gdy tuż za Buślarami na tle bezchmurnego nieba, ponad zachodzącym słońcem pięknie i długo wyraźnie widoczna była rakieta przelatująca bardzo daleko z charakterystycznym, krótkim "pióropuszem". Mimo, że mina również zaciekawionej Ireny wcale nie była groźna, bąknąłem coś o zbyt dużym ruchu i potulnie pojechałem dalej. Teraz bardzo żałuję i długo żałować będę, bo taki widok na polskim niebie to nie tylko sensacja. To także okazja do zarejestrowania wspaniałych ujęć. Po powrocie do domu, przez kilka dni szukałem w internecie jakiejś wzmianki o niecodziennym wydarzeniu. Bezskutecznie.

Poniedziałek 24-09

Prognoza meteo nie sprawdziła się. Dzień wstał słoneczny, ale wietrzny. Czyli, nawet przy zupełnie bezchmurnym niebie, warunki do pływania pontonem gorsze od niedzielnych. Po tylu przygotowaniach rezygnacja nie wchodziła w rachubę, więc, po telefonicznym uzyskaniu zgody na skorzystanie ze slipu, po zamontowaniu z pomocą Andrzeja pontonu i spakowaniu reszty wyposażenia, wyruszyliśmy do Ośrodka WAJK licząc na to, że w obu zatokach, otoczonych wysokimi, zalesionymi brzegami, wiatr dokuczać zbyt mocno nie będzie. Pamiętając (ale bez ważnych szczegółów), że przed kilku laty dojechałem do Piaseczna krótszą drogą przez Toporzyk, Rzepowo i Stare Worowo po zachodniej stronie jeziora, wybrałem ją. Oby nigdy więcej! Ogromne wertepy, fragmenty drogi polnej, mocno powybrzuszane kocie łby. Samochód radził sobie jak zwykle dobrze, ale przyczepa z pontonem tańczyła bardzo niebezpiecznie i tak "dostała w kość", że w tydzień później, gdy jechaliśmy do Szczecinka po materiały hutnicze, zerwała się z haka i wylądowała w rowie. O tym, co mogłoby się zdarzyć, gdyby trafiła w jakiś nadjeżdżający samochód, w odruchu samoobronnym wolę nie myśleć.

W Zatoce Rękawickiej zastaliśmy gładką taflę, spokój i kilka zaledwie osób przy hangarze ze sprzętem pływającym. Jedynym natrętem okazał się tylko młody, szary łabędź. Długo podpływał do nas na odległość ręki i niezbyt przyjemnym syczeniem domagał się dokarmiania. Nie mieliśmy nic do podziału, więc przed wyjściem z zatoki zrezygnował i powrócił do pomostów.

Rozpoznanie Zatoki rozpoczęliśmy od dopłynięcia do jej zachodniego brzegu, po to, by sprawdzić budzącą wątpliwość informację internetową. Autor opisu Zatoki twierdzi, że do tego brzegu dochodzą zabudowania wsi Piaseczno. Dochodzą, ale do zachodniego brzegu jeziora Piasecznik Wielki.

W ocenie wzrokowej (przyzwoitej sondy jeszcze nie dorobiłem się) zatoka ma kilka atrakcyjnych wędkarsko wypłyceń z ostrymi spadkami. Po kilku próbnych rzutach złowiłem 30-centymetrowego okonia i popłynęliśmy dalej, wzdłuż pięknie wykolorowanych jesiennymi barwami wysoko wypiętrzonych brzegów. W niewielkiej odległości od wyjścia z zatoki zaciekawiła nas widoczna z daleka, rozciągnięta na powierzchni wody prawie na całą szerokość zatoki, ogromna plama czerwieni. Okazało się po dopłynięciu, że to warstwa zniesionych przez wiatr bukowych liści zwarta na tyle, że zasysane przez śrubę napędową oblepiały ją i utrudniały pracę silnika. Na takie i podobne sytuacje, zawsze mamy w pontonie wiosła, ale użyć ich tym razem nie musieliśmy. Drobne utrudnienie urozmaiciło pływanie, a po naszym przepłynięciu w plamie pozostał pięknie prezentujący się w słońcu pas czystej wody. Po wyjściu na otwarta wodę pogubiłem się. Wypływając spoza cypla w rozległą, odchodzącą w prawo zatokę, w okalającej ją, zwartej (z daleka) ścianie lasu nie zauważyłem żadnego przesmyku, który mógłby sugerować Zatokę Henrykowską. Po lewej, na bardzo odległym brzegu dostrzegłem zabudowania - jakie, nie wiem do chwili obecnej. Nie wiem, czy było to Stare Drawsko, czy DW Zodiak i Kusy Dwór (stawiam na DW). No to popłynąłem prosto, po cięciwie, na kraniec następnego cypla. Tam, do dalszego płynięcia na południe zniechęcił nas wiatr. Dmuchał na tyle mocno, że na niektórych falach pojawiały się białe grzywy. I dobrze się stało. Przy bezwietrznej pogodzie prawdopodobnie dopłynąłbym do znacznie oddalonej Zatoki Chmielewskiej. Po krótkim wypłynięciu spoza trzcinowej wysepki, gdy na otwartej przestrzeni fale zaczęły przyjemnie bujać, a wiatr zaczął wdmuchiwać je do pontonu, wykonałem nawrót. Przeziębień, z jakimi przyjechaliśmy nad wodę, woleliśmy na taki wiatr nie wystawiać bo i tak stan, w jakim płynęliśmy, wymusił na mnie późniejszą dużą stratę czasu na wycinanie bardzo wielu nieprzyjemnie brzmiących pociągań nosem, zarejestrowanych przez kamerę w czasie, 

gdy obie ręce zajęte miałem wędką.

Wracając wzdłuż brzegu zatoki stwierdziliśmy, że to, co podczas płynięcia po cięciwie wydawało się jednolitą ścianą lasu, wcale jednolite nie jest. Najpierw wpłynęliśmy do niewielkiej, cichej, wręcz lustrzanej zatoczki z mnóstwem dzikich ale niepłochliwych kaczek i kilku potężnymi, zwalonymi do wody drzewami. Cisza, słońce, piękne kolory - sielanka. Ogromna zachęta do tego, by wygodnie rozłożyć się w pontonie i długą chwilę po prostu poleniuchować, tak, jak Irena. Niestety, dla mnie za wcześnie, takim przyjemnościom poddaję się dopiero po zakończeniu rozpoznania akwenu. Czyli ciąg dalszy oczywisty - po złowieniu przy zwalonym drzewie kolejnego pięknego okonia popłynęliśmy dalej, do zatoki kolejnej. Ta, uciekając w miarę wpływania łagodnym łukiem w lewo, nagle, niespodziewanie odsłoniła rozległy widok na dużą taflę wody mocno nie tyle sfalowanej, co pomarszczonej. Widok na Zatokę Henrykowską. Nareszcie, ale za późno na jej zwiedzanie, więc zawróciliśmy zadowoleni, że przynajmniej wiemy jak do niej płynąć przy najbliższej okazji.

Po lądowaniu w Ośrodku, pozostały do wykonania czynności najmniej przyjemne. Jak zwykle czyszczenie ryb (a okonie nie poddają się łatwo!) i pakowanie sprzętu. Kąpieli w jeziorze o tej porze dnia i roku wolałem nie ryzykować, chociaż zdarzało mi się to i w drugiej połowie października w jeziorach Byszyno i Siecino oraz jeszcze później – w listopadzie, w latach sześćdziesiątych – w jeziorze Wilkowo k. Świebodzina.

Gdy zakończyliśmy przygotowania do odjazdu, zapadł zmierzch. Wciąż nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że - jak na trzecią dekadę września - zapadł bardzo wcześnie. Do Karlina dojechaliśmy praktycznie w nocy i nic w tym dziwnego. W lato bywało, że z jezior czaplineckich wracaliśmy nawet po północy a raz zdarzyła się i druga na ranem, gdy jakiś cymbał na ponad czterdzieści minut zamknął przejazd kolejowy w Silnowie.

Jazda powrotna, mimo, że po "normalnej", niezłej drodze Czaplinek-Połczyn-Białogard, nieźle dała mi się we znaki. Po sporej dawce jeziornego wiatru tak ostro uaktywnił się mój katar a światła samochodów jadących z przeciwka, skracane najczęściej dopiero po wyjściu z zakrętu tak dopełniły reszty, że zły płynęły mi z oczu ciągle.

 

Prezentowany fragment jeziora Drawsko zaliczam do najpiękniejszych spośród poznanych wcześniej i mam nadzieję, że nie jest to tylko zasługa pięknej pogody i barw jesieni. Do dokładnego rozpoznania pozostał mi jeszcze tylko odpływ rzeki Drawa i …prawidłowe nazewnictwo. Np. z planszy zamontowanej na parkingu przy południowym brzegu jeziora wynika, że prezentuję Zatokę Kwiatowską. Jedni autorzy opisów internetowych nazywają ją również Kwiatkowską, inni Rękawicką. Kierownik Ośrodka WAJK - zastrzegając, że kieruje Ośrodkiem krótko - twierdzi, że z jego wielkich i szczegółowych map wynika nazwa Rękawicka. Podobna sytuacja dotyczy innego obszaru. Mapy Google podają nazwę Męcidół, wszyscy dotychczasowi rozmówcy – Mącidół…

2008-08-31.

W ostatnim dniu wakacji na terenie Ośrodka WAJK i na tafli jeziora zastaliśmy spory ruch. Jachty obozu żeglarskiego, jachty prywatne, różnej wielkości motorówki i łodzie wędkarskie - to właśnie lubię, oczywiście w rozsądnych granicach, zależnych od rodzaju i przede wszystkim wielkości akwenu. Na małym jeziorku taki ruch byłby trudny do zniesienia a wodne rozległe pustkowia, nawet z atrakcyjną linią brzegową są dla mnie zbyt tajemnicze, obce i nieco za smutne. Ale to rzecz gustu. W opublikowanym przeze mnie klipie Jezioro Drawsko 2008 "nabo" zamieścił komentarz "filmik i muzyka ładne, ale po co wam te żaglówki?". Odpowiedziałem "Uważam, że są piękne. Dodają właściwego kolorytu video-dokumentowi :). Pozdrawiam, zapraszam na stronę http://video-dokument.pl/" ale wiem doskonale, że oczywistą-oczywistość zawiera twierdzenie "Jeszcze się taki nie urodził...."

Tegoroczne pływanie poświęciliśmy rozpoznaniu (i zarejestrowaniu) Zatoki Siemczyńskiej/Henrykowskiej. Jestem nieco rozczarowany, Zatoka jest płytka, w znacznej części zarośnięta roślinnością podwodną. Staje się atrakcyjna w okolicach przesmyku łączącego ją z jeziorem. Piękniej wygląda oglądana z siemczyńskiego wzgórza, szczególnie w barwach jesieni.

Broczyno

Jamno

Brody

Bukowo

Byszyno

Darskowo

Dębno

Długie k. Liszkowa

 Dłusko 

Drawsko

Hajka

Kaleńsko

Kamnica

Kocie

Komorze

Krosino

Krzemno

Leśne k. Sławoborza

Lubicko

Lubie

Machliny

Narraben w Australii

Niesłysz

Pile

Podborsko

Porost

Prosino

Radacz

Rakowo

Resko Przymorskie

Rosnowskie

Rybackie

Rzepowo

Siecino

Strzeszyn

Szwajcarskie

Wilczkowo

Wilkowo

Zamarte

Żerdno

Żerdno

Plitwickie

Trzesiecko

Dostępne klipy: 

J. Plitwickie.

Plik wideo - pozostałe materiały do obróbki i montażu.

2019-07-27 Maraton Drahimski.

Zgoda ze strony Organizatora na nagrywanie Maratonu i publikację materiałów w Internecie stworzyła świetną okazję do porównania stanu z lat wcześniejszych (prawie 50 lat!) z tym co teraz. Szczegóły pod przyciskiem

Kajakowy Maraton Drahimski

kanale łączącym jeziora Kocie Małe i Strzeszyn pod pontonem przemknęło tylko kilka małych okonków.

Zdarzało się, że jezioro odwiedzałem bez pontonu. Zwykle wtedy, gdy z wyjazdów służbowych powracałem przez Czaplinek. Rzadziej wtedy, gdy nad morzem panował ziąb a nad Kocim cisza, spokój i ...ciepło. Bywało, że takie argumenty + obietnica rozpoznania nowego fragmentu Pojezierza Drawskiego przekonywały Irenę, więc po przygotowaniu stosownej "wałówki" ruszaliśmy w trasę. Sprzęt wędkarski w aucie woziłem zawsze :).

Odwiedzając j. Kocie auto ustawialiśmy pomiędzy drogą 20 i torem kolejowym, na wysokości budynku trafostacji. Po przeniesieniu bagażu na odległość kilkudziesięciu metrów byliśmy "u siebie". Podczas jednych z takich odwiedzin - w roku 2004 - zastaliśmy świeże ślady aktywności bobra. Wyglądało na to,że pozostawił je niedoświadczony pechowiec. Jedno ze ściętych drzew zawisło na gałęziach drzew sąsiednich, drugie padło na ląd.

Od korzystania ze spiningu na j. Kocim odstąpiłem tylko dwa razy. Raz zimą, gdy z wiertłem i podlodówką objeździłem na łyżwach spory kawał jeziora, drugi wczesną jesienią, gdy zechcieliśmy z Ireną połączyć wygrzanie się w osłoniętym miejscu z posmakowaniem jeziorowych płotek. Zimą szybko poddałem się po wywierceniu kilkunastu otworów w ponad 20-centymetrowym lodzie. Jesienią okazało się w domu, że złowione płotki za bardzo trącą mułem, ale nic to w porównaniu z radością ze szczęśliwego zakończenia wstydliwej przygody. Podczas rozbierania się, do słońca wypadł mi do wody komplet kluczy. Osiadł na głębokości około 2 m czystej na szczęście wody. Widziałem je dość wyraźnie. Po przezbrojeniu wędki w spory ciężarek i węgorzowy hak, zdołałem je odzyskać.

Wiekowy mieszkaniec Międzylesia, o którym wspomniałem w opisie j. Brody twierdził m.in., że Rosjanie po przejęciu terenu po Niemcach, bardzo intensywnie sprawdzali wszystko co pozostało na ziemi i pod nią. Twierdził, że jezioro Kocie zabarwili jakimś czerwonym barwnikiem i okazało się, że ów barwnik pojawił się także w jeziorze Strzeszyn. Którędy, skoro kanały, którymi spływa woda z jezior Komorze i Lubicko, pozostały czyste (??).

W materiałach foto-wideo zamieściłem fragmenty przepustu pod torem kolejowym i drogą 20 oraz czyszczenia ryb złowionych w j. Kocie, w tym czyszczenia na rzece Piława. Na pomoście Piławy czyści się je wygodnie a odpady natychmiast "usuwają" małe raczki. Małe, ale bardzo liczne. 

Co dzieje się tam obecnie, nie wiem od dawna, po tym jak w latach dziewięćdziesiątych do naszego biwaku nad Piławą podjechał na motorowerze men, przedstawiający się jako poborca opłat klimatycznych na rzecz i Gminy i Parafii w Łubowie. Pod moją nieobecność uczestnicy biwaku haracz zapłacili pomimo braków jakichkolwiek oznakowań, że przebywamy na terenie płatnym.

Men zostawił kwity z pieczątkami Gminy i Parafii, stąd - po powrocie do domu - zacząłem sprawę drążyć. W Urzędzie Miasta i Gminy początkowo zastosowano klasyczny ping-pong. Nikt nic nie wiedział do czasu, gdy zapowiedziałem, że przy następnym spotkaniu poborcę przywiążemy do drzewa a gdy go komary nieco nadwątlą, wezwiemy Policję. Wówczas okazało się, że na mocy uchwały Rady teren od j. Pile do toru kolejowego prowadzącego do Bornego Sulinowa podarowano Parafii i jednocześnie ustanowiono opłaty. Moje uwagi nt. pobierania opłat dopiero po stosownym oznakowaniu i uzbrojeniu terenu spłynęły po urzędnikach Gminy i Proboszczu bez echa. Proboszcz wprawdzie wspominał, że oznakowania stosował kilkakrotnie, ale były natychmiast niszczone. Moich uwag o konieczności ponoszenia kosztów nie skomentował. Jedynym co po interwencjach uczyniono, było wykopanie wzdłuż drogi biegnącej skrajem lasu i łąki, rowów uniemożliwiających dojazd do rzeki (!).  A to broń obosieczna - nie ma dojazdu, nie ma opłat :).

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Powrót do menu

Po raz drugi i zarazem ostatni odwiedziłem je w zimie, jako uczestnik zawodów podlodowych. Akurat testowałem błystki podlodowe własnego pomysłu, wykonane z mosiężnego pręta, siódemki. Cięte w przyrządzie pod stałymi kątami, po lekkim wyprofilowaniu brzuszka na szlifierce, wyglądały jak stynki. W każdej wodzie zachowywały się rewelacyjnie. Dwie sprezentowałem koledze i tylko my spośród kilkudziesięciu zawodników złowiliśmy okonie, ale nie zapewniły nam punktowanych miejsc - wygrali poławiacze leszczy.

ma prawo z tego powodu boleć, ale prawo pozostaje prawem. Tam karp jest agresywnym chwastem, zagrażającym gatunkom rodzimym. 

Do jeziorka dojechałem drogą nr 3, z zamiarem dalszej jazdy do drogi 162 i E28. Tablica ustawiona przy asfalcie ulicy Lepińskiej informowała, że trójka biegnąca przez las, udostępniona jest do ruchu publicznego. Przy jeziorze kolejna tablica informuje, że jej dalszy odcinek jest dla ruchu zamknięty. Cdn...

krótkim spinningowaniu złowiliśmy trzy około 2-kilogramowe szczupaki, ale sprawdzania ich przydatności kulinarnych woleliśmy nie ryzykować.
Dokumentacji foto-video brak.

W internecie napisano, że nazwą prawidłową jest Dołgie. Dla mnie brzmi to zbyt rusko a wieloletni pobyt Rosjan w Bornym Sulinowie wcale takowej nie usprawiedliwia. Korzystam z polskiej.

Jezioro odwiedzałem wielokrotnie, na dwa sposoby - pontonem Piławą z kamerą i spinningiem, samochodem - trzema różnymi drogami, z kamerą i koszem na grzyby. Ponton wodowałem albo z namiotowego biwaku w połowie odległości pomiędzy wypływem z jeziora Pile a torem kolejowym, albo - w przypadku odwiedzin kilkugodzinnych - przy moście drogowym, na którym uprzednio Rosjanie ciągle utrzymywali wartowników "zezwalających" na przekroczenie mostu wyłącznie za flaszkę (bez flaszki nieodwołalnie - NIE LZIA).

Po kilku pływaniach zawsze dopływałem wprost do rozpoznanych miejscówek. W innych brały szczupaki, w innych okonie. Łowiłem je do czasu

gdy podczas skrobania 5-kilowego szczupaka zauważyłem, że po każdym spłukiwaniu go w Piławie z jago odbytu wysuwa się kilkunasto-centymetrowa, biała 3-milimetrowa tasiemka, Gdy szczupaka wynurzałem, robal natychmiast chował się tam, skąd uciec próbował.  Korzystając z saperki ciągle obecnej w wyposażeniu auta, zakopałem rybę na wzgórzu pod krzakiem, odległym od rzeki o kilkanaście metrów. Cdn...

Kilkakrotnie, podczas postoju na poboczu wybrukowanej kocimi łbami drogi, odbiegającej przed torem kolejowym od asfaltowej drogi 20 zauważyłem, że na przełaj, po przekątnej zachwaszczonego nieużytku przejeżdżają osobowe auta, znikają w lesie i - nie wracają. Nie wyglądało to na grzybobranie. Sprawdzić po prostu musiałem! 

 

Trzcinno k Świebodzina

J. Trzcinno k Świebodzina.

Nad niezbyt atrakcyjne, maleńkie Trzcinno chadzałem przede wszystkim w poszukiwaniu odosobnienia i spokoju. Spacerowy przemarsz rzadko wykorzystywaną drogą z kocimi łbami, obsadzoną na poboczach śliwami węgierkami trwał około pół godziny. W 3/4 linii brzegowej dostęp do jeziorka był niski, w znacznej części podmokły, porośnięty trzcinami. Od strony pobliskiego gospodarstwa wznosił się piaszczysty rozległy pagórek, z którego przy każdej pogodzie sączyły się wielokolorowe plamy. Sądzę do dzisiaj, że pagórek utworzono sztucznie skrywając w nim jakiś pojazd z podręcznymi zapasami paliwa. Na tamtym terenie, w czasach powojennych sytuacje

zdarzały się sytuacje różne. Ówczesna propaganda wciskała Polakom przekonanie, że Rosjanie na terenie Polski są potrzebni, aby ich chronić przed powrotem Niemców, a wielu Niemców święcie wierzyło, że szybko do swoich gospodarstw powrócą.

W części niskiej, przed trzcinową otuliną istniał samotny pomost na tyle duży, że każda osoba dorosła mogła czuć się na nim swobodnie, nawet w pozycji leżącej. Był duży, solidny ale z dostępem po dnie, przez wodę sięgającą przy pomoście połowy ud. Po pierwszym udanym wejściu uznałem, że dostęp jest bezpieczny a pomost jest samotnią prawie doskonałą. Od strony lądu, za wąską ścieżynką wśród trzcin, był ledwie widoczny. 

W upalny dzień roboczy, w trakcie urlopu okolicznościowego, wybrałem się tam ponownie z kocem i plikiem papierzysk. Gdy słońce przygrzało tak, że nawet schładzanie wodą z jeziorka nie przynosiło ulgi, spróbowałem opuścić samotnię ekspresowo. Aby nie zsuwać się do wody po ostrych krawędziach pomostu skoczyłem z rękami zajętymi plażowym wyposażeniem. Na wspomnienie skoku skóra na moich plecach marszczy się nawet teraz, po upływie ponad pięćdziesięciu lat. Prawą stopą trafiłem na kawałek deski ze sterczącymi gwoździami. Jeden utkwił w podeszwie, drugi przebił stopę na wylot. Po pozbyciu się deski rany wyglądały dziwnie - nie krwawiły, nie bolały, wśród białawej wydzieliny nie było rdzy. Gdy dokuśtykałem do przyzakładowej przychodni zdezynfekowano je, obandażowano i - po wstrzyknięciu dużej dawki surowicy przeciwtężcowej - odesłano do domu.

Tydzień później, w pracy, zaczęło się dziać ze mną coś dziwnego. Miałem wrażenie, że oblazło mnie jakieś robactwo, w zmasowanej ilości. Dyskretne drapania nie przynosiły ulgi. Aby sprawdzić powód i spokojnie sobie ulżyć, zgłosiłem wyjście do toalety. Tam niewiele zdołałem ustalić - przy lekkim zaczerwienieniu skóry swędzenie wciąż narastało. Gdy po upływie godziny manewr z toaletą powtórzyłem, znalazłem na skórze rozległe bąble. Siedzący naprzeciwko mnie, po drugiej stronie zsuniętych biurek Staś Ostrowski doradził ekspresową wizytę w zakładowej przychodni. Lekarz orzekł uczuleniową reakcję na surowicę, zlecił dożylne wstrzyknięcie jakiegoś antidotum. Uprzedzono mnie, że w trakcie podawania leku mogę zasłabnąć, zalecono przetrwać je z głową pomiędzy kolanami. Ochoty ulokowania tam głowy nabrałem na sam widok ogromu strzykawki, z którą podeszła do mnie pielęgniarka. Ale wytrzymałem. Podczas iniekcji spłynąłem jedynie potem, ale tak mocno, że krople spływające na pochylony nos kapały na podłogę.

Po zastrzyku nakazano pozycję leżącą i natychmiastowe zgłoszenie się do szpitala, jeżeli swędzenia zaczną powracać.

Powróciły około godziny dziewiętnastej. W szpitalu, na salach nie było wolnych miejsc. Ułożono mnie na korytarzu, podano leki, chyba usypiające, bo obudziłem się dopiero rano. Widząc przechodzącą pielęgniarkę, spróbowałem ją pozdrowić i o coś zapytać. Zamiast zwyczajowego "dzień dobry siostro" z trudem wybełkotałem coś bardzo niezrozumiałego. Dopiero wtedy przyjrzałem się sobie dokładniej - wyglądałem jak żaba nadmuchana przez słomkę. Ogromna głowa, język jak kołek, opuchnięta krtań i wszystkie stawy.

Na kilkuosobową salę wprowadzono mnie przed południem. Do widoku ogromnych strzykawek szybko przywykłem ale właśnie przy ich stosowaniu zaistniała sytuacja, której wspomnienie zawsze wzbudza mój uśmiech.

Bodajże w drugim dniu, bardzo upalnym, z wielką strzykawą zbliżyła się do mnie bardzo młodziutka pielęgniarka ubrana w zwiewny fartuszek spod którego dyskretnie przeświecały białe majtasy. Nakazała mi oprzeć rękę na metalowej poprzeczce łóżka, zacisnąć pięść. Skoncentrowana na wprowadzaniu igły, oparła się na pięści. Gdy zaczęła wprowadzać lek, pięść poleciła otworzyć. Jej puszysty wianuszek znalazł się w mojej dłoni. Gdy - spodziewając się osłabienia - zapytała, czy coś czuję, odpowiedziałem "oczywiście" i delikatnie poruszyłem dłonią. Zrozumiała natychmiast. Speszona wyrwała strzykawkę, uciekła. Więcej jej nie zobaczyłem, a szkoda, była bardzo atrakcyjna.

swoją pszenicą - nie pomogło. No to na próbę wymieniliśmy wędki. Bez zmian. U mnie na jego wędkę brały, u niego na moją nie. Zniechęcony kolega odpłynął. Spotkaliśmy się dopiero przy cumowaniu łódek. Z przyjemnością podzieliłem się z nim swoim połowem.

Wiele lat później odwiedził mnie w Karlinie inny kolega ze świebodzińskiej Eltermy, Antoni. Spośród kolegów namówionych przeze mnie do studiów zaocznych, Antek ukończył je najszybciej. Po ukończeniu podjął pracę i zamieszkał w Kołobrzegu. Zanim po kilku latach wyjechał z rodziną do Zielonej Góry, odwiedziłem go okazyjnie kilkakrotnie. Właśnie od niego dowiedziałem się, że ów pechowy wędkarz, chłop wielki, z wyglądu okaz zdrowia, w wieku  niewiele ponad 40 lat rozdrapał na piersiach czerniaka i po trzech miesiącach zmarł.

Trochę dłużej, ale też za krótko, żył mój przyjaciel, z którym łączyło mnie wiele wspólnych przeżyć. Przez wiele miesięcy pracowaliśmy twarzą w twarz, po obu stronach dwóch zsuniętych biurek. Staś wszędzie poruszał się skuterem Osą. Pewnego dnia po pracy namówił mnie do zabrania dużego kosza. Podjechaliśmy do młodego lasu, w którym należało bardzo uważać, aby nie deptać wszędzie rosnących rydzów. W drodze powrotnej kupiłem masło i ...sporą flaszkę. Pod gorącego, posolonego rydzyka prosto z patelni piłem wódę po raz pierwszy i nigdy tego nie zapomnę...

Stasiową Osą bardzo często, do bardzo później jesieni, niekiedy do pierwszego lodu, jeździliśmy na plażę w Wilkowie. Po sezonie bywaliśmy tam tylko my. Skoro nikt nas nie obserwował, rozbieraliśmy się do naga. Ten, kto spóźniał się z rozbieraniem, otrzymywał siarczystego klapsa (czasem kopniaka) w gołą d... i zaczynała się gonitwa, wieńczona na końcu pomostu skokiem do wody.

Dopóki byłem w pełnym zanurzeniu, wszystko było OK. Zawsze miałem wrażenie, że otacza mnie centymetrowa warstwa ciepła. Wrażenie znikało po wynurzeniu głowy. Przymrozek szczypał w nos, uszy, właściwie w całą twarz, więc po przepłynięciu kilku metrów wskakiwaliśmy na pomost aby jak najszybciej dobiec do ręczników. W dziwacznych podskokach osuszaliśmy czupryny, nacieraliśmy ciało do czerwoności. Wracaliśmy z twarzami osłoniętymi na modłę bandziorów.

Gdy w latach dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku zewsząd słyszę o niebezpieczeństwach nagłego kontaktu z zimną wodą, reaguję w sposób ...mieszany.

wylądowałbym daleko od bazy, nawet poza ośrodkiem policyjnym.  Musiałem kombinować. Ktoś kiedyś naplótł mi, że podczas burzy zawsze największą jest fala siódma (a może gdzieś to wyczytałem - nie wiem). No to liczyłem. Gdy przechodziła siódma, dokonywałem gwałtownego skrętu w prawo, chwilę płynąłem równolegle. Gdy fala kolejna zaczynała przechylać łódź na lewą burtę, dokonywałem skrętu w lewo. Moje nieustanne kombinacje przez cały czas obserwowały z pomostu dwie osoby. Pewnie ciekawe - dopłynę, czy po wywrotce wyląduję w wodzie. Dopłynąłem, ale z krwawiącymi pęcherzami na dłoniach. Więcej strachu najadłem się tylko na Zalewie Siemianówka.

Leszcze pocięte na pasy. posolone, popieprzone i przetrzymane przez ponad trzy godziny z niewielkim dodatkiem cebuli i soku z cytryny smakowały wyśmienicie. I znów alkohol!!

Jezioro Niesłysz i eltermowski ośrodek (obecnie w zarządzie prywatnym) z przyjemnością odwiedziłem 3 listopada 2005 roku. w powrotnym przejeździe z Lubska do Karlina. Z tego jesiennego dnia pochodzą załączone zdjęcia.

Zdjęcia "dynamiczne" - dla osób, którym nie chce się klikać :).

Moje wędkarskie konto na Bukowie pozostało czyste :). Tak bywa, gdy na nieznaną wodę jedzie się bez konkretnego rozpoznania. 

Bliższego rozpoznania kanału łączącego jezioro z morzem dokonałem dopiero wiosną 2009, z pontonu. Za mostem kanał wypłyca się, woda nabiera szybkości, płycizna uniemożliwia korzystanie z silnika. Aby nie dać się zepchnąć do morza, sporo napracować się trzeba przy wiosłach. Fragmenty nagrania wideo załączam. We wcześniejszej wersji www polecałem http://www.ww.media.pl/?page=PArticleViewer&nid=2649 świetnie opisującą najlepsze łowiska Bukowa. Niestety - w r. 2020 jest niedostępna.

W Dąbkach, na obrzeżach miejscowości, przed wjazdem na sfatygowaną drogę asfaltową do Dąbkowic, ustawiono tablice z zakazem wjazdu samochodami. Pozwolenia na wjazd wydają swoim gościom tamtejsi organizatorzy wypoczynku.